Выбрать главу

— Wasza ekscelencjo. Koordynator Planetarny Oneagle przesłała wiadomość, że przygotowania zostały zakończone. Za chwilę podłożą ogień. Pyta, czy zechciałby pan być świadkiem wprowadzenia do akcji swego… hmm, programu.

Oczy Uthacalthinga oddaliły się od siebie pod wpływem rozbawienia, a pomarszczone futerko między jego brwiami spłaszczyć się na chwilę. Ów „program” właściwie nie zasługiwał na takie określenie. Lepiej byłoby nazwać go przebiegłym dowcipem wyrządzonym najeźdźcom. Szansę jego powodzenia były zresztą — w najlepszym razie — niewielkie.

Nawet Megan Oneagle nie wiedziała, jakie są jego rzeczywiste zamiary. Rzecz jasna szkoda, że trzeba było zachować tajemnicę, gdyż nawet jeśli plan się nie uda — co było prawdopodobne — rzecz warta była tylko chichotu. Śmiech mógłby pomóc jego przyjaciółce przetrwać ponure czasy, które ją czekały.

— Dziękuję, kapralu — skinął głową. — Proszę mnie tam zaprowadzić.

Gdy podążał za małą podopieczną, poczuł lekki żal. Tak wiele zostawiał nie ukończone. Dobry żart wymagał licznych przygotowań. Miał po prostu za mało czasu.

Gdybym tylko miał przyzwoite poczucie humoru!

No cóż. Gdy zawodzi subtelność, musimy po prostu ratować się rzucaniem tortami.

W dwie godziny później wracał już z gmachu rządu do miasta Spotkanie było krótkie. Floty wojenne zbliżały się do orbity i wkrótce oczekiwano lądowania. Megan Oneagle przeniosła już większą część rządu oraz, nieliczne, pozostałe jej siły w bezpieczne miejsce.

Uthacalthing sądził, że w gruncie rzeczy mieli jeszcze trochę czasu. Nie dojdzie do lądowania zanim najeźdźcy nie nadadzą swego manifestu. Wymagały tego zasady ustanawiane przez Instytut Sztuki Wojennej.

Rzecz jasna teraz, gdy Pięć Galaktyk ogarnęło zamieszanie, wiele klanów gwiezdnych wędrowców lekceważyło tradycję. W tym jednak przypadku zachowanie form nie będzie kosztowało nieprzyjaciela nic. Odniósł on już zwycięstwo. Pozostawało mu jedynie zajęcie ich terytorium.

Ponadto bitwa w kosmosie ujawniła jedną rzecz. Było już jasne, że nieprzyjaciele to Gubru.

Ludzi i szymów na tej planecie nie czekały przyjemne czasy. Klan Gubru był jednym z największych prześladowców Ziemi od chwili Kontaktu. Niemniej ptakopodobni Galaktowie ściśle przestrzegali zasad, a przynajmniej własnej ich interpretacji.

Megan była rozczarowana, gdy odrzucił jej propozycję przewiezienia go do kryjówki. Uthacalthing miał jednak własny statek. Poza tym musiał jeszcze załatwić pewien interes tu, w mieście. Pożegnał się z panią koordynator, obiecując jej, że wkrótce się spotkają.

„Wkrótce” było cudownie wieloznacznym słowem. Jednym z wielu powodów, dla których cenił anglic, była wspaniała niechlujność języka dzikusów!

W świetle księżyca Port Helenia wydawał się jeszcze mniejszy i bardziej opuszczony niż mała, zagrożona wioska, jaką był za dnia. Zima — być może — już się prawie skończyła, lecz ze wschodu wciąż wiał silny wiatr. Liście unosiły się w jego podmuchach ponad niemal pustymi ulicami, podczas gdy kierowca wiózł go z powrotem na teren ambasady. Wicher niósł ze sobą wilgotną woń. Uthacalthing wyobraził sobie, że czuje zapach gór, gdzie jego córka oraz syn Megan udali się w poszukiwaniu schronienia.

Była to decyzja, za którą rodzice nie otrzymali zbyt wielu podziękowań.

Jego samochód po drodze do ambasady przejeżdżał obok Filii Biblioteki. Kierowca musiał zwolnić, by ominąć inny pojazd. Dzięki temu Uthacalthing miał okazję ujrzeć rzadko spotykany widok — ogarniętego szałem Thennanianina z najwyższej kasty widocznego w świetle latarń.

— Proszę się tu zatrzymać — zdecydował nagle.

