Tak wyglądały sprawy zawsze, od legendarnych czasów pierwszego gatunku — Przodków — miliardy lat temu.
Nikt jednak nigdy nie wykrył opiekunów ludzi. Dlatego właśnie nazywano ich k’chu-non… dzikusami. Czy w ich starej idei mogło się kryć ziarenko prawdy? A jeśli tak, to czy to stworzenie mogłoby również…?
Och, nie! Dlaczego nie zauważyłam tego od razu?
Athaclena zrozumiała nagle, że nie było to zwierzę żyjące w stanie natury. Nie był to legendarny „Garthianin”, o którego odnalezienie prosił ją ojciec. Podobieństwo rodzinne było po prostu zbyt uderzające.
Spoglądała na zgromadzonych kuzynów, siedzących wspólnie na jednej gałęzi wysoko ponad gubryjskimi oparami. Człowiek, neoszympansy i… co?
Usiłowała sobie przypomnieć, co mówił jej ojciec o licencji udzielonej ludziom na zajmowanie ich rodzinnego świata. Ziemi. Po Kontakcie Instytuty uznały oficjalnie ich faktyczną dzierżawę. Niemniej Athaclena była pewna, że obowiązywały ich Prawa Odłogu oraz inne ograniczenia.
Wyszczególniono też kilka ziemskich gatunków.
Od wielkiego zwierzęcia promieniował Potencjał, jak od… — Athaclenie przyszła do głowy przenośnia — światło sygnalizacyjne płonące na drzewie naprzeciwko niej. Przeszukawszy pamięć na sposób tymbrimski, odnalazła w niej wreszcie nazwę, której szukała.
— Śliczny zwierzaczku — zapytała łagodnym tonem. — jesteś gorylem, prawda?
16. Centrum Howlettsa
Stworzenie podrzuciło wielką głową i parsknęło. Tuż obok niego szympansia matka zakwiliła łagodnie i spojrzała na Athaclenę z widoczną obawą.
Mała ludzka dziewczynka klasnęła jednak w dłonie, wyczuwając okazję do zabawy.
— Gorkiem! Jonny jest gorkiem! Jak ja! — małe, dziecięce pięści uderzyły w jej klatkę piersiową. Odrzuciła głowę do tyłu i wydała z siebie wysokie, zawodzące wycie.
Goryl. Athaclena patrzyła zdumiona na olbrzymie, milczące stworzenie, usiłując sobie przypomnieć to, czego się dowiedziała mimochodem tak dawno temu.
Jego ciemne nozdrza rozwarły się, jak gdyby węszyło w kierunku Athacleny. Wolną ręką wykonało szybkie, skomplikowane znaki migowe skierowane do ludzkiego dziecka.
— Jonny chce się dowiedzieć, cy teraz pani psejmie dowództwo — zasepleniła dziewczynka. — Mam nadzieję, ze tak. Była pani naprawdę zmęcona, kiedy psestała pani gonić Benjamina. Cy on zrobił coś złego? Wie pani, on uciekł. Athaclena przysunęła się nieco bliżej.
— Nie — odparła. — Benjamin nie zrobił nic złego. Przynajmniej nie od chwili, gdy go spotkałam. Zaczynam jednak podejrzewać…
Przerwała. Ani dziecko, ani goryl nie pojęłyby jej obecnych podejrzeń, lecz dorosła szymka najwyraźniej rozumiała sprawę. W jej oczach malował się strach.
— Jestem Aprii — powiedział mały człowiek. — A to jest Nita. Je dziecko nazywa się Cha-Cha. Symki dają casem dzieciom na pocą tek łatwe imiona, bo one nie mówią za dobze, kiedy są małe — wyznała.
Gdy patrzyła na Athaclenę, zdawało się, że jej oczy lśnią.
— Cy pani naprawdę jest Tym… bim… Tymbimką?
Athaclena skinęła głową.
— Jestem Tymbrimką.
Aprii klasnęła w dłonie.
— Ojej. Oni są dobzy! Cy widziała pani ten wielki statek? Nadleciał z wielkim hukiem i tata kazał mi pójść z Jonnym, a potem puścili gaz i Jonny zatkał mi usta dłonią. Nie mogłam oddychać!
Aprii skrzywiła twarz, udając, że się dusi.
— Puścił mnie, kiedy byliśmy już na dzewach. Znaleźliśmy Nitę i Cha-Chę — obrzuciła spojrzeniem parę szymów. — Nita wciąż chyba za bardzo się boi, zęby dużo mówić.
