— Niech Bóg was strzeże — szepnął do wojowników, którzy z pewnością walczyli na tym statku.
Nie obawiał się, że pobłogosławi nieprzyjaciół, było bowiem jasne która strona potrzebowała dziś w nocy pomocy. Która będzie jej potrzebowała jeszcze przez długi czas.
11. Galaktowie
Suzeren Poprawności poruszał się po mostku statku flagowego w krótkich podskokach, napawając się płynącą z tego przyjemnością. Żołnierze Gubru i Kwackoo uciekali mu pośpiesznie z drogi.
Może upłynąć wiele czasu, zanim gubryjski najwyższy kapłan będzie znowu mógł radować się podobną swobodą poruszania. Gdy już wylądują oddziały okupacyjne, suzeren nie będzie mógł postawić stopy na „ziemi” przez wiele miktaarów. Nie wolno mu było dotknąć gruntu planety leżącej tuż przed posuwającą się naprzód armadą, zanim nie zostanie zabezpieczona poprawność i nie osiągnie się pełnej konsolidacji.
Działań pozostałych dwóch dowódców sił inwazyjnych — Suzerena Wiązki i Szponu oraz Suzerena Kosztów i Rozwagi — nie krępowały podobne ograniczenia. Było to słuszne. Armia i biurokracja spełniały własne funkcje, lecz Suzerenowi Poprawności wyznaczono zadanie czuwania nad odpowiedniością zachowania gubryjskiej ekspedycji i aby to robić kapłan musiał pozostać na grzędzie.
Daleko po drugiej stronie mostka dowodzenia dawały się słyszeć narzekania Suzerena Kosztów i Rozwagi. Podczas małej, lecz zaciekłej utarczki ze stawiającymi opór ludźmi doszło do nieoczekiwanych strat. Każdy wyłączony z akcji statek stanowił w tych niebezpiecznych czasach cios dla sprawy Gubru.
Głupie, krótkowzroczne utyskiwanie — pomyślał Suzeren Poprawności. Materialne szkody wyrządzone przez opór ludzi były znacznie mniej istotne niż szkody etyczne i prawne. Ponieważ krótka bitwa była tak zacięta i przyniosła duże straty, nie można jej było po prostu zignorować. Trzeba będzie przyjąć ten fakt do wiadomości.
Ziemskie dzikusy czynem dały wyraz swego sprzeciwu wobec przybycia gubryjskiej mocy. Nieoczekiwanie uczyniły to skrupulatnie stosując się do Protokołów Wojny.
Mogą być czymś więcej niż tylko zmyślnymi zwierzętami… Więcej niż zwierzętami… Być może ich i ich podopiecznych należy poddać badaniom… Poddać badaniom — zzuuunGest, jakim było stawienie oporu przez maleńką flotyllę Ziemian, oznaczał, że suzeren będzie musiał pozostać na grzędzie przynajmniej przez początkowy okres okupacji. Będzie teraz musiał znaleźć usprawiedliwienie, jakiś casus belli, który pozwoli Gubru ogłosić Pięciu Galaktykom, że dzierżawa, w jaką oddano Ziemianom Garth, utraciła ważność.
Dopóki się to nie stanie, obowiązywały Zasady Wojny i Suzeren Poprawności zdawał sobie sprawę, że wymuszając ich przestrzegania popadnie w konflikt z dwoma pozostałymi dowódcami — swymi przyszłymi kochankami i rywalami. Właściwa linia postępowania wymagała, by panowało między nimi napięcie, nawet jeśli część praw, których przestrzeganie kapłan miał za zadanie wymusić, wydawała mu się w głębi ducha głupia.
Och, oby nadszedł ten czas i to wkrótce… Wkrótce, gdy zostaniemy zwolnieni z zasad — zzuuun Wkrótce, gdy Zmiana nagrodzi cnotliwych… Gdy wrócą Przodkowie — zzuuunSuzeren nastroszył puchowe upierzenie i rozkazał jednemu ze swych przybocznych — puszystemu, niewzruszonemu Kwackoo — przyniósł mu szczotkę i piórodmuch.
Ziemianie popełnią błąd… Dadzą nam pretekst — zzuuun12. Athaclena
Rankiem Athaclena wyczuła, że w nocy coś się wydarzyło, lecz Robert nie chciał udzielać pełnych odpowiedzi na jej pytania, a jego prymitywna, lecz skuteczna osłona empatyczna zablokowała by kennowania.
Athaclena próbowała nie czuć urazy. Ostatecznie jej ludzki przyjaciel zaczynał się dopiero uczyć korzystania ze swych skromnych talentów. Nie mógł znać wielu subtelnych sposobów, jakich mógł użyć empata, aby okazać, że pragnie, by pozostawiono go w spokoju. Robert potrafił tylko zamknąć drzwi na głucho.
