Pod jasnymi baldachimami spoczywali rozmaici dygnitarze. Rzecz jasna, bezpośredni opiekunowie Tymbrimczyków, Caltmourowie, nie mogli się stawić, gdyż w tragiczny sposób wyginęli. Ich barwy oraz godło wystawiono jednak, by uczcić tych, którzy dali Tymbrimczykom dar rozumu.
Przybyłych uhonorowała jednak delegacja szczebioczących Brma o szczudłowatych nogach, którzy dawno, dawno temu wspomogli Caltmourów.
Athaclena pamiętała, że aż wciągnęła powietrze, a jej korona zaskwierczała z zaskoczenia, gdy ujrzała kolejny kształt zwinięty pod ciemnobrązowym nakryciem, wysoko na ceremonialnym wzgórzu. To był Krallnith! Najstarszy gatunek opiekunów w ich linii przysłał przedstawiciela! Krallnithowie popadli już w niemal całkowite odrętwienie. Większą część swego ginącego entuzjazmu poświęcali niezwykłym formom medytacji. Powszechnie uważano, że nie przetrwają już wielu epok. Był to zaszczyt, iż jeden z nich zjawił się na ceremonii, by zaoferować swe błogosławieństwo najmłodszym członkom klanu.
W centrum uwagi znajdowali się, oczywiście, sami Tytlale. Mimo że przywdziali krótkie, srebrzyste szaty, wyglądem przypominali ziemskie stworzenia znane jako wydry. Gdy tytlalscy legatariusze przygotowywali się do swego najświeższego obrządku Wspomagania, promieniowała od nich uzasadniona duma.
— Spójrz — wskazała ręką matka.
— Tytlale wybrali na swego reprezentanta poetę-muzę, Sustruka. Czy pamiętasz, jak go spotkałaś, Athacleno?
Oczywiście, że pamiętała. Upłynął zaledwie rok od chwili, gdy Sustruk złożył wizytę w ich domu w mieście. Uthacalthing przyprowadził tytlalskiego geniusza, na krótko przed wyruszeniem w swą ostatnią misję, aby mógł on poznać jego żonę i córkę.
— Poezja Sustruka to prymitywne ramoty — mruknęła Athaclena.
Mathicluanna spojrzała na nią ostro, po czym jej korona zafalowała. Glif, który uformowała, zwał się sh’cha’kuon — mroczne zwierciadło, które jedynie matka potrafi postawić przed swym dzieckiem. Ukazało ono całą złośliwość Athacleny w taki sposób, że dziewczyna mogła to łatwo dostrzec. Odwróciła wzrok, zawstydzona.
Ostatecznie było niesprawiedliwością winić biednych Tytlalów za to, ze przypominali jej o nieobecnym ojcu.
Ceremonia była rzeczywiście piękna. Glifowy chór Tymbrimczyków ze świata kolonialnego Juthtath wykonał „Apoteozę Lerensinich”. Nawet nagogłowi ludzie wybałuszyli oczy i rozdziawili usta z zachwytu, najwyraźniej kennując coś z unoszących się w powietrzu skomplikowanych harmonii. Jedynie prostoduszni, niemożliwi do przeniknięcia thennańscy ambasadorowie sprawiali wrażenie nieporuszonych. Najwyraźniej jednak nie mieli pretensji o to, że wyłączono ich z zabawy.
Następnie brmański śpiewak Kuff-Kuff’t zanucił starożytny atonalny pean na cześć Przodków.
Najgorsza chwila dla Athacleny nadeszła, gdy pogrążone w milczeniu audytorium wysłuchało kompozycji przygotowanej specjalnie na tę okazję przez jednego z dwunastu Wielkich Marzycieli Ziemi, wieloryba o imieniu Pięć Spiral Bąbelków. Choć wielorybów oficjalnie nie uważano za istoty rozumne, nie przeszkadzało to jednak, że ceniono je i szanowano. Fakt, że mieszkały na Ziemi pod opieką ludzi — „dzikusów” — był kolejną przyczyną urazy, jaką żywiły do tych ostatnich niektóre z bardziej konserwatywnych klanów Galaktów.
Athaclena przypomniała sobie, że usiadła i zakryła uszy, podczas gdy wszyscy pozostali kołysali się radośnie w rytm niesamowitej muzyki skomponowanej przez walenia. Dla niej było to gorsze niż odgłos walących się domów. Spojrzenie Mathicluanny stanowiło wyraz jej niepokoju: Moja niezwykła córko, cóż mamy z tobą zrobić?
Przynajmniej jednak matka Athacleny nie czyniła jej wymówek na głos czy za pośrednictwem glifu, co okryłoby ją wstydem w miejscu publicznym.
