Nie, testy nie były tym, co ją niepokoiło. Najbardziej dręczyło ją narastające podejrzenie, że mimo wszystko dokonała błędnego wyboru.
Powinnam była odmówić udziału — pomyślała. — Trzeba było po prostu powiedzieć „nie”.
Och, argumenty brzmiały tak samo jak poprzednio. W mysi protokołu i wszystkich zasad, Gubru postawili ją w pozycji, w której po prostu nie miała wyboru, ze względu na dobro własne oraz swego gatunku i klanu.
Niemniej wiedziała też, że ją wykorzystują i czuła się przez to zbrukana.
Podczas ostatniego tygodnia nauki w Bibliotece coraz częściej zapadała w sen przed lśniącymi ekranami, pełnymi tajemniczych danych. Jej sny zawsze zakłócały wyobrażenia ptaków trzymających w rękach groźne instrumenty. Obrazy Maxa i Fibena oraz wielu innych nie znikały, wikłając jej myśli za każdym razem, gdy budziła się na nowo.
Potem nadszedł oczekiwany dzień. Gailet przywdziała swą szatę niemal z poczuciem ulgi, że teraz, wreszcie, wszystko zbliża się do końca. Jaki jednak miał być ten koniec?
Drobna szymka wychynęła z ostatniej z budek testowych, wytarła czoło rękawem srebrzystej bluzki i podeszła zmęczonym krokiem do Gailet. Michaela Noddings była jedynie nauczycielką w szkole podstawowej i miała zieloną kartę, okazało się jednak, że ma więcej zdolności przystosowania i wytrzymałości niż całkiem spora liczba niebieskokartowców, którzy wędrowali teraz samotnie spiralą z powrotem w dół. Gailet poczuła głęboką ulgę, ujrzawszy swą nową przyjaciółkę wśród kandydatów. Wyciągnęła rękę, by ująć jej dłoń.
— O mały włos bym oblała, Gailet — powiedziała Michaela. Jej palce drżały w uścisku dłoni koleżanki.
— No, tylko się nie waż zemdleć, Michaela — odparła uspokajającym głosem Gailet. Pogłaskała wilgotne od potu loki swej towarzyszki. — Jesteś moją siłą. Nie dałabym sobie rady, gdyby ciebie ze mną nie było.
W brązowych oczach Michaeli widoczna była łagodna wdzięczność pomieszana z ironią.
— Bujasz, Gailet. To bardzo miło, że tak mówisz, ale nie potrzebujesz nikogo z nas, a już zwłaszcza mnie. Wszystko, co ja mogę zaliczyć, to dla ciebie betka.
Rzecz jasna nie była to, ściśle mówiąc, prawda. Gailet połapała się już, że egzaminy przygotowywane przez Instytut Wspomagania były w jakiś sposób wyważone tak, by zmierzyć nie tylko inteligencję badanego, lecz również to, jak bardzo się on stara. Oczywiście Gailet miała nad większością pozostałych szymów przewagę wyszkolenia i być może również ilorazu inteligencji, ale w każdym następnym stadium jej próby również stawały się coraz trudniejsze.
Następny szym nadzorowany — znany jako Weasel — wyłonił się z budki i podszedł powolnym krokiem do miejsca, gdzie czekał Irongrip wraz z trzecim członkiem ich bandy. Weasel nie sprawiał wrażenia zbytnio zmęczonego. W gruncie rzeczy wszyscy trzej jeszcze nie wyeliminowani nadzorowani wyglądali na spokojnych i pewnych siebie. Irongrip zauważył spojrzenie Gailet i puścił do niej oko. Szymka odwróciła się szybko.
Później wyłonił się ostatni szym, który potrząsnął głową.
— To już wszyscy… — stwierdził.
— A więc profesor Simmins?
Gdy szym wzruszył ramionami, Gailet westchnęła. To po prostu nie miało sensu. Coś tu było nie w porządku, jeśli wspaniałe, wykształcone szymy oblewały testy, które mimo to nie wyeliminowały bandy Irongripa już na samym początku.
Rzecz jasna. Instytut Wspomagania mógł oceniać „stopień zaawansowania” inaczej niż prowadzony przez ludzi Ziemski Klan. Ostatecznie Irongrip, Weasel i Steelbar byli inteligentni. Galaktowie mogli nie uważać rozmaitych skaz na charakterze nadzorowanych za tak straszliwe i odrażające, jakimi były dla Terran.
