Było oczywiste, kogo Kault miał na myśli, mówiąc o „przestępcach” zwodzących na manowce ziemski klan. Uthacalthing nie czuł się bynajmniej obrażony.
— Te niemowlęta pilotują gwiazdoloty, Kault — odpowiedział w tym samym dialekcie, ku widocznemu zdumieniu Thennanianina. — Neoszympansy są być może najlepszymi podopiecznymi, jacy pojawili się od pół megaroku… może za wyjątkiem ich kuzynów neodelfinów. Czyż nie powinniśmy uszanować ich żarliwego pragnienia wykonania swych obowiązków?
Grzebień Kaulta zesztywniał na wspomnienie o drugim z ziemskich podopiecznych gatunków.
— Mój tymbrimski przyjacielu, czy pragniesz zasugerować, że słyszałeś coś więcej o statku delfinów? Czy go odnaleziono?
Uthacalthing czuł się odrobinę winny. Nie powinien igrać z Kaultem w taki sposób. Ostatecznie nie był on wcale zły. Należał do mniejszościowego thennańskiego stronnictwa politycznego, które kilkakrotnie opowiedziało się nawet za pokojem z Tymbrimczykami. Niemniej Uthacalthing miał powody, dla których chciał pobudzić ciekawość swego kolegi-dyplomaty i był przygotowany na podobne spotkanie.
— Być może powiedziałem więcej niż należało. Nie wyciągaj z tego, proszę, pochopnych wniosków. Z wielkim smutkiem dodaję, że naprawdę muszę już jechać, by nie spóźnić się na spotkanie Życzę ci szczęścia oraz tego, byś przeżył nadchodzące dni, Kault.
Wykonał swobodny ukłon, jaki jeden opiekun składał drugiemu i odwrócił się, by odejść. W głębi duszy jednak Uthacalthing śmiał się. Znał prawdziwy powód, dla którego Kault przybył do Biblioteki. Thennanianin mógł tu szukać jedynie jego.
— Zaczekaj! — zawołał głośno Kault w anglicu.
Uthacalthing obejrzał się.
— Słucham, szanowny kolego?
— Muszę… — Kault ponownie przeszedł na siódmy galaktyczny. — Muszę z tobą pomówić na temat ewakuacji. Jak może słyszałeś, mój statek nie jest na chodzie. W obecnej chwili brak mi środka transportu.
Grzebień Thennanianina zadrżał pod wpływem skrępowania. Było oczywiste, że bez względu na protokół i status dyplomaty wolałby nie znajdować się w mieście w chwili, gdy wylądują tu Gubru.
— Muszę więc zwrócić się do ciebie z prośbą. Czy znajdzie się jakaś okazja, byśmy mogli podyskutować o możliwości wzajemnej pomocy? — wyrzuciła z siebie pośpiesznie wielka istota.
Uthacalthing udał, że zastanawia się poważnie nad tą propozycją. Ostatecznie ich gatunki oficjalnie były w tej chwili w stanie wojny. Wreszcie skinął głową.
— Bądź jutro o północy na terenie mojej ambasady. Pamiętaj, nie spóźnij się więcej niż o miktaar. Proszę cię też, żebyś przyniósł ze sobą jak najmniej bagażu. Moja łódź jest mała. Pod tym warunkiem z chęcią przetransportuję cię w bezpieczne miejsce.
Zwrócił się do swego neoszympansiego kierowcy — To byłoby uprzejme i właściwe, prawda, kapralu?
Biedna szymka spojrzała przelotnie na Uthacalthinga, zbita z tropu. Wyznaczono ją do tego zadania, ponieważ znała siódmy galaktyczny. Ten fakt jednak bynajmniej nie wystarczał, by przeniknąć arkana tego, co się tu działo.
— Ttak, sir. To chyba byłby dobry uczynek.
Uthacalthing skinął głową i uśmiechnął się do Kaulta.
— No i proszę, mój drogi kolego. Nie tylko słuszny, ale i dobry. To pięknie, kiedy my, starsi, możemy uczyć się podobnej mądrość od nad wiek rozwiniętych i uwzględniać ich rady w swoich działaniach, nieprawdaż?
Po raz pierwszy ujrzał, jak Thennanianin mrugnął. Promieniował od niego niepokój. Na koniec jednak ulga wzięła górę nad podejrzeniem, że robią z niego durnia. Kault pokłonił się Uthacalthingowi, po czym, ponieważ Tymbrimczyk włączył ją do konwersacji, dodał przelotny, płytki ukłon dla małej szymki.
