Выбрать главу

Nadzorca Stadium musiał być gatunkiem wywodzącym się spoza klanu Tymbrimczyków. Choć funkcja ta miała przede wszystkim charakter ceremonialny, nadzorca miał prawo interweniować w obronie podopiecznego gatunku, jeśli wyglądało na to, że w procesie Wspomagania dochodzi do zakłóceń. W przeszłości błędne wybory nieraz doprowadzały do okropnych problemów.

Nikt nie miał pojęcia, jaki gatunek wybrali Tytlale. Była to jedna z nielicznych decyzji, które nawet najbardziej wścibscy opiekunowie, jak na przykład Soranie, musieli pozostawiać swym wychowankom.

Sustruk i Kihimik zanucili raz jeszcze. Nawet ze swego miejsca z tyłu tłumu Athaclena wyczuwała, że mali, kudłaci podopieczni cieszą się na coś coraz mocniej. Te niewyrośnięte diabły coś wykombinowały, to było pewne!

Ziemia znowu się zatrzęsła. Wzmacniacz zahuczał raz jeszcze i holograficzne projektory uformowały ponad wierzchołkiem wzgórza błękitne zmętnienie. W jego wnętrzu zdawały się unosić jakieś mroczne kształty poruszające się błyskawicznie w różne strony, jak w podświetlonej z przeciwnej strony wodzie.

Korona nie przekazywała jej żadnych wskazówek, gdyż obraz miał charakter czysto wizualny. Zazdrościła ludziom ich ostrzejszego wzroku, gdyż z sektora, gdzie zebrała się większość Ziemian, dobiegł okrzyk zaskoczenia. Wszędzie wokół niej Tymbrimczycy wstawali z miejsc, wytrzeszczając oczy. Athaclena mrugnęła, po czym wraz z matką zjednoczyła się z resztą w pełnym zdumienia niedowierzaniu.

Jeden z mrocznych kształtów podpłynął bliżej i zatrzymał się, demonstrując audytorium w szerokim, szczelinowym uśmiechu długie, ostre jak igły zęby. Jego oko lśniło, zaś z połyskującego, szarego czoła wznosiły się pęcherzyki powietrza.

Pełne zdumienia milczenie przedłużało się. Na całe pole gwiazd Ifni, nikt się nie spodziewał, że Tytlale wybiorą delfiny!

Przybyli z wizytą Galaktowie oniemieli. Neodelfiny… ależ drugi nieziemskich podopiecznych gatunków był najmłodszą, oficjalnie uznaną za rozumną, rasą w całych Pięciu Galaktykach, znacznie młodszą niż sami Tytlale! To nie miało precedensu. To było zdumiewające.

To było…

Zabawne! Tymbrimczycy zaczęli wiwatować. Rozległ się ich śmiech, wysoki i czysty. Korony jak jedna wystrzeliły, iskrząc się, ku górze w pojedynczy, połyskujący glif aprobaty, tak jaskrawy, iż wydawało się, że nawet thennański ambasador mrugnął, dostrzegając coś. Widząc, że ich sojusznicy nie czują się obrażeni, ludzie dołączyli do nich. Gwizdali i uderzali dłonią o dłoń z onieśmielającą energią.

Kihimik pokłoniła się, podobnie jak większość zebranych Tytlalów, na znak akceptacji wyrazów uznania ze strony ich opiekunów. To byli dobrzy podopieczni. Wyglądało na to, że zadali sobie dużo trudu, by przygotować celny żart na ten ważny dzień. Tylko sam Sustruk stał sztywno z tyłu, nadal dygocząc z napięcia.

Wszędzie wokół Athacleny wzbierały fale aprobaty i radości. Usłyszała, jak jej matka zaczęła śmiać się razem z innymi.

Sama jednak wycofała się. Przepychała się przez krzyczący z radości tłum, aż znalazła wystarczająco wiele miejsca, by odwrócić się i zacząć biec. Gnała wciąż przed siebie w pełnym przypływie gheer, aż wreszcie minęła krawędź kaldery i mogła zejść po ścieżce w dół, poza zasięg wzroku i słuchu. Tam, ponad piękną Doliną Zalegających Cieni, padła na ziemię wstrząsana falami reakcji enzymatycznej. Ten okropny delfin…

Od tego czasu nigdy nie wyznała nikomu, co dostrzegła tego dnia w oku wizerunku walenia. Ani matce, ani nawet ojcu nie powiedziała prawdy… tego, że głęboko w wyświetlonym hologramie wyczuła glif mający swój początek w samym Sustruku, tytlalskim poecie.

