Spod warstwy szerokich kapeluszy bluszczu talerzowego wysunęły się poruszające się słabo nogi Roberta. Jego próba wydostania się zakończyła się cichym, stłumionym jękiem. Iskrzący się deszcz gorących agonów — kwantów bólu — wydawał się padać prosto na koronę Athacleny.
Uklękła przy nim.
— Robercie! Czy zaczepiłeś się o coś? Możesz oddychać?
Co za głupota — pomyślała. — Zadaję złożone pytania, podczas gdy wiem, że Robert jest bliski utraty przytomności! Muszę coś zrobić.
Athaclena wyciągnęła z cholewy buta składany laser i zaatakowała nim bluszcz talerzowy. Zaczęła w sporej odległości od Roberta. Przecinała łodygi i odsunęła z jękiem wysiłku na bok kapelusze, jeden po drugim.
Splątane pnącza o piżmowej woni wciąż otulały ciasno głowę i ramiona młodzieńca, przytwierdzając go do zarośli.
Robercie, będę teraz cięła tuż przy twojej głowie. Nie ruszaj się! Człowiek wyjęczał coś niemożliwego do odszyfrowania. Jego prawe ramię było paskudnie wygięte. Musowało wokół niego tyle wydestylowanego bólu, że musiała wycofać koronę, by nie zemdleć z przeciążenia. Obcy nie powinni być zdolni do tak intensywnego kontaktu z Tymbrimczykami! Athaclena przynajmniej nigdy dotąd nie wierzyła, że jest to możliwe.
Robert wciągnął powietrze, gdy podniosła z jego twarzy ostatni, uschnięty kapelusz. Oczy miał zamknięte, a jego usta poruszały się, jak gdyby mówił po cichu do siebie.
Co on teraz robi?
Wyczuwała alikwoty czegoś, co z pewnością było ludzkim rytuałem dyscypliny. Miało to coś wspólnego z liczbami i liczeniem. Być może była to owa „autohipnoza”, której wszystkich ludzi uczono w szkole. Choć była to prymitywna metoda, wydawało się, że w pewnym stopniu pomaga ona Robertowi.
Przetnę teraz korzenie krępujące twoje ramię — powiedziała do niego.
Skinął konwulsyjnie głową.
Pośpiesz się, Clennie. Nigdy… nigdy jeszcze nie musiałem blokować tak wiele bólu…
Gdy puścił ostatni korzonek, Robert wydał z siebie drżące westchnienie. Jego ręka zwisła swobodnie, bezwładna i złamana.
Co teraz? — martwiła się Athaclena. Manipulacje przy rannym przedstawicielu obcego gatunku zawsze były niebezpieczne. Brak odpowiedniego wyszkolenia stanowił jedynie część problemu. Podstawowe opiekuńcze instynkty mogły okazać się całkowicie niewłaściwe, gdy szło o pomoc przedstawicielowi innej rasy.
Złapała w garść witki swej korony i zaczęła wykręcać je w geście niezdecydowania.
Niektóre rzeczy musiały mieć charakter uniwersalny!
Zapewnij poszkodowanemu możliwość oddychania. To zrobiła odruchowo.
Spróbuj powstrzymać wyciek płynów ustrojowych. Jedyną wskazówką, jaką dysponowała, było kilka starych, przedkontaktowych filmów”, które oglądała z ojcem podczas podróży na Garth. Opowiadały one o starożytnych ziemskich istotach zwanych policjantami i złodziejami. Według tych filmów rany Roberta można było określić jako „zwykłe draśnięcia”. Athaclena podejrzewała jednak, że te starożytne zarejestrowane opowieści nie cechował się szczególnie wielkim realizmem.
Gdyby tylko ludzie nie byli tak delikatni!
Podbiegła do plecaka Roberta. Odszukała ukryte w dolnej bocznej kieszeni radio. Pomoc z Port Helenia mogła przybyć w ciągi niecałej godziny, a tymczasem pracownicy stacji ratowniczej po wiedzą jej, co ma robić.
Radio było prostej, tymbrimskiej konstrukcji, gdy jednak do tknęła wyłącznika, nic się nie wydarzyło.
Nie. Ono musi działać!
Ponownie nacisnęła wyłącznik, lecz wskaźnik się nie ożywił.
Athaclena otworzyła z trzaskiem tylną pokrywkę. Kryształ nadawczy usunięto. Mrugnęła skonsternowana. Jak to mogło się stać?
Odcięto im możliwość sprowadzenia pomocy. Była całkowicie zdana na własne siły.
