— Hmm — mruknął, pracując nad komputerem. To, czego się dowiedział, było pełne ironii.
To naprawdę jest Garth.
Systemy grawitacyjne wehikułu miały jeszcze odrobinę zdolności manewrowych. Być może akurat tyle, by mógł dotrzeć w obręb zasięgu kapsuły ratunkowej.
I, największy cud ze wszystkich — jeśli jego efemerydy mówiły prawdę — może nawet dotrzeć na obszar Morza Zachodniego… odrobinę na wschód od Port Helenia. Fiben gwizdał niemelodyjnie przez kilka minut. Zastanowił się, jak wielkie było prawdopodobieństwo, że do tego dojdzie? Jedna szansa na milion? Chyba raczej na bilion.
A może wszechświat chciał go tylko zabajerować odrobiną nadziei, zanim znowu mu przygrzmoci?
Tak czy inaczej, uznał, że pewną pociechą napawa fakt, iż może sobie wyobrazić, że wśród tych wszystkich gwiazd ktoś nadal myśli o nim. Wydobył zestaw narzędzi i zabrał się do roboty, by dokonać niezbędnych napraw.
9. Uthacalthing
Uthacalthing wiedział, że postąpiłby niemądrze, gdyby czekał za długo. Mimo to pozostał z Bibliotekarzami, obserwując jak próbują wyciągnąć dodatkowy, istotny szczegół, zanim nadszedł wreszcie czas, by odejść.
Spoglądał na ludzkich i neoszympansich techników pędzących przed siebie pod wysokim, kopulastym sufitem Planetarnej Filii Biblioteki. Wszyscy mieli zadania do wykonania i wywiązywali się z nich sprawnie, całkowicie nimi pochłonięci. Można jednak było tuż pod powierzchnią wyczuć ferment wywołany z trudem powstrzymywanym strachem.
Wśród ledwie dostrzegalnych iskier jego korony uformowało się spontanicznie rittitees. Glifu tego powszechnie używali tymbrimscy rodzice celem uspokojenia przestraszonych dzieci.
Oni nie potrafią cię wykryć — powiedział do rittitees Uthacalthing. Mimo to glif unosił się uparcie w powietrzu, starając się ukoić strapione maleństwa.
Tak czy owak, te istoty nie są dziećmi. Ludzie dowiedzieli się o Wielkiej Bibliotece dopiero dwa ziemskie stulecia temu, mieli jednak wcześniej tysiąclecia własnej historii. Mogło im jeszcze brakować galaktycznej ogłady i wyrafinowania, lecz ten niedostatek niekiedy okazywał się dla nich korzystny.
Rzadko — wyraziło swe wątpliwości rittitees.
Uthacalthing zakończył dyskusję, wciągając niezdecydowany glif na miejsce, z powrotem do swej studni jaźni.
Pod kamiennym sklepieniem wznosił się pięciometrowy szary monolit, na którym wyryto przeszyty promieniami spiralny znak — trzech miliardów lat symbol Wielkiej Biblioteki. W pobliżu rejestratory danych wypełniały krystaliczne sześciany pamięci. Drukarki z brzęczeniem wypluwały z siebie oprawione raporty, które szybko zaopatrywano w adnotacje i zabierano.
Ta stacja Biblioteki, punkt klasy K, była w istocie niewielka. Jej zawartość stanowiła ekwiwalent liczby książek jedynie tysiąckrotnie większej niż wszystkie, które napisali ludzie od chwili Kontaktu. Drobnostka w porównaniu z pełną Filią Biblioteki na Ziemi czy Centralną Biblioteką Sektora na Tanith.
Niemniej, gdy Garth zostanie zdobyty, to pomieszczenie również wpadnie w ręce najeźdźców.
Zgodnie z tradycją nie powinno to czynić żadnej różnicy. Biblioteka miała w zasadzie być otwarta dla wszystkich, nawet dla stron walczących o terytorium, na którym stała. Jednakże w takich czasach, jak dzisiejsze, byłoby nierozsądne liczyć na podobne subtelności. Kolonialne siły oporu miały zamiar zabrać ze sobą wszystko co zdołają, w nadziei, że później będą w jakiś sposób mogły wykorzystać te informacje.
Drobnostka nad drobnostkami. Rzecz jasna robili to pod wpływem jego sugestii, lecz Uthacalthing był szczerze zdumiony, że ludzie przystąpili do realizacji pomysłu z takim wigorem. Ostatecznie, po co zadawać sobie trud? Co może dać tak niewielki zasób informacji?