Wreszcie, ku jej wielkiej uldze, koncert się skończył. Nadeszła kolej na tytlalską delegację: moment Akceptacji i Wyboru.
Prowadzona przez swego wielkiego poetę Sustruka delegacja zbliżyła się do leżącego na wznak krallnithskiego dygnitarza i pokłoniła mu nisko. Następnie Tytlale złożyli hołd reprezentantom Brma, po czym wyrazili uprzejmą uległość ludziom i innym obcym gościom należącym do klasy opiekunów.
Tymbrimski Mistrz Wspomagania otrzymał hołd jako ostatni. Sustruk i jego małżonka — tytlalską uczona imieniem Kihimik — wystąpili przed resztę delegacji jako para partnerów wybrana spośród wszystkich innych na „reprezentantów gatunku”. Odpowiadali na zmianę, gdy Mistrz Wspomagania odczytywał listę ceremonialnych pytań i z namaszczeniem notował ich odpowiedzi.
Następnie krytycy z Galaktycznego Instytutu Wspomagania poddali ich oboje badaniom.
Jak dotąd była to czysto formalna wersja Testu Rozumności czwartej Fazy. Teraz jednak pojawiła się pewna przeszkoda, która mogła sprawić, że Tytlale obleją egzamin. Jednym z Galaktów kierujących skomplikowane instrumenty na Sustruka i Kihimik była Soranka… a Soranie nie byli przyjaciółmi klanu Athacleny. Być loże szukała ona pretekstu, wszystko jedno jakiego, który pozwoliłby jej zawstydzić Tymbrimczyków przez odrzucenie ich podopiecznych.
Pod kalderą ukryto dyskretnie sprzęt, który bardzo wiele kosztował gatunek Athacleny. Badania, jakim poddano Tytlalów, transmitowano na żywo na całe Pięć Galaktyk. Było dzisiaj wiele powodów do dumy, istniały też jednak pewne możliwości upokorzenia.
Rzecz jasna, Sustruk i Kihimik zdali test z łatwością. Pokłonili się nisko przed każdym z obcych egzaminatorów. Jeśli Soranka była rozczarowana, nie okazała tego po sobie.
Delegacja pokrytych futrem, krótkonogich Tytlalów wspięła się spokojnym krokiem na oczyszczony z roślinności krąg na szczycie wzgórza. Zaczęli śpiewać, kołysząc się z kończynami zwisającymi swobodnie w ten dziwaczny sposób, tak pospolity wśród stworzeń z ich rodzinnej planety — pozostawionego odłogiem świata, na którym rozwinęli się do stadium przedrozumności. Tam odnaleźli ich Tymbrimczycy, którzy zaadoptowali ich celem poddania długotrwałemu procesowi Wspomagania.
Technicy nastawili na nich wzmacniacz, który przedstawi wszystkim zebranym oraz miliardom widzów na innych światach wybór, jakiego dokonali Tytlale. Basowe dudnienie pod ich stopami świadczyło o pracy potężnych silników.
Teoretycznie można było nawet wyrzec się opiekunów i całkowicie porzucić Wspomaganie, lecz reguł i zastrzeżeń było tak wiele, że w praktyce niemal nigdy na to nie pozwalano. Zresztą tego dnia nie spodziewano się niczego w tym rodzaju. Tymbrimczycy byli w znakomitych stosunkach ze swymi podopiecznymi.
Mimo to, gdy Rytuał Akceptacji zbliżał się do końca, przez tłum przebiegł suchy, niespokojny szelest. Kołyszący się Tytlanie wydali z siebie jęk. Ze wzmacniacza dobiegło niskie brzęczenie. Nad zebranymi ukształtował się holograficzny obraz. Tłum ryknął z pełnego aprobaty śmiechu. Pojawiła się, rzecz jasna, twarz Tymbrimczyka i to takiego, którego wszyscy natychmiast poznali. Był to Oshoyoythuna, Kpiarz Miasta Foyon. Zatrudnił on kilku Tytlałów jako pomocników w części swych najgłośniejszych dowcipów.
Było oczywiste, że Tytlale ponownie zatwierdzą Tymbrimczyków jako swoich opiekunów, lecz wybór na symbol Oshoyoythuny oznaczał znacznie więcej! Wyrażał dumę Tytlalów z tego, co naprawdę oznaczało członkostwo w ich klanie.
Gdy już umilkł aplauz i śmiech, została jeszcze tylko ostatnia część ceremonii — wybór Nadzorcy Stadium, gatunku, który będzie przemawiał w imieniu Tytlalów podczas następnej fazy ich Wspomagania. Ludzie, w swym dziwnym języku, nazywali go wspomaganiową położną.