Выбрать главу

— Kurczę! Przepraszam cię, Clennie.

Wyczuła, ze Robert starał się stłumić śmiech, gdy pomagał jej wydostać się spod ciężkiego kapelusza.

Jak to chłopak… — pomyślała.

— Nic ci nie jest?

— Nic — odparła ozięble. Otrzepała się z piasku. Odwrócona wewnętrzna, wklęsła strona talerza przypominała puchar z grubą, centralną szypułką z postrzępionych, kleistych włókien.

— Świetnie. W takim razie możesz mi pomóc to zanieść na tamten piaszczysty nasyp, koło urwiska.

Obszar porośnięty talerzowym bluszczem rozciągał się wokół najwyższego punktu grani, otaczając go z trzech stron. Oboje dźwignęli odcięty kapelusz i zanieśli w miejsce, gdzie zaczynała się wyboista, zielona pochyłość, po czym położyli go wewnętrzną stroną ku górze.

Robert zabrał się do czyszczenia nierównego wnętrza talerza. Po kilku minutach cofnął się, by obejrzeć swe dzieło.

— To powinno wystarczyć — trącił talerz stopą. — Twój ojciec chciał, żebym ci pokazał tyle Garthu, ile tylko zdołam. Moim zdaniem twoja edukacja byłaby zdecydowanie niekompletna, gdybym nie nauczył cię jeździć na bluszczu talerzowym.

Athaclena przeniosła wzrok ze stojącego do góry dnem talerza na porośnięty śliskimi kapeluszami stok.

— Czy masz zamiar…

Robert jednak ładował już ich ekwipunek do odwróconej czaszy.

— Robercie, to chyba żart.

Wzruszył ramionami i spojrzał na nią z ukosa.

— Jeśli chcesz, możemy się cofnąć o milę czy dwie i znaleźć okrężną drogę.

— A więc nie żartujesz.

Athaclena westchnęła. Było wystarczająco nieprzyjemne, że ojciec oraz przyjaciele na rodzinnej planecie uważali, iż jest zbyt bojaźliwa. Nie mogła cofnąć się przed wyzwaniem rzuconym przez tego człowieka.

— No dobrze, Robercie. Pokaż mi, jak to się robi.

Robert wkroczył na talerz i sprawdził jego równowagę, po czym skinął ręką, każąc jej pójść w swe ślady. Wdrapała się do chybotliwego kielicha i usiadła w miejscu, które wskazał jej Robert — przed nim — z kolanami po obu stronach centralnej łodygi.

Wtedy właśnie, gdy jej korona falowała w nerwowym podnieceniu, Athaclena ponownie wyczuła coś, co sprawiło, że złapała konwulsyjnie za przypominające w dotyku gumę boki talerza, który się zakołysał.

— Hej! Uważaj, dobra? O mało byś nas nie przewróciła! Athaclena chwyciła go za ramię. Zbadała pośpiesznie rozpościerającą się w dole dolinę. Wokół całej jej twarzy zatrzepotała mgiełka maleńkich witek.

— Znowu to kennuję. Jest tam na dole, Robercie. Gdzieś w lesie!

— Co? Co jest na dole?

— Istota, którą wtedy wykennowałam! Stworzenie nie będące człowiekiem ani szympansem! Przypominało trochę oba te gatunki, ale było odmienne. Bije od niego Potencjał!

Robert osłonił oczy dłonią.

— Gdzie? Czy możesz wskazać ręką kierunek? Athaclena skupiła się, usiłując zlokalizować słabe wyładowania energii.

— Znik… zniknęło — westchnęła wreszcie. Od Roberta promieniowała nerwowość.

— Czy jesteś pewna, że to nie był po prostu szym? Jest ich mnóstwo pośród tych wzgórz. Poszukiwacze działek i pracownicy wydziału ochrony.

Athaclena wyrzuciła z siebie glif panalq, po czym, przypomniawszy sobie, iż było wątpliwe, by Robert zauważył iskrzącą esencję frustracji, wzruszyła po ludzku ramionami, co wyrażało mniej więcej ten sam stan emocjonalny.

— Nie, Robercie. Nie zapominaj, że spotkałam wiele neoszympansów. Istota, którą wyczułam, była inna! Po pierwsze, mogłabym przysiąc, że nie jest w pełni rozumna. Było tam też poczucie smutku, uśpionej siły…

Zwróciła się w stronę Roberta, ogarnięta nagłym podnieceniem.

— Czy mógł to być „Garthianin”? Och, pośpieszmy się! Może uda się nam do niego zbliżyć!

Usadowiła się na centralnym słupku i spojrzała z nadzieją na Roberta.