Podczas śniadania panowała cisza. Gdy Robert się odzywał, odpowiadała mu monosylabami. Logicznie rzecz biorąc Athaclena potrafiła zrozumieć jego powściągliwość, nie było jednak żadnej zasady, która by mówiła, że ona musi być otwarta. Tego ranka grzbiety górskie zwieńczone były nisko wiszącymi chmurami. Szeregi, pokrytych drobnymi wyniosłościami, kamiennych szpikulców cięły te obłoki na plasterki. Widok ten sprawiał niesamowite, złowieszcze wrażenie. Wędrowali w milczeniu przez postrzępione kosmyki zimnej mgły. Stopniowo wspinali się coraz wyżej, podgórzem prowadzącym ku górom Mulun. Powietrze stało nieruchomo. Wydawało się, że unosi się w nim nieokreślone napięcie, którego Athaclena nie potrafiła zidentyfikować. Szarpało ono jej umysł, przywołując nieproszone wspomnienia.
Przypomniała sobie czas, gdy wyruszyła w towarzystwie matki w północne góry Tymbrimu. Jechały na gurwalach po ścieżce, odrobinę tylko szerszej od tej, by wziąć udział w Ceremonii Wspomagania zorganizowanej dla Tytlalów.
Uthacalthing wyjechał z misją dyplomatyczną i nikt jeszcze nie wiedział, z jakiego rodzaju transportu jej ojciec będzie mógł skorzystać podczas podróży powrotnej. Było to nadzwyczaj istotne pytanie, gdyż o ile uda mu się pokonać całą drogę przez hiperprzestrzeń poziomu A, to używając punktów transferowych, będzie mógł wrócić do domu za sto dni lub nawet szybciej. Jeśli jednak będzie zmuszony do podróży przez poziom D albo — co jeszcze gorsze — przez normalną przestrzeń, Uthacalthing mógłby być nieobecny przez całą resztę ich naturalnego życia.
Służba Dyplomatyczna starała się udzielać informacji rodzinom swych wyższych urzędników, gdy tylko podobne sprawy zostały wyjaśnione, tym razem jednak zajęło im to stanowczo zbyt wiele czasu. Athaclena i jej matka zaczęły zakłócać porządek publiczny, wysyłając na całą okolicę nieprzyjemne impulsy niepokoju. W tym momencie dano im uprzejmie do zrozumienia, że powinny na jakiś czas wyjechać z miasta. Służba zaoferowała im bilety pozwalające na obserwację przejścia przedstawicieli Tytlalów przez kolejny rytuał dojrzewania na długiej ścieżce Wspomagania.
Zręcznie utrzymywana osłona umysłu Roberta przypomniała jej, jak Mathicluanna trzymała swój ból pod ścisłą kontrolą podczas tej powolnej jazdy prowadzącej pomiędzy pokryte fioletowym szronem wzgórza. Matka i córka niemal nie odzywały się do siebie, gdy mijały rozległe, pozostawione odłogiem rezerwaty, aż wreszcie dotarły na porośniętą trawą równinę wewnątrz pradawnej kaldery wulkanu. Tam, w pobliżu samotnego, symetrycznego wzniesienia, tysiące Tymbrimczyków zebrały się w pobliżu roju baldachimów o jaskrawych barwach, by być świadkami Akceptacji i Wyboru Tytlalów.
Przybyli obserwatorzy z wielu znamienitych klanów gwiezdnych wędrowców — Synthianie, Kantenowie, Mrgh’4luargi i, rzecz jasna, stadko śmiejących się w głos ludzi. Ziemianie spotykali się ze swymi tymbrimskimi sojusznikami przy stołach z zakąskami. Bawili się świetnie i głośno. Athaclena przypomniała sobie, co poczuła wtedy, ujrzawszy tak wiele tych bezrzęskowych, hałaśliwych istot.
Czy naprawdę byłam aż taką snobką? — zadała sobie pytanie.
Prychała pogardliwie słysząc harmider, jaki robili ludzie swym głośnym, niskim śmiechem. Wszędzie zapuszczali spojrzenia swych niezwykłych, szerokich i płaskich twarzy. Stąpali wyniośle, demonstrując wydatne mięśnie. Nawet ich kobiety przywodziły na myśl karykatury tymbrimskich ciężarowców.
Rzecz jasna, wówczas Athaclena dopiero od niedawna wkroczyła w wiek młodzieńczy. Teraz, po zastanowieniu, przypomniała sobie, że jej współplemieńcy zachowywali się z równie przesadnym entuzjazmem jak ludzie. Wymachiwali rękami w skomplikowanych gestach i wypełniali powietrze iskrami przelotnych, migotliwych glifów. Ostatecznie był to wielki dzień. Tytlale mieli „wybrać” swych opiekunów oraz nowych Sponsorów Wspomagania.