Zebrani sądzili, że wszystko to było wielkim żartem, wspaniałą blagą. Uważali, że wiedzą dlaczego Tytlale wybrali najmłodszych z ziemskich gatunków na swego Nadzorcę Stadium… by uczcić swój klan wspaniałym, nieszkodliwym dowcipem. Wydawało się, że wybierając delfiny Tytlale powiedzieli, że niepotrzebny im obrońca i że kochają swych tymbrimskich opiekunów bez żadnych zastrzeżeń. Ponadto wybierając drugi gatunek ludzkich podopiecznych, wsadzili szpilę tym starym, drętwym klanom Galaktów, które tak potępiały Tymbrimczyków za przyjaźń z dzikusami. To był piękny gest. Zachwycający.

Czyżby więc Athaclena była jedyną osobą, która dostrzegła ukrytą prawdę? A może był to tylko wytwór jej wyobraźni? W wiele lat później, na odległej planecie, wciąż drżała na wspomnienie tego dnia.

Czy tylko ona odebrała trzecią składową harmoniczną Sustruka — śmiech, ból i dezorientację? Poeta-muza zmarł w niewiele dni po tym epizodzie i zabrał swą tajemnicę do grobu.

Wydawało się, iż jedynie ona wyczuła, że ceremonia wcale nie była żartem i że obraz uformowany przez Sustruka nie wywodził się z jego myśli, lecz z głębi czasu! Tytlale naprawdę wybrali swych obrońców i ich decyzja była rozpaczliwie poważna.

Teraz, w zaledwie kilka lat później. Pięć Galaktyk ogarnął zamęt z powodu odkryć dokonanych przez pewien mało znany podopieczny gatunek, najmłodszy ze wszystkich. Delfiny.

Och, Ziemianie — myślała, podążając w ślad za Robertem coraz wyżej pomiędzy góry Mulun. — Coście uczynili?

Nie, to nie było odpowiednie pytanie.

Czym, och, czym macie zamiar się stać?

Tego popołudnia wędrowcy natrafili na spory obszar porośnięty bluszczem talerzowym. Pole połyskujących roślin o szerokich liściach pokrywało południowo-wschodni stok grani niczym zielone, nachodzące na siebie łuski na boku jakiejś wielkiej, drzemiącej bestii. Droga prowadząca w góry była zablokowana.

— Idę o zakład, że zastanawiasz się, jak przejdziemy przez to wszystko na drugą stronę? — odezwał się Robert.

— Ten stok wygląda zdradziecko — przyznała Athaclena. — I ciągnie się daleko w obie strony. Przypuszczam, że będziemy musieli zawrócić.

Na obrzeżach umysłu Roberta można jednak było wyczuć coś, co sprawiało, iż nie wydawało się to prawdopodobne.

— To fascynujące rośliny — powiedział, gdy przykucnął przy jednym z talerzy — o przypominającej tarczę odwróconej czarze o średnicy niemal dwóch metrów. Złapał za jego krawędź i szarpnął mocno do tyłu, odciągając jeden ze ściśle przylegających do siebie talerzy, aż wreszcie Athaclena mogła dostrzec mocny, elastyczny korzeń wyrastający z jego środka. Podeszła bliżej, by pomóc mu ciągnąć, ciekawa, co też chce przez to osiągnąć.

— Kolonia wypączkowuje nową generację tych kapeluszy co kilka tygodni. Następna warstwa zachodzi na poprzednią — wyjaśnił Robert. Chrząknął z wysiłku i naciągnął mocno włóknisty korzeń. — Późną jesienią ostatnie warstwy kapeluszy zakwitają i stają się cienkie jak bibułki. Następnie odrywają się i unoszą na silnym, zimowym wietrze prosto w niebo. Są ich miliony. Uwierz mi, to wspaniały widok — te wszystkie tęczowe latawce szybujące pod chmurami, choć stanowią zagrożenie dla lotników.

— A więc to są nasiona? — zapytała Athaclena.

— Cóż, właściwie nośniki zarodników. Ponadto większość strąków zaśmiecających wczesną zimą Sind jest jałowa. Wygląda na to, że bluszcz talerzowy był zależny od zapylania przez jakieś stworzenie, które wyginęło podczas Bururalskiej Masakry. Kolejny problem, z którym muszą się uporać specjaliści od odnowy ekologicznej — Robert wzruszył ramionami. — Teraz jednak, wiosną, te młode kapelusze są sztywne i mocne. Trzeba się będzie trochę pomęczyć, żeby któryś odciąć.

Robert wyciągnął nóż, wsunął rękę pod kapelusz rośliny i zaczął piłować mocno naprężone włókna łodygi, które go przytrzymywały.Puściły nagle. Athaclena upadła na plecy. Pokaźnych rozmiarów talerz wylądował na niej.