Выбрать главу

Na następnym stanowisku pringański technik o wielkich, żarzących się oczach i wydętych wargach przyjrzał mu się od stóp do głów i zapisał coś w studni danych, zanim pozwolił mu ruszyć dalej. Wydawało się teraz, że niektórzy z rozsianych na zboczach dygnitarzy zaczynają go zauważać. Kilku przysunęło się bliżej i sprawdziło z zaciekawieniem wyniki jego testów. Fiben kłaniał się uprzejmie tym, którzy byli blisko, starając się nie myśleć o wszystkich rozmaitych rodzajach oczu, które obserwowały go jak jakiś egzemplarz okazowy.

Ich przodkowie również musieli kiedyś przechodzić przez coś takiego — pocieszał się.

Dwukrotnie Fiben przechodził pod oficjalną grupą kandydatów — zmniejszającym się stopniowo towarzystwem brązowawych postaci odzianych w krótkie, srebrzyste szaty. Gdy przemknął pod nim po raz pierwszy, żaden z szymów go nie zauważył. Za drugim razem jednak musiał się poddać dokładnemu badaniu instrumentami trzymanymi przez istotę, której gatunku nie potrafił nawet rozpoznać. Niektóre z szymów również go dostrzegły. Jeden z nich trącił łokciem towarzysza i wskazał ręką na Fibena. Wkrótce jednak wszystkie znowu zniknęły za zakrętem.

Fiben nie dostrzegł Gailet, lecz ona zapewne była na czele grupy, prawda?

— No, jazda — mruknął niecierpliwie, zaniepokojony tym, że owa istota marnuje zbyt wiele czasu. Później jednak przyszło mu do głowy, że skupione na nim urządzenia mogą odczuć jego słowa bądź nastrój i skoncentrował się na utrzymaniu dyscypliny. Uśmiechnął się słodko i pokłonił, gdy nieziemski technik w kilku zwięzłych słowach, wypowiedzianych za pośrednictwem komputera, oznajmił mu, że zaliczył test.

Fiben się śpieszył. Stawał się coraz bardziej poirytowany długimi dystansami dzielącymi od siebie stanowiska. Zastanawiał się, czy nie ma jakiegoś sposobu, by mógł — nie tracąc godności — trochę podbiec, by jeszcze szybciej nadrobić stratę.

Wbrew temu jednak, posuwał się teraz naprzód wolniej, gdyż testy stawały się coraz trudniejsze. Wymagały głębszego wykształcenia i bardziej skomplikowanego rozumowania. Wkrótce zaczął spotykać więcej wracających na dół szymów. Najwyraźniej zabroniono im z nim rozmawiać, lecz kilka z nich zatoczyło znacząco oczyma. Ich ciała były mokre od potu.

Rozpoznał kilku z wyeliminowanych. Dwóch było profesorami college’u w Port Pielenia, inni zaś uczonymi biorącymi udział w Programie Odnowy Ekologicznej Garthu. Fiben zaczął się martwić. Wszystkie te szymy były niebieskokartowcami, i to z tych najbystrzejszych! Jeśli oblewały testy, coś tu musiało być bardzo nie w porządku. Z pewnością ta ceremonia nie miała charakteru czysto formalnego, jak celebracja urządzona dla Tytlalów, o której opowiadała mu Athaclena.

Być może złamano zasady, by utrudnić zadanie Ziemianom!

Wtedy właśnie zbliżył się do stanowiska obsadzonego przez wysokiego Gubru. Nie miało znaczenia, że ptaszysko nosiło liberię Instytutu Wspomagania i teoretycznie zaprzysięgło bezstronność. Fiben widział dziś zbyt wielu członków tego klanu, odzianych w owe barwy, by mógł się czuć pewnie.

Ptakopodobne stworzenie użyło generatora głosu, by zadać mu proste pytanie dotyczące protokołu, po czym pozwoliło mu przejść.

Gdy Fiben opuścił stanowisko testowe, przyszła mu nagle do głowy pewna myśl. Co, jeśli Suzeren Poprawności został całkowicie pokonany przez swych partnerów? Bez względu na to, jakie były faktyczne zamiary, ten Suzeren przynajmniej szczerze pragnął przeprowadzić prawdziwą ceremonię. Złożonej obietnicy trzeba było dotrzymywać. Co jednak z pozostałymi? Z admirałem i biurokratą? Z pewnością ich priorytety wyglądały inaczej.

Czy cała sprawa mogła być zaaranżowana w ten sposób, że neoszympansy nie mogły wygrać, bez względu na to, na ile gotowe były do awansu? Czy było to możliwe?

Czy podobny rezultat mógłby w jakiś sposób przynieść Gubru prawdziwą korzyść?

