Nad małym płaskowyżem rozszalała się kakofonia. Plac ogarnęło szaleństwo pozbawione jakichkolwiek śladów porządku. Granice areny wydawały się już nie mieć znaczenia. Fiben i jego nieprzyjaciel toczyli się pod nogami szymów, goryli, Gubru i wszystkich innych, którzy byli w stanie chodzić, skakać czy pełzać. Niemal nikt nie zwracał na nich uwagi. Fiben właściwie o to nie dbał. Jedyne, co się dla niego liczyło, to fakt, że złożył obietnicę, której musi dotrzymać.
Okładał pięściami Irongripa, nie pozwalając mu odzyskać równowagi, aż wreszcie tamten ryknął i ogarnięty desperacją zrzucił z siebie Fibena jak stary płaszcz. Gdy ten wylądował z bolesnym wstrząsem, zauważył na mgnienie oka za sobą jakieś poruszenie. Odwrócił głowę i ujrzał, jak nadzorowany imieniem Weasel podnosi nogę, przygotowując się do uderzenia go stopą. Cios jednak chybił, gdyż napastnika schwytał uczuciowy goryl, który podniósł go w górę w miażdżącym uścisku.
Drugiego towarzysza Irongripa powstrzymał — czy raczej dźwigał — Robert Oneagle. Ów samiec szyma mógł mieć znacznie więcej siły niż większość ludzi, nie przynosiło mu to jednak żadnego pożytku, gdy był zawieszony w powietrzu. Robert uniósł Steelbara wysoko nad głową niczym Herkules poskramiający Anteusza. Młody mężczyzna skinął głową do Fibena.
— Uwaga, stary.
Fiben przetoczył się na bok. Irongrip uderzył w ziemię w miejscu, gdzie przed chwilą leżał. W powietrze poleciały pióropusze piasku. Bez zwłoki Fiben skoczył na plecy przeciwnika i założył mu półnelsona.
Świat zawirował. Fiben odniósł wrażenie, że jedzie na dzikim, wierzgającym kucyku. Poczuł smak krwi. Wydało mu się, że pył wypełnia mu płuca, wywołując palący, zatykający ból. Odczuwał rwanie w zmęczonych ramionach. Obawiał się, że złapią go w nich skurcze. Gdy jednak usłyszał wysilony oddech swego nieprzyjaciela, zrozumiał, że może wytrzymać jeszcze chwilę.
Głowa Irongripa opuszczała się coraz niżej. Fiben otoczył jego nogi swoimi i wybił je spod niego kopniakiem.
Splot słoneczny nadzorowanego wylądował na pięcie Fibena. Choć nagły impuls bólu oznaczał zapewne, że kilka jego palców uległo złamaniu, nie można było nie rozpoznać świszczącego pisku, jaki rozległ się, gdy przeponę Irongripa ogarnął na chwilę skurcz powstrzymujący wszelki dopływ powietrza.
Odnalazł gdzieś w sobie energię. Odwrócił błyskawicznie swego wroga. Ściskając go ciasnym chwytem nożycowym, otoczył jego szyję przedramieniem i zastosował ten sam (niedozwolony, ale kogo to obchodziło) chwyt, którego wcześniej użyto przeciwko niemu.
Kość otarła się ze zgrzytem o chrząstkę. Grunt pod nimi drżał. Niebo dudniło i pomrukiwało. Ze wszystkich stron słychać było szuranie nieziemskich stóp oraz nieustanny skrzek i szwargotanie tuzina niezrozumiałych języków. Fiben jednak nasłuchiwał jedynie oddechu, który nie płynął przez gardło nieprzyjaciela… i szukał wyłącznie tętniącego pulsu, który tak rozpaczliwie pragnął uciszyć…
W tej właśnie chwili wydało mu się, że coś eksplodowało wewnątrz jego czaszki.
Było to tak, jakby w jego jaźni otworzyły się drzwi, wypuszczając przez siebie coś, co wydawało się jasnym światłem bijącym z jego kory mózgowej. Oszołomiony Fiben myślał początkowo, że jakiś nadzorowany albo Gubru musiał mu zadać cios w tył głowy. Światłość nie była jednak tego rodzaju, jaki pochodzi od wstrząsu. Sprawiała ból, lecz w inny sposób.
Skoncentrował się na sprawie najważniejszej — trzymaniu w mocnym uchwycie nieustannie słabnącego przeciwnika. Nie mógł jednak zignorować tego niezwykłego zjawiska. Jego umysł poszukiwał czegoś, do czego mógłby je porównać, nie znajdował jednak odpowiedniej przenośni. Bezdźwięczny wybuch w jakiś sposób wydawał się obcy i zarazem niesamowicie znajomy.