— Sławna tymbrimska zdolność przystosowania — westchnął. — Nagle gorąco zapragnęłaś zjechać! A ja miałem nadzieję, że uda mi się zaimponować tobie i podniecić jazdą, od której oczy wyjdą ci na wierzch.

Chłopcy — pomyślała ponownie, potrząsając z wigorem głową. — Jak może im przyjść do głowy coś takiego, nawet żartem?

— Przestań się zgrywać. Jedźmy już! — nalegała.

Usiadł na liściu za jej plecami. Athaclena chwyciła go mocno za kolana. Jej witki falowały tuż obok jego twarzy, lecz Robert się na nie uskarżał.

— No dobra. Ruszamy.

Jego stęchła, ludzka woń otaczała ją. Odepchnął się i talerz zaczął ześlizgiwać się w dół.

Wszystkie wspomnienia wróciły do Roberta, gdy ich prowizoryczne sanie zaczęły przyśpieszać, ślizgając się, podskakując na gładkich, wypukłych kapeluszach bluszczu talerzowego. Athaclena ściskała mocno jego kolana. Jej chichot był wyższy od śmiechu ludzkiej dziewczyny i bardziej niż on przypominał głos dzwonu. Robert również śmiał się i krzyczał. Trzymał Athaclenę i pochylał się to w jedną, to w drugą stronę, by sterować szaleńczo podskakującymi saniami.

Miałem chyba z jedenaście lat, kiedy ostatnio to robiłem.

Każdy wstrząs i podskok sprawiał, że serce waliło mu mocniej. Nawet zjeżdżalnia grawitacyjna w wesołym miasteczku nie mogła się z tym równać! Athaclena wydała z siebie pisk radości, gdy wyskoczyli w górę i ponownie wylądowali, odbijając się sprężyście. Jej korona zmieniła się w burzę srebrzystych witek, które zdawały się krzycz podniecenia.

Mam tylko nadzieję, że pamiętam, jak się tym kieruje.

Być może wyszedł z wprawy. Możliwe też, że obecność Athacleny rozproszyła jego uwagę. Tak czy inaczej Robert zareagował odrobinę za późno, gdy pniak prawiedębu — pozostałość po lesie, który ongiś porastał ten stok — pojawił się nagle na ich drodze.

Athaclena roześmiała się zachwycona, gdy Robert wychylił się daleko w lewą stronę, zakręcając szaleńczo ich prymitywną łodzią. W chwili gdy wyczuła nagłą zmianę jego nastroju, ruch wirowy talerza wymknął się już spod kontroli, zamieniając się w upadek. Czasza wpadła na coś niewidocznego i skręciła gwałtownie pod wpływem uderzenia. Zawartość sań wyleciała w powietrze.

Szczęście i tymbrimskie instynkty nie opuściły w tej chwili Athacleny. Nastąpił gwałtowny wypływ stresowych hormonów. Odruchowo schowała głowę i zwinęła się w kulę. Gdy jej ciało spadło na ziemię, samo stało się saniami. Podskakiwało i ślizgało się po powierzchni talerzy niczym gumowa piłka.

Wszystko to wydarzyło się w mgnieniu oka. Olbrzymie pięści biły w nią, podrzucając w powietrze. Głośny ryk wypełnił jej uszy. Jej korona płonęła, gdy dziewczyna obracała się wokół osi i padała raz za razem.

Wreszcie runęła na ziemię i znieruchomiała, wciąż zwinięta w ciasny kłębek, tuż przed miejscem, gdzie zaczynał się porastający dno doliny las. Z początku mogła tylko leżeć bez ruchu, gdy enzymy gheer kazały jej płacić za szybkość odruchów. Drżąc, głęboko oddychała. Czuła pulsowanie w górnych i dolnych nerkach walczących z nagłym przeciążeniem.

Odczuwała też ból. Trudno jej było go zlokalizować. Wydawało się, że miała tylko kilka siniaków i zadraśnięć. Skąd więc…?

Gdy rozprostowała się i otworzyła oczy, zrozumiała raptownie prawdę. Ból pochodził od Roberta! Jej ziemski przewodnik emitował oślepiające fale cierpienia!

Podniosła się ostrożnie na nogi, wciąż oszołomiona pod wpływem reakcji gheer i osłoniła dłonią oczy, by rozejrzeć się po jasnym stoku. Człowieka nie było nigdzie widać, poszukała więc go za pomocą korony. Wspinała się z trudem, potykając się, po lśniących talerzach, prowadzona falami palącego bólu, do miejsca leżącego w pobliżu przewróconych do góry dnem sań.