Przepełniony takimi kłopotliwymi myślami, Fiben ledwie zdołał zdać test wymagający jednoczesnego demonstrowania kilku złożonych funkcji ruchowych i w tej samej chwili rozwiązywania skomplikowanej, trójwymiarowej układanki. Gdy opuszczał to stanowisko, mając pogrążające się w późnopopołudniowych cieniach wody Zatoki Aspinal po swej lewej stronie, omal nie przeoczył nowego zamieszania, do jakiego doszło daleko w dole. W ostatniej chwili odwrócił się, by zobaczyć, skąd dobiega hałas.

— Cóż to, na nieumiarkowane Ifni? — Fiben mrugnął i wybałuszył oczy.

Nie był w tym osamotniony. Wydawało się, że połowa galaktycznych dygnitarzy przesuwa się w tamtą stronę, przyciągnięta brązową falą, która właśnie w tej chwili rozlewała się u stóp Kopca Ceremonialnego.

Fiben próbował dojrzeć, co się dzieje, lecz plamy światła słonecznego odbijającego się we wciąż jasnej wodzie sprawiały, że trudno było zobaczyć cokolwiek w rozciągających się na dole cieniach. Mógł jedynie stwierdzić, iż zatoka pokryta jest łodziami, a jeszcze więcej ich wysadza swych pasażerów na odizolowaną plażę, gdzie on sam wylądował przed kilkoma godzinami.

A więc ostatecznie więcej szymów z miasta postanowiło przyjrzeć się temu wszystkiemu z bliska. Fiben miał nadzieję, że żaden z nich nie zachowa się nieodpowiednio. Zresztą wątpił, by mogły wyrządzić jakąkolwiek szkodę. Galaktowie z pewnością wiedzieli, że małpia ciekawość jest zasadniczą szympansią cechą i że szymy postępują po prostu zgodnie ze swą naturą. Zapewne odstąpi im się dolną część zbocza, by mogły się przyglądać, co im się — zgodnie z Galaktycznym Prawem — należało.

Nie mógł sobie jednak pozwolić na dalsze marnowanie czasu. Odwrócił się i pognał naprzód. Choć zdał następny test z historii galaktycznej, wiedział, że uzyskany wynik nie poprawił zbytnio jego łącznego rezultatu.

Tym razem poczuł zadowolenie, gdy dotarł na zachodni stok. Słońce było coraz niżej, a po tej stronie wiatr nie kąsał tak gwałtownie. Fiben drżał, posuwając się z trudem naprzód. Stopniowo nadrabiał dystans dzielący go od zmniejszającego się ciągle tłumu na przedzie.

— Zwolnij, Gailet — mruknął. — Czy nie możesz powłóczyć nogami, albo coś? Nie musisz odpowiadać na każde pytanie w tej samej sekundeczce, gdy je zadadzą. Czy nie czujesz, że nadchodzę?

Pełna melancholii część jego osobowości pomyślała, że może Gailet już o tym wie i może nic to jej nie obchodzi.

88. Gailet

Z coraz większą trudnością przychodziło jej uwierzyć, ze to wszystko ma jakieś znaczenie. Powodem jej depresji było coś więcej niż tylko zmęczenie wywołane długim, ciężkim dniem, niż brzemię wiary tych wszystkich ogłupiałych szymów, które liczyły, że poprowadzi je naprzód i w górę poprzez labirynt coraz bardziej wymagających prób.

Nie była nim też ustawiczna obecność wysokiego szena zwanego Irongripem. Z pewnością było frustrujące, gdy widziała, jak przechodzi on przez testy, które oblewały inne, więcej warte szymy. Jako drugi Wybraniec Sponsorów był z reguły tuż za nią. Na twarzy miał przylepiony doprowadzający do szału, zarozumiały uśmiech Niemniej na ogół była w stanie zacisnąć zęby i ignorować go.

Same egzaminy również nie dręczyły jej w zbyt wielkim stopniu. Do diabła, one stanowiły najprzyjemniejszą część dnia! Który to ze starożytnych mędrców powiedział, że najczystszą przyjemnością i największą siłą w rozwoju ludzkości była radość, jaką biegły pracownik czerpie ze swego kunsztu? Gdy Gailet się skoncentrowała, mogła się odciąć od niemal wszystkiego — świata i Pięciu Galaktyk — i skupić wyłącznie na wyzwaniu wymagającym od niej ukazania umiejętności. Pod wszystkimi kryzysami oraz mrocznymi problemami dotyczącymi honoru i obowiązku zawsze kryła się czysta satysfakcja odczuwana wtedy, gdy ukończyła zadanie i wiedziała, że spisała się dobrze, zanim jeszcze oznajmili jej to egzaminatorzy z Instytutu.