— Czy ty też się bałaś? — zapytała Athaclena. Aprii skinęła głową z powagą.
— Tak. Ale musiałam psestać. Byłam tu jedynym cłowiekiem więc musiałam psejąć dowództwo i zaopiekować się wsystkimi. Cy mogłaby mnie pani teraz zastąpić? Jest pani naprawdę ładną Tymbimką.
Nieśmiałość dziewczynki powróciła. Wtuliła się w masywna pierś Jonny’ego. Uśmiechała się przy tym do Athacleny, ukazując tylko jedno oko.
Athaclena nie wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Nigdy dotąd nie zdawała sobie sprawy, że ludzie są zdolni do podobnych rzeczy. Mimo że jej rasa była sojusznikiem Terran, dziewczyna podzielała niektóre z powszechnych wśród Galaktów uprzedzeń, wyobrażając sobie, że „dzikusy” wciąż pod jakimś względem przypominają dzikie zwierzęta. Wielu Galaktów uważało, iż jest wątpliwe, by ludzie byli naprawdę gotowi być opiekunami. Niewątpliwie Gubru wyrazili to przekonanie w swym Manifeście Wojennym.
To dziecko całkowicie zdruzgotało owo wyobrażenie. Zgodnie z prawem i obyczajem mała Aprii sprawowała dowództwo nad swymi podopiecznymi, bez względu na swój młody wiek. Dziewczynka doskonale rozumiała ciążącą na niej odpowiedzialność.
Niemniej Athaclena wiedziała już, dlaczego zarówno Robertowi, jak i Benjaminowi zależało na tym, by jej tu nie przyprowadzić. Stłumiła początkowy impuls pełnego oburzenia gniewu. Później, gdy już potwierdzi swe podejrzenia, będzie musiała znaleźć jakiś sposób, by powiadomić o wszystkim ojca.
Zaczynała już niemal czuć się znowu Tymbrimką. Reakcja ghee ustąpiła zwykłemu, przytłumionemu uczuciu gorąca przebiegającemu wzdłuż jej mięśni i ścieżek nerwowych.
— Czy jeszcze jakimś ludziom udało się uciec na drzewa? — zapytała.
Jonny wykonał szybką serię znaków. Aprii służyła jako tłumaczka, choć mogła nie rozumieć jasno wszystkich implikacji.
— Mówi, ze kilku próbowało, ale nie byli dość sybcy… Więksość biegała tylko w kółko, robiąc ludzkie zecy. Tak górki nazywają ludzkie cynności, których nie rozumieją — wyznała po cichu.
Wreszcie odezwała się szymska matka, Nita.
— Od ggazu… — przełknęła ślinę — ludzie zrobili się słabi — jej głos był ledwie słyszalny. — Niektórzy z nas, szymów, też poczuli lekko jego działanie… Górkom chyba nic się nie stało.
No tak. Być może jej pierwotne przypuszczenia na temat gazu były słuszne. Podejrzewała, że nie miał on powodować natychmiastowej śmierci. Masowa masakra cywilów była czymś, na co Instytut Sztuki Wojennej spoglądał z niechęcią. O ile znała Gubru, ich zamiary były prawdopodobnie znacznie bardziej podstępne.
Po jej prawej stronie rozległ się trzask. Wielki szym płci męskiej, Benjamin, opadł na konar mieszczący się o dwa drzewa dalej. Zawołał do Athacleny:
— Już wszystko w porządku, proszę pani! Znalazłem doktor Taka i doktora Schultza! Bardzo pragną z panią porozmawiać!
Athaclena skinęła do niego dłonią.
— Proszę cię, podejdź najpierw do mnie, Benjaminie.
Z typową dla rodzaju Pan przesadą Benjamin wydał z siebie długie, umęczone westchnienie. Zaczął skakać z gałęzi na gałąź, aż wreszcie dostrzegł trzy małpy i ludzką dziewczynkę. Opuścił żuchwę i niemal nie wypuścił z rąk konaru. Na jego twarzy malowała się widoczna frustracja. Odwrócił się w stronę Athacleny, oblizał wargi i odchrząknął.
— Szkoda wysiłków — powiedziała. — Wiem, że spędziłeś ostatnie dwadzieścia minut, pośród tego całego zamieszania, na próbach ukrycia przede mną prawdy. Nic to jednak nie dało. Wiem, co tu się działo.
Benjamin zamknął usta, po czym wzruszył ramionami.