Fiben natychmiast przypomniał sobie błękitne światło, które tańczyło wesoło, ostrzeliwując jego stopy doprowadzającymi do szału błyskawicami, „bombę cuchnącą”, która sprawiła, że nadęta, fu-trzasta, mała ambasador umknęła, porzucając wszelką godność, historie opowiadane nocą przez panią generał. Te skojarzenia sprawiły, że zaczął podejrzewać…
Wszędzie na płaskowyżu Galaktowie zaprzestali swego wielojęzycznego szwargotu i spojrzeli w górę zbocza. Fiben musiałby unieść nieco głowę, by dojrzeć, co ich tak zaabsorbowało. Zanim jednak to uczynił, upewnił się co do swego wroga. Gdy Irongrip zdołał pochwycić kilka słabych, rozpaczliwych oddechów, Fiben wznowił nacisk do tego stopnia, by utrzymać wielkiego szena na krawędzi świadomości. Osiągnąwszy ten cel, podniósł oczy.
— Uthacalthing — szepnął, zdając sobie sprawę ze stopnia swej umysłowej dezorientacji.
Tymbrimczyk stał na zboczu nieco wyżej niż pozostali. Rozłożył szeroko ramiona. Pelerynowate fałdy jego ceremonialnej szaty powiewały na wichrze o sile cyklonu, który okrążał rozwarty bocznik hiperprzestrzenny. Oczy miał szeroko rozstawione.
Witki jego korony falowały. Coś wirowało nad jego głową.
Jakaś szymka jęknęła i przycisnęła dłonie do skroni. Gdzieś zaklekotały zęby-tarki Pringanina. Dla wielu z obecnych glif był niemal niemożliwy do wykrycia, lecz Fiben — po raz pierwszy w życiu — naprawdę kennował. I to, co wykennował, nosiło nazwę tutsilnii-cann.
Glif był potworem rozdętym do tytanicznych rozmiarów przez długo związaną energię. Esencja przeciągającej się nieokreśloności tańczyła i wirowała. Nagle, bez ostrzeżenia, glif rozpłynął się we wszystkie strony. Fiben poczuł, jak omywa i przenika go nie więcej i nie mniej niż wydestylowana, niefałszowana radość.
Uthacalthing wylewał z siebie to uczucie, jak gdyby pękła w nim tama.
— N’ha s’urustuannu, k’hammm’t Athaclena w’ithtanna! — krzyknął. — Córko, czy przysyłasz mi je, by zwrócić to, co ci pożyczyłem? Och, cóż za składany i zwielokrotniony odsetek! Cóż za piękny żart z dumnego rodzica!
Intensywność jego uczuć wpłynęła na tych, którzy stali obok. Szymy zamrugały i wpatrywały się w niego. Robert Oneagle wytarł łzy.
Uthacalthing odwrócił się i wskazał na ścieżkę prowadzącą ku Miejscu Wyboru. Wszyscy mogli dostrzec, że tam, na szczycie Kopca Ceremonialnego, bocznik został wreszcie podłączony. Skryte głęboko w ziemi silniki wykonały zadanie i teraz nad zebranymi rozwarł się tunel. Jego krawędzie lśniły, lecz wnętrze zawierało pustkę o kolorze ciemniejszym niż czerń.
Wydawało się, że wsysa on światło tak, iż trudno było nawet dostrzec znajdujący się tam otwór. Fiben jednak wiedział, że jest to połączenie w czasie rzeczywistym, przebiegające stąd do niezliczonych miejsc, w których zebrali się świadkowie, by obserwować i czcić dzisiejsze wydarzenia.
Mam nadzieję, że Pięciu Galaktykom podoba się to widowisko.
Gdy Irongrip zaczął wykazywać oznaki powrotu do przytomności, Fiben grzmotnął nadzorowanego w bok głowy i ponownie spojrzał w górę.
W połowie długości wąskiej, prowadzącej na szczyt ścieżki stały trzy nie pasujące do siebie postacie. Pierwszą był mały neoszympans, którego ręce wydawały się za długie, zaś źle ukształtowane nogi były krótkie i krzywe. Jo-Jo trzymał za jedną z rąk Kaulta, potężnego thennaniańskiego ambasadora, którego drugą masywną łapę ściskała maleńka ludzka dziewczynka. Jej blond włosy powiewały w wirujących podmuchach wiatru niczym jasny proporzec.
Nieprawdopodobna trójka obserwowała wspólnie sam szczyt, na którym zebrała się równie niezwykła grupa.
Tuzin goryli, samców i samic, stał w kręgu, bezpośrednio pod na wpół niewidzialną dziurą w przestrzeni. Kołysały się one w przód i w tył, wpatrzone w rozwartą pustkę nad nimi, i nuciły niską, atonalną melodię.