— Dziękuję w imieniu moich podopiecznych i własssnym — powiedział w kiepskim anglicu. Następnie strzelił kolcami na łokciach i jego ynniańscy podopieczni ruszyli za nim, gdy gramolił się do śmigacza. Zamykająca się osłona odcięła wreszcie rażące światło bijące z kopuły. Szymy z Biblioteki popatrzyły na Uthacalthinga z wdzięcznością. Śmigacz uniósł się na swej poduszce grawitacyjnej i ruszył szybko naprzód. Szymka otworzyła przed Uthacalthingiem drzwi jego własnego, kołowego pojazdu. Tymbrimczyk rozpostarł jednak ramiona i zaczerpnął głęboko tchu.
— Myślę, że nieźle byłoby się przespacerować — powiedział do niej. — Ambasada jest niedaleko stąd. Dlaczego nie weźmiesz sobie kilku godzin wolnego, żeby spędzić ten czas z rodziną i przyjaciółmi?
— Aale, ser…
— Nic mi się nie stanie — powiedział zdecydowanym tonem. Ukłonił się i poczuł, jak pod wpływem tej prostej uprzejmości szymkę ogarnęła niewinna radość. Odwzajemniła mu się głębokim ukłonem.
Zachwycające stworzenia — pomyślał Uthacalthing, spoglądając za oddalającym się samochodem. — Spotkałem nawet kilka neoszympansów, które miały przebłyski autentycznego poczucia humoru.
Mam nadzieję, że ten gatunek ocaleje.
Zaczął iść. Wkrótce zostawił za sobą zgiełk Biblioteki i znalazł się w dzielnicy willowej. Wiatr oczyścił nocne powietrze, a łagodne światła miasta nie odpędzały migoczących gwiazd. O tej porze wstęga galaktyki przypominała nierówne pasmo diamentów przebiegające w poprzek nieba. Nie można było dostrzec żadnych śladów bitwy, która toczyła się w kosmosie. Ta bitwa, a raczej potyczka, była zbyt mała, by je zostawiać.
Wszędzie wokół Uthacalthinga rozbrzmiewały odgłosy świadczące o tym, że ten wieczór jest inny niż wszystkie. Słychać było odległe syreny i warkot przelatujących nad jego głową pojazdów powietrznych. Przy niemal każdej ulicy dobiegały do niego czyjeś krzyki… głosy ludzi i szymów wyrażających wrzaskiem czy szeptem frustrację oraz strach. Na emocjonalnym poziomie empatii fale uderzały o siebie nawzajem, tworząc pianę uczuć. Jego korona nie mogła uciec od lęku, z jakim tubylcy oczekiwali nadejścia poranka.
Uthacalthing starał się nie dopuszczać go do siebie, gdy wędrował słabo oświetlonymi ulicami, wzdłuż których rosły ozdobne drzewa.
Zanurzył witki w kipiący potok emocji i uformował nad sobą nowy, niezwykły glif. Unosił się on w powietrzu, bezimienny i straszliwy — odwieczna groźba czasu.
Tymbrimczyk uśmiechnął się w prastary, szczególny sposób. W tej chwili nikt, nawet w ciemności, w żadnym wypadku nie mógłby go wziąć za człowieka.
Istnieje wiele dróg… — pomyślał, po raz kolejny napawając się otwartymi, niezdyscyplinowanymi niuansami anglicu.
Zostawił to, co stworzył, by unosiło się w powietrzu, rozwiewając się powoli za jego plecami, i ruszył naprzód pod zataczającym powolny krąg kobiercem gwiazd.
10. Robert
Robert obudził się na dwie godziny przed świtem.
Przeżywał okres dezorientacji, podczas którego niezwykłe uczucia i wyobrażenia towarzyszące sennym marzeniom rozpraszały się powoli. Potarł oczy, by uwolnić się od mętnego, ogłupiającego chaosu w głowie.
Przypomniał sobie, że biegł. Biegł tak, jak to się czasem robi, jednak tylko we śnie — długimi, płynącymi w powietrzu krokami, które ciągnęły się przez mile i zdawały się niemal nie dotykać ziemi. Wokół niego unosiły się zmienne, niewyraźne kształty, tajemnice i na wpół ukształtowane wyobrażenia, które wymykały się z jego zasięgu, gdy tylko budzący się umysł próbował je przywołać.
Spojrzał na Athaclenę, która leżała obok niego we własnym śpiworze. Jej brązowy tymbrimski kołnierz — ten zwężający się ku dołowi hełm z miękkiej, brunatnej sierści — był nastroszony. Srebrzyste witki jej korony falowały delikatnie, jak gdyby starały się zbadać i schwytać coś niewidzialnego, co unosiło się w przestrzeni nad jej głową.