— Robercie — powiedziała, gdy ponownie uklękła przy nim. — Musisz udzielić mi wskazówek. Nie zdołam ci pomóc, jeśli mi nie powiesz, co mam robić!
Człowiek wciąż liczył od jednego do dziesięciu, raz za razem. Musiała powtarzać swe słowa wielokrotnie, zanim wreszcie skierował na nią wzrok.
— Chy… chyba zzłamałem rękę, Clennie… — wciągnął powietrze. — Pomóż mi zejść ze słońca… a potem podaj lekarstwa…
Wydawało się, że opuściła go przytomność umysłu. Wywróci oczy i zapadł w nieświadomość. Athaclenie nie podobał się zbytnio układ nerwowy, który ulega przeciążeniu pod wpływem bólu sprawiając, że jego właściciel nie był w stanie sobie pomóc. Nie była to jednak wina Roberta. Był odważny, lecz w jego mózgu na stąpiło krótkie spięcie.
Miało to, rzecz jasna, pewną zaletę. Omdlenie stłumiło emitowane przez niego fale bólu. To ułatwiło jej przeciągnięcie go po gąbczastym, nierównym polu bluszczu talerzowego. Jednocześnie starała się nie wstrząsać zbytnio jego złamaną prawą ręką.
Człowiek: wielkie kości i potężne, nadmiernie rozwinięte mieśnie!
Ciągnąc jego ciężkie ciało aż do cienistej krawędzi lasu wyrzuciła z siebie glif o wielkiej zjadliwości.
Przyniosła ich plecaki i szybko odnalazła podręczną apteczki Roberta. Miał tam nalewkę, której — jak widziała — używał dwa dni temu, gdy w palec wbiła mu się drzazga. Wylała dużą jej ilość na skaleczenia.
Robert jęknął i poruszył się lekko. Wyczuwała, jak jego umysł walczy z bólem. Wkrótce, na wpół automatycznie, znów zaczął mamrotać, powtarzając liczby.
Odczytała, poruszając wargami, napisane w anglicu instrukcje na pojemniku „środka na rany”, po czym skierowała rozpylacz na skaleczenia, pokrywając je leczniczą warstwą.
Pozostała jeszcze ręka — i ból. Robert wspominał o lekach. Ale których?
Było tam wiele małych ampułek, zaopatrzonych w wyraźne etykiety zarówno w anglicu, jak i w siódmym galaktycznym. Instrukcje były jednak skąpe. Nie przewidziano możliwości, że nie-Terranin będzie musiał udzielić pierwszej pomocy człowiekowi, nie mogąc skorzystać z niczyjej rady.
Uciekła się do logiki. Leki używane w nagłych wypadkach z pewnością przechowywano w ampułkach w postaci gazu, by można je było łatwo i szybko podać. Athaclena wyciągnęła trzy cylindry z celofanu, które wyglądały obiecująco. Pochyliła się do przodu, aż srebrzyste nitki jej korony opadły na twarz Roberta, zbliżając do niej jego ludzką woń — stęchłą i w tym przypadku tak bardzo mięską.
— Robercie — szepnęła w starannym anglicu. — Wiem, że mnie słyszysz. Podźwignij się w sobie. Potrzebuję twojej mądrości na zewnątrz, tu i teraz.
Najwyraźniej przeszkodziła mu tylko w jego rytuale dyscypliny. Wyczuła wzrost bólu. Robert skrzywił twarz i zaczął liczyć głośno.
Tymbrimczycy nie przeklinają tak, jak ludzie. Purysta powiedziałby, że zamiast tego wygłaszają „stylistyczne raporty”. Jednakże w takich chwilach jak ta tylko nieliczni byliby w stanie dostrzec tę różnicę. Athaclena mruknęła coś zjadliwego w swym ojczystym języku.
Najwyraźniej Robert nie był biegły nawet w tej prymitywnej technice „autohipnozy”. Jego ból uderzał gwałtownie w obrzeża jej umysłu. Athaclena wydała z siebie cichy, przypominający westchnienie tryl. Nie była przyzwyczajona do obrony swej jaźni przed podobnymi atakami. Trzepotanie powiek zaćmiło jej wzrok, tak jak mogłyby to zrobić ludzkie łzy.
Istniał tylko jeden sposób i oznaczał on, że będzie musiała otworzyć się bardziej niż była do tego przyzwyczajona, nawet z członkami rodziny. Ta perspektywa ją przerażała, wydawało się jednak, że nie ma wyboru. By w ogóle do niego dotrzeć, musiała się zbliżyć znacznie bardziej.