Ten „nalot” na Planetarną Bibliotekę służył celom Uthacalthinga lecz jednocześnie potwierdzał jego opinię o Ziemianach. Oni po prostu nigdy się nie poddawali. Był to jeszcze jeden powód, dla którego te stworzenia wzbudzały w nim zachwyt.
Ukryta przyczyna tego całego chaosu — jego własny, osobisty żart — wymagała przeniesienia na nośnik zewnętrzny i przetransportowania w inne miejsce kilku określonych megaplików, co łatwo było przeoczyć w całym zamieszaniu. W gruncie rzeczy nikt chyba nie zauważył, gdy Uthacalthing podłączył na chwilę swój sześcian wejścia-wyjścia do potężnej Biblioteki, odczekał kilka sekund, po czym z powrotem schował małe, służące do sabotażu urządzenie do kieszeni.
Gotowe. Nie pozostało mu już wiele do roboty poza obserwowaniem dzikusów, podczas gdy będzie czekał na swój wehikuł.
Z oddali dobiegł wznoszący się i opadający, zawodzący ton. Było to wycie syreny kosmoportu znajdującego się po drugiej stronie zatoki. Kolejny uszkodzony uciekinier z kosmicznego starcia nadleciał celem dokonania przymusowego lądowania. Słyszeli ten dźwięk zdecydowanie zbyt rzadko. Wszyscy już wiedzieli, że niewielu ocalało.
Większą część ruchu stanowiły startujące statki powietrzne. Wielu mieszkańców kontynentu odleciało już na łańcuch wysp na Morzu Zachodnim, gdzie nadal zamieszkiwała znaczna większość populacji Ziemian. Rząd czynił przygotowania do własnej ewakuacji.
Gdy syreny zawyły, wszyscy ludzie i szymy podnieśli na chwilę wzrok. Przez moment od robotników popłynęła skomplikowana fuga lęku. Uthacalthing mógł niemal poczuć jej smak swą koroną.
Niemal poczuć smak?
Och, te cudne, zaskakujące rzeczy, te przenośnie — pomyślał. Czy można poczuć smak koroną? Albo dotknąć oczyma? Anglic jest taki głupi, ale tak cudownie prowokuje do myślenia.
Zresztą czy delfiny naprawdę nie widzą uszami?
Ponad jego falującymi witkami uformowało się ziinour’thziin, które wpadło w rezonans pod wpływem strachu ludzi i szymów.
Tak jest, wszyscy mamy nadzieję, że będziemy żyć, gdyż tak bardzo dużo nam zostało do zrobienia, posmakowania, zobaczenia czy wykennowania…
Uthacalthing żałował, iż dyplomacja wymagała, by Tymbrimczycy wybierali spośród siebie na posłów najbardziej pozbawionych zmysłu humoru. Mianowano go ambasadorem dlatego, że — poza innymi cechami — był nudny, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy zostali w domu.
A biedna Athaclena była chyba w jeszcze gorszej sytuacji — taka rozsądna i poważna.
Bez oporu przyznawał, że w pewnej części z jego winy. Był to jeden z powodów, dla których przywiózł ze sobą wielką kolekcję przedkontaktowych ziemskich komedii, która należała do jego ojca. Szczególnie inspirowali go „The Three Stooges”. Niestety, jak dotąd Athaciena wydawała się niezdolna do zrozumienia subtelnej ironicznej błyskotliwości tych starożytnych terrańskich geniuszy komedii.
Za pośrednictwem Sylth — posłańca zmarłych, lecz nie zapomnianych — jego dawno już nieżyjąca żona czyniła mu wymówki, docierała do niego zza grobu, by mu powiedzieć, że ich córka powinna przebywać w domu, gdzie pełni życia rówieśnicy mogliby jeszcze wyciągnąć ją z izolacji.
Być może — pomyślał. Mathicluanna miała już jednak swą szansę. Uthacalthing wierzył we własną receptę dla ich dziwnej córki.
Mały, umundurowany neoszympans płci żeńskiej — szymka — zatrzymał się przed nim i pokłonił z dłońmi złożonymi z przodu na znak szacunku.
— Słucham, panienko? — Uthacalthing odezwał się jako pierwszy, zgodnie z wymaganiami protokołu. Choć był opiekunem przemawiającym do podopiecznego, wspaniałomyślnie uhonorował ją uprzejmym, archaicznym tytułem grzecznościowym.
— Wwasza ekscelencjo — skrzypiący głos szymki drżał lekko. Zapewne po raz pierwszy w życiu rozmawiała z nieTerraninem.