Выбрать главу

Ogłuszone neoszympansy spoglądały na siebie przez długą chwilę, zanim echa wreszcie umilkły. W końcu najstarszy z nich, Benjamin, otrząsnął się, otrzepał dłonie, złapał młodego szena imieniem Petri za kark i przyprowadził zaskoczonego delikwenta do Athacleny.

Petri opuścił wzrok z zawstydzoną miną.

— Przy… przykro mi, proszę pani — mruknął ochrypłym głosem. — Chodzi o to, że tam na dole są ludzie i… i moi towarzysze…

Athaclena skinęła głową. Nie można być zbyt surowym dla podopiecznego mającego dobre intencje.

— Twoje motywy były godne podziwu. Teraz jednak, gdy jesteśmy już spokojni i możemy układać plany, pomyślimy o tym, jak pomóc twoim opiekunom i przyjaciołom w bardziej skuteczny sposób.

Wyciągnęła dłoń. Był to gest mniej protekcjonalny niż poklepanie po głowie, którego szym najwyraźniej spodziewał się od Galakta. Uścisnęli sobie ręce i Petri uśmiechnął się nieśmiało.

Gdy ominęli szybkim krokiem kamienie, by ponownie spojrzeć na dolinę, kilku Terran wciągnęło powietrze. Brązowy obłok rozlał się po nisko położonych terenach niczym gęste, ohydne morze sięgające niemal lesistych zboczy u ich stóp. Ciężki opar zdawał się mieć wyraźnie określoną górną granicę. Muskał zaledwie korzenie pobliskich drzew.

Nie było sposobu, by odgadnąć, co się dzieje na dole ani nawet czy ktoś tam jeszcze żyje.

— Rozdzielimy się na dwie grupy — powiedziała Athaclena. — Robert Oneagle nadal wymaga opieki. Ktoś musi udać się do niego.

Myśl o tym, że Robert leży półprzytomny tam, gdzie go zostawiła, wywoływała w jej umyśle nieustanny niepokój. Musiała się upewnić, że otrzyma pomoc. Zresztą podejrzewała, że dla większość tych szymów lepiej będzie, jeśli pójdą zaopiekować się Robertem, niż gdyby miały się kręcić w pobliżu tej śmiercionośnej doliny. Mając przed oczyma pełny obraz katastrofy, stworzenia te były zbyt wstrząśnięte i pobudzone.

— Benjaminie, czy twoi towarzysze mogliby odnaleźć Roberta sami, kierując się wskazówkami, jakich im udzielę?

— To znaczy, że pani by ich tam nie zaprowadziła? — Benjamin zmarszczył brwi i potrząsnął głową. — Hmm, nie wiem, proszę pani. Naprawdę… naprawdę myślę, że powinna pani pójść z nimi.

Athaclena zostawiła Roberta pod wyraźnym punktem orientacyjnym — wielkim przepiórczym orzechem rosnącym tuż przy głównej ścieżce. Każda grupa, która wyruszy z tego miejsca, powinna bez trudności odnaleźć rannego człowieka.

Mogła odczytać emocje szyma. Część osobowości Benjamina gorąco pragnęła, by jeden ze sławetnych Tymbrimczyków był u jego boku, aby pomóc — o ile to możliwe — ludziom w dolinie. Jednak mimo to postanowił ją odesłać!

Oleisty dym na dole kłębił się i kipiał. Athaclena wyczuwała z wielkiej odległości umysły ogarnięte wzburzeniem i strachem.

— Zostanę z tobą — oznajmiła stanowczo. — Powiedziałeś, że ci pozostali są wykwalifikowaną ekipą ratunkową. Z pewnością potrafią odnaleźć Roberta i udzielić mu pomocy. Ktoś musi tu zostać, by sprawdzić, czy można coś zrobić dla tych na dole.

Z człowiekiem szympansy mogłyby się spierać, nie przyszło im jednak do głowy, by sprzeciwić się Galaktowi, który podjął już decyzję. Istoty rozumne z klasy podopiecznych po prostu nie robiły podobnych rzeczy.

Wyczuła w Benjaminie częściową ulgę… i kontrapunkt lęku.

Trzy młodsze szymy założyły plecaki i skierowały się z powagą na zachód pomiędzy kamienne szpikulce, oglądając się za siebie nerwowo, aż zniknęły z pola widzenia.

Athaclena odczuła ulgę z powodu Roberta. Wciąż jednak nie dawał jej spokoju niepokój o ojca. Nieprzyjaciel z pewnością w pierwszej kolejności zaatakował Port Helenia.

