Westchnęła i wymruczała coś bardzo cicho — kilka krótkich fraz w szybkim, wysoce sylabicznym tymbrimskim dialekcie siódmego galaktycznego.
Być może to tłumaczyło jego niezwykłe sny. Odbierał ślady tego, co śniło się jej!
Obserwując falujące witki, mrugnął nagle. Przez krótki moment odnosił wrażenie, że coś tam było, coś unosiło się w powietrzu nad śpiącą nieziemską dziewczyną. To było podobne do… podobne do…
Robert zmarszczył brwi i potrząsnął głową. To nie było podobne do niczego. Wydawało mu się, że sama próba porównania tego do czegoś innego odegnała ową rzecz od niego w tej samej chwili, gdy o niej pomyślał.
Athaclena westchnęła i przewróciła się na drugi bok. Jej korona uspokoiła się. Nie było już więcej półdostrzegalnego migotania w mroku.
Robert wysunął się ze śpiwora i poszukał ręką butów, zanim stanął na nogi. Wymacywał po omacku drogę wokół wyniosłego kamiennego szpikulca, pod którym rozbili obóz. Światło gwiazd było tak słabe, że zaledwie pozwalało mu odnaleźć ścieżkę wiodącą między niezwykłymi monolitami.
Dotarł do wyniosłości zwróconej ku ciągnącemu się na zachód łańcuchowi górskiemu oraz północnym równinom po jego prawej ręce. Poniżej, tego usytuowanego na szczycie wzgórza punktu obserwacyjnego, rozciągało się, falujące łagodnie, ciemne morze lasu. Drzewa napełniały powietrze intensywnym, łagodnym aromatem.
Usiadł na ziemi, oparty plecami o kamienny szpikulec, i spróbował zastanowić się nad sytuacją.
Gdyby tylko ta podróż była jedynie przygodą. Idyllicznym interludium w górach Mulun w towarzystwie nieziemskiej piękności. Nie potrafił jednak zapomnieć, uciec przed pełną poczucia winy pewnością, że nie powinno go tu być. Naprawdę powinien znajdować się w towarzystwie kolegów z roku — w swej jednostce milicji — by wraz z nimi stawić czoła trudnościom.
Jednak tak się nie stało. Po raz kolejny stanowisko matki wywarło wpływ na jego życie. Nie po raz pierwszy Robert żałował, że jest synem polityka.
Patrzył na migocące gwiazdy, które tworzyły jasne pasma wyznaczające miejsce, gdzie spotykały się dwa spiralne ramiona galaktyki.
Być może, gdybym zaznał w życiu więcej przeciwności, mógłbym być lepiej przygotowany na to, co się zdarzy. Łatwiej by mi było pogodzić się z rozczarowaniem.
Nie chodziło tylko o to, że był synem Koordynatora Planetarnego ani o wszystkie korzyści, jakie przynosił mu ten status. Sprawa sięgała głębiej.
Przez całe dzieciństwo dostrzegał, że podczas gdy inni chłopcy potykali się, cierpiąc coraz większy ból, on zawsze jakoś potrafił poruszać się z gracją. Gdy większość gramoliła się na oślep, poprzez wstyd i zażenowanie, ku wiekowi młodzieńczemu i dojrzałości seksualnej, on sam wśliznął się w przyjemności i powodzenie z taką wygodą i łatwością, jakby zakładał stary but.
Jego matka — a również ojciec, gwiezdny wędrowiec Sam Tennace, gdy tylko zatrzymywał się na Garthu — zawsze podkreślali, że powinien obserwować wzajemne relacje łączące ze sobą jego rówieśników, a nie po prostu pozwalać się nieść fali wydarzeń i traktować to, co się stanie, jako nieuniknione. I rzeczywiście — zaczął dostrzegać, że w każdej grupie wiekowej była garstka podobnych do niego, dla których dorastanie było z jakiegoś powodu łatwiejsze. Przechodzili oni suchą stopą przez grzęzawisko wieku młodzieńczego, podczas gdy cała reszta wlokła się z wysiłkiem, nie posiadając się z radości, gdy od czasu do czasu udawało im się trafić na skrawek twardego gruntu. Wydawało się też, że wielu z owych szczęściarzy przyjmowało swój lepszy los tak, jak gdyby był on oznaką wybrania przez Boga. To samo dotyczyło najbardziej wziętych dziewcząt. Brak im było empatii, współczucia dla bardziej zwyczajnych dzieci.