A jednak nie. Wcale nie o to chodziło. Gailet zdała sobie z tego sprawę, gdy wraz z Michaelą minęły grupę około dwudziestu szymów, które jeszcze pozostały, by ponownie poprowadzić marsz ku górze. Wiedziała, że musi się za tym kryć coś innego. Nadzorowani byli po prostu zbyt pewni siebie. Wiedzieli skądś, że gra nie jest czysta.
Mogło to przyprawić o szok. Galaktyczne Instytuty miały podobno być nieskazitelne. Tak jednak wyglądała prawda. Gailet zastanowiła się, co — jeśli cokolwiek — można w tej sprawie zrobić.
Gdy zbliżali się do kolejnego stanowiska — obsadzonego przez pulchną, pokrytą zrogowaciałą skórą sorańską inspektorkę oraz sześć robotów — Gailet rozejrzała się wkoło i po raz pierwszy zwróciła na coś uwagę: niemal wszyscy z jaskrawo odzianych galaktycznych obserwatorów — nieziemców nie związanych z Instytutem, którzy przybyli tu przyglądać się i zajmować nieoficjalną dyplomacją — oddalili się. Było widać jeszcze kilku z nich, którzy schodzili szybko w dół zbocza w kierunku wschodnim, jak gdyby przyciągało ich coś interesującego, co się tam działo.
Rzecz jasna, nie zadadzą sobie trudu, by nam powiedzieć, co jest grane — pomyślała z goryczą.
— Dobra, Gailet — Michaelą westchnęła. — Znowu zapychasz pierwsza. Pokaż no im, że potrafimy ekstra nawijać.
A więc nawet pedantyczna nauczycielka mogła używać fizolskiego żargonu jako pozy i symbolu więzi, Gailet westchnęła.
— Się robi. Idę to wykręcić.
Irongrip uśmiechnął się do niej, lecz Gailet zignorowała go. Podeszła do Soranki, pokłoniła się jej i poddała zabiegom robotów.
89. Galaktowie
Suzeren Wiązki i Szponu stąpał dumnie tam i z powrotem pod poruszającym się na wietrze materiałem namiotu Instytutu Wspomagania. Głos gubryjskiego admirała pulsował wibratem oburzenia.
— To nieznośne! Niewiarygodne! Niedopuszczalne! Tę inwazję trzeba zatrzymać, powstrzymać, postawić w stan zawieszenia!
Gładka rutyna normalnej Ceremonii Wspomaganiowej rozpadła się na kawałki. Dostojnicy i egzaminatorzy z Instytutu — Galaktowie o najrozmaitszych kształtach i rozmiarach — popędzili teraz pod wielki baldachim, by pośpiesznie skonsultować się z przenośnymi Bibliotekami w poszukiwaniu precedensu wydarzenia, jakiego żaden z nich dotąd nie widział ani nawet sobie nie wyobrażał. Nieoczekiwane zaburzenia wywołały chaos wszędzie, zwłaszcza jednak w tym zakątku, gdzie Suzeren tańczył taniec oburzenia przed przypominającą pająka istotą.
Naczelny Egzaminator, pająkokształtna Serentinka, stała zrelaksowana w kręgu zbiorników danych, wysłuchując z uwagą skargi gubryjskiego oficera.
— Niech zostanie to osądzone jako pogwałcenie, naruszenie, poważne przestępstwo! Moi żołnierze z surowością wymuszą przestrzeganie poprawności!
Suzeren otrzepał upierzenie, by zademonstrować różowawy odcień, widoczny już pod zewnętrzną warstwą piór, jak gdyby Serentince mogło zaimponować, że admirał jest już niemal samicą, niemal królową.
Naczelny Egzaminator pozostała jednak nieporuszona. Ostatecznie Serentinki wszystkie były samicami, cóż więc w tym było takiego nadzwyczajnego?
Nie okazała jednak po sobie rozbawienia.
— Nowo przybyli spełniają wszystkie kryteria wymagane dla dopuszczenia do udziału w tej ceremonii — odpowiedziała cierpliwie w trzecim galaktycznym. — Rzecz jasna, wywołali konsternację i będzie się wiele o tym mówić jeszcze długo po tym, gdy dzisiejszy dzień dobiegnie końca, niemniej stanowią oni tylko jeden z wielu elementów tej ceremonii, które są, hmm, niekonwencjonalne.