— Chodź, Benjaminie. Zobaczmy, co się da zrobić dla tych biedaków na dole.

Bez względu na ich wyjątkowo wielkie i szybkie sukcesy w procesie Wspomagania, terrańskim genetykom zostało jeszcze sporo do zrobienia z neodelfinami i neoszympansami. Naprawdę oryginalni myśliciele nadal byli w obu tych gatunkach rzadkością. Według galaktycznych standardów posunęli się naprzód bardzo daleko, lecz Ziemianie pragnęli jeszcze szybszego postępu. Wyglądało to niemal tak, jakby podejrzewali, że ich podopieczni lada chwila mogą zostać zmuszeni do bardzo szybkiego dorośnięcia.

Gdy w rodzie Tursiops czy Pan pojawił się wartościowy umysł, wychowywano go starannie. Athaclena wiedziała, że Benjamin był jednym z takich doskonalszych egzemplarzy. Niewątpliwie ten szym miał co najmniej niebieską kartę rozrodczą i spłodził już wiele dzieci.

— Może lepiej zbadam drogę, proszę pani — zaproponował Benjamin. — Mogę wdrapać się na te drzewa i pozostać ponad poziomem gazu. Pójdę i zobaczę, jak wyglądają sprawy, a potem wróć po panią.

Athaclena wyczuwała niepokój, z jakim szym patrzył na jezior tajemniczego gazu. W tym miejscu sięgał im on mniej więcej do kostek, lecz głębiej w dolinie jego kłęby wzbijały się między drzewami do wysokości kilku ludzi.

— Nie. Będziemy trzymać się razem — odparła stanowczo Athaclena. — Może nie wiesz, że też potrafię wspinać się na drzewa?

Benjamin obejrzał ją od stóp do głów, najwyraźniej przypominając sobie opowieści o legendarnej tymbrimskiej zdolności przystosowania. — Hmm, pani przodkowie mogli, jak widzę, kiedyś żyć na drzewach. — Bez poważania obdarzył ją krzywym, skwaszonym uśmiechem. — No dobra. Lecimy.

Wziął rozbieg i wystartował. Skoczył między gałęzie prawiedębu, przemknął na drugą stronę pnia i pognał w dół po innym kom rżę, po czym przeskoczył wąską przerwę dzielącą go od następnego drzewa. Złapał za sprężynującą gałąź i spojrzał na Athaclenę pełnymi ciekawości brązowymi oczyma.

Tymbrimka rozpoznała wyzwanie. Zaczerpnęła kilka głębokie oddechów. Skoncentrowała się. Zaczęły się zmiany. Poczuła mrowienie w twardniejących koniuszkach palców i zwiększoną ruchomość klatki piersiowej. Wypuściła powietrze i wystartowała, skacząc na prawiedąb. Z pewnym trudem powtórzyła wszystkie ruchy szyma jeden za drugim.

Benjamin skinął z aprobatą głową, gdy wylądowała obok niego po czym ruszył w dalszą drogę.

Posuwali się naprzód powoli, skacząc z drzewa na drzewo i wspinając się po pniach oplecionych pnączami. Kilkakrotnie byli zmuszeni zawracać, by ominąć polany wypełnione powoli osiadającymi wyziewami. Starali się nie oddychać, gdy mijali gęstsze wstęgi ciężkiego gazu, lecz Athaclena chcąc nie chcąc wyczuwała tchnienie oleistych, gryzących oparów. Tłumaczyła sobie, że narastające swędzenie miało prawdopodobnie charakter psychosomatyczny.

Benjamin co chwila spoglądał na nią ukradkiem. Szym z pewnością zauważył niektóre ze zmian, jakie w niej zaszły w miarę upływu minut — zwiększoną gibkość ramion, kołysanie się barków, większą ruchomość oraz dodatkową rozpiętość dłoni. Najwyraźniej nie spodziewał się, że Galaktka dotrzyma mu kroku, huśtając się między drzewami.

Niemal na pewno nie znał ceny, jaką będzie musiała zapłacić za transformację gheer. Athaclena zaczęła już odczuwać ból, a wiedziała, że to dopiero początek.

Las był pełen dźwięków. Małe zwierzątka przemykały obok nich, uciekając przed obcym dymem i fetorem. Athaclena odbierała szybkie, gorące wibracje ich strachu. Gdy dotarli do szczytu pagórka wznoszącego się ponad osadą, dobiegły ich słabe krzyki przerażonych Terran poruszających się po omacku w ciemnym jak sadza lesie.