Jeśli chodziło o Roberta, nigdy nie zależało mu na reputacji playboya. Mimo to z czasem ją zdobył, niemal wbrew woli. W jego sercu zaczęła narastać skrywana obawa — przesąd, z którego nikomu się nie zwierzał. Czy wszechświat wszystko równoważył? Czy odbierał, by zrekompensować to, co dał? Kult Ifni był uważany jedynie za żart gwiezdnych wędrowców, czasem jednak wszystko wydawało się zaaranżowane!
Byłoby głupotą przypuszczać, że trudności automatycznie czyniły ludzi twardszymi, a zarazem również mądrzejszymi. Znał wielu, którzy byli głupi, aroganccy i nikczemni, mimo że zaznali cierpienia.
A jednak…
Podobnie jak wielu innych ludzi zazdrościł niekiedy przystojnym, łatwo się przystosowującym, samowystarczalnym Tymbrimczykom. Choć według galaktycznych standardów byli młodym gatunkiem, w porównaniu z ludzkością byli jednak starzy i dobrze znali międzygwiezdne życie. Ludzkość odkryła rozsądek, pokój oraz naukę o umyśle zaledwie na pokolenie przed Kontaktem. Wciąż jeszcze istniało mnóstwo szaleństw, które należało usunąć z terrageńskiego społeczeństwa. W porównaniu z ludźmi Tymbrimczycy sprawiali wrażenie, że znają samych siebie nadzwyczaj dobrze.
Czy to jest zasadniczy powód, dla którego pociąga mnie Athaclena? W sensie symbolicznym to ona jest starsza i wie więcej ode mnie. Daje mi to szansę, by potykać się, okazując nieudolność, i cieszyć się tą rolą.
Wszystko to zbijało go z tropu. Robert nie był nawet pewien własnych uczuć. Spędzał przyjemnie czas w górach z Athacleną i było mu z tego powodu wstyd. Miał pełną goryczy pretensję do matki o to, że go tutaj wysłała, i z tego powodu również czuł się winny.
Och, gdyby tylko pozwolono mi walczyć!
Walka była przynajmniej prosta i łatwa do zrozumienia. Była odwieczna, honorowa i nieskomplikowana.
Robert podniósł pośpiesznie wzrok. Pośród gwiazd rozbłysnął na moment jakiś punkt. Gdy mu się przyglądał, zabłysnęły nagle dwa owe światła, a potem następne. Wyraźnie widoczne iskry lśniły wystarczająco długo, by mógł zapamiętać ich pozycje. Układały się we wzór zbyt regularny, by mógł być przypadkowy… dwadzieścia stopni jedna od drugiej, ponad równikiem, od Sfinksa aż do Batmana, gdzie czerwona planeta Tloona lśniła w samym środku pasa starożytnego bohatera. A więc zaczęło się.
Należało się spodziewać zniszczenia sieci synchronicznych satelitów, był jednak wstrząśnięty, że ujrzał to na własne oczy. Rzecz jasna fakt ten oznaczał, że do samego lądowania pozostało już niewiele czasu.
Robertowi zrobiło się ciężko na sercu. Miał nadzieję, że nie nazbyt wielu jego przyjaciół — ludzi i szymów — zginęło.
Nigdy nie miałem okazji sprawdzić, czy nie brakuje mi odwagi w naprawdę ważnych sprawach. Teraz może już nigdy nie dowiem się tego.
Podjął jednak jedną decyzję. Wykona zadanie, które mu wyznaczono — odprowadzi nie biorącą udziału w walce obcą istotę w góry, gdzie nie powinno jej grozić niebezpieczeństwo. Został mu jeszcze jeden obowiązek, który musiał wykonać w nocy, gdy Athaclena spała. Wrócił do ich bagaży tak cicho, jak tylko potrafił. Wyciągnął radio z dolnej lewej kieszeni swego plecaka i zaczął rozbierać je w ciemności.
Wykonał już połowę roboty, gdy kolejny jasny błysk sprawił, że podniósł wzrok, by spojrzeć na niebo na wschodzie. Płomienisty bolid przemknął przez lśniące pole gwiazd, pozostawiając za sobą żarzące się węgielki. Coś wchodziło szybko w atmosferę, płonąc podczas lotu.
Odpady wojny.
Robert podniósł się na nogi, by obserwować jak stanowiący dzieło rąk ludzkich meteor zostawia za sobą ognisty ślad na niebie. Zniknął za łańcuchem wzgórz odległych o nie więcej niż dwadzieścia kilometrów. Może znacznie bliżej.