Przed kamiennym budynkiem Biblioteki brzęczał cicho wielki śmigacz. Światło biło spod podniesionej osłony jego kabiny, tworząc na szerokich stopniach mroczny zestaw cieni. Pięć z nich najwyraźniej należało do neoszympansów. Rozciągnięte sylwetki sprawiały, że ich ramiona wydawały się nawet dłuższe niż w rzeczywistości. Dwa półcienie o jeszcze większej długości biegły od wysmukłych postaci stojących blisko śmigacza. Para stoickich, zdyscyplinowanych Ynnian — wyglądających jak wysokie, pokryte pancerzem kangury — stała nieruchomo, jak wymodelowana z kamienia.

Ich pracodawca i opiekun, właściciel największej z sylwetek, był znacznie wyższy od małych Terran. Jego masywne i potężne klinowate barki zdawały się przechodzić bezpośrednio w przypominającą kształtem pocisk głowę. Nad tą ostatnią, niczym nad hełmem greckiego wojownika, wznosił się wysoki, falujący grzebień.

Gdy Uthacalthing wysiadł z samochodu, usłyszał donośny głos bogaty w gardłowe głoski szczelinowe.

— Natha’kl ghoom’ph? Vemich’sch hoomanulech! Nittaro K’M glee!

Szympansy potrząsały głowami, zbite z tropu i wyraźnie onieśmielone. Najwyraźniej żaden z nich nie władał szóstym galaktycznym. Mimo to gdy wielki Thennanianin ruszył naprzód, mali Ziemianie stanęli mu na drodze. Pokłonili się nisko, lecz zdecydowanie nie zamierzali pozwolić mu na przejście.

To rozgniewało mówiącego jeszcze bardziej.

— Idatess! Nittarii kollunta…

Wielki Galakt zatrzymał się nagle, gdy ujrzał Uthacalthinga. Jego przypominające dziób, pokryte zrogowaciałą skórą usta pozostały zamknięte, gdy przeszedł na siódmy galaktyczny, przemawiając przez szczeliny oddechowe.

— Ach! Uthacalthing, ab-Caltmour ab-Brma ab-Krallnith ul-Tytla widzę cię!

Uthacalthing rozpoznałby Kaulta w mieście zatłoczonym Thennanianami. Wielki, nadęty samiec z najwyższej kasty wiedział doskonale, że protokół nie wymaga użycia pełnych nazw gatunkowych przy przypadkowych spotkaniach. Teraz jednak Tymbrimczyk nie miał wyboru. Musiał odpowiedzieć w ten sam sposób.

— Kault, ab-Wortl ab-Kosh ab-Rosh ab-Tothtoon ul-Paimin i-Rammin ul-Ynnin ul-Oluminin. Ja również cię widzę.

Każde „ab” w długim imieniu rodowym mówiło o jednym gatunku opiekunów, od którego wywodził się klan Thennanian, aż do najstarszego pozostającego jeszcze przy życiu. „Ul” poprzedzało nazwę każdego podopiecznego gatunku, który sami Thennanianie wspomogli na drodze do poziomu intelektu gwiezdnych wędrowców. Ziomkowie Kaulta byli bardzo zajęci przez jakiś ostatni megarok. Nieustannie przechwalali się długą nazwą swego gatunku.

Thennanianie byli idolami.

— Uthacalthing! Jesteś biegły w tym chamowatym języku, którego używają Ziemianie. Wyjaśnij, proszę, tym ciemnym, na wpół wspomożonym stworzeniom, że pragnę przejść! Muszę skorzystać z Filii Biblioteki i jeśli nie zejdą mi z drogi, nie będę miał innego wyjścia, jak zażądać od ich panów, by je ukarali!

Uthacalthing wzruszył ramionami w standardowym geście oznaczającym, że żałuje, iż nie jest w stanie spełnić tej prośby.

— Wykonują tylko swoje zadanie, pośle Kault. Gdy Biblioteka jest w całości pochłonięta zadaniami obrony planetarnej, można na krótki czas ograniczyć prawo dostępu do niej, przyznając je jedynie dzierżawcom.

Kault wbił oczy w Uthacalthinga. Jego szczeliny oddechowe wydmuchały z siebie powietrze.

— Dzieciuchy — mruknął cicho w mało znanym dialekcie dwunastego galaktycznego, nie zdając sobie być może sprawy, że Uthacalthing go rozumie. — Niemowlęta rządzone przez niegrzeczne dzieci i nauczane przez młodocianych przestępców!

Oczu Uthacalthinga oddaliły się od siebie. Jego witki zapulsowały z ironią. Ukształtowały fsu’ustumtu, które wyraża współczucie, śmiejąc się jednocześnie.

Cholerne szczęście, że Thennanianie mają tyle wrażliwości na empatię, co kamień — pomyślał Uthacalthing w anglicu, wymazując pospiesznie glif. Spośród galaktycznych klanów ogarniętych obecnym przypływem fanatyzmu rodacy Kaulta byli jednymi z najmniej odrażających. Niektórzy z nich naprawdę wierzyli, że działają w najlepiej pojętym interesie tych, których podbijali.