— No i co? — westchnął.
— Czy akceptujecie moje przewodnictwo? — zapytała Athaclena czwórkę siedzącą na gałęzi.
— Tak — odparła April. Nita przeniosła wzrok z Athacleny na ludzkie dziecko, po czym skinęła głową.
— W porządku. Zostańcie na miejscu, póki ktoś po was nie przyjdzie. Rozumiecie?
— Tak, prosę pani.
Nita ponownie skinęła głową. Jonny i Cha-Cha spojrzeli tylko na nią.
Athaclena podniosła się, balansując na gałęzi, i zwróciła się w stronę Benajmina.
— Teraz porozmawiajmy z tymi waszymi specjalistami od Wspomagania. O ile gaz nie obezwładnił ich całkowicie, z chęcią bym się dowiedziała, dlaczego postanowili pogwałcić galaktyczne prawo.
Benjamin sprawiał wrażenie pokonanego. Skinął głową z rezygnacją.
— Ponadto — ciągnęła Athaclena, gdy wylądowała na gałęzi obok niego — lepiej nawiążcie kontakt z tymi szymami i gorylami, które stąd odesłaliście, żebym ich nie zobaczyła. Należy je przywołać z powrotem. Możemy potrzebować ich pomocy.
17. Fiben
Fibenowi udało się sporządzić z połamanych konarów drzew, leżących obok koleiny pozostawionej przez jego kapsułę ratunkową, kulę, na której mógł się wesprzeć. Wyłożył ją strzępami swego pokładowego stroju, dzięki czemu za każdym razem, gdy się na niej oparł, wybijała mu ramię ze stawu jedynie częściowo.
Hmmm — pomyślał. — Gdyby ludzie nie wyprostowali nam kręgosłupów i nie skrócili ramion, mógłbym wrócić w cywilizowane okolice na czworakach.
Oszołomiony, posiniaczony, głodny… w gruncie rzeczy Fiben był w całkiem niezłym nastroju, gdy torował sobie drogę pośród przeszkód, kierując się na północ.
Do diabła, żyję. Właściwie nie mam na co się skarżyć.
Spędził sporo czasu w górach Mulun, prowadząc badania ekologiczne w ramach Projektu Odnowy, wiedział więc, że znajduje się w zlewisku odpowiedniej rzeki, nie nazbyt daleko od znanych mu terenów. Wszystkie odmiany roślinności były łatwe do rozpoznania — głównie miejscowe gatunki, lecz również trochę importowanych, które wprowadzono do ekosystemu celem wypełnienia luk pozostałych po Bururalskiej Masakrze.
Fiben był w nastroju optymistycznym. Fakt, że utrzymał się przy życiu, a nawet rozbił na znanym terytorium… upewniał go w tym, że Ifni ma odnośnie do niego jeszcze jakieś plany. Z pewnością uratowała go z myślą o czymś szczególnym. Zapewne los ten będzie wyjątkowo dokuczliwy i znacznie bardziej bolesny niż zwykła śmierć z głodu na pustkowiu.
Fiben nastawił uszu. Spojrzał w górę. Czy ten dźwięk mógł być tworem jego wyobraźni?
Nie! To były głosy! Utykając pognał wydeptaną przez zwierzynę ścieżką, na przemian podskakując na swej prowizorycznej kuli lub skacząc o niej jak o tyczce. Wreszcie dotarł do pochyłej polany rozciągającej się nad stromą ścianą kanionu.
Mijały minuty. Fiben nie przestawał wytrzeszczać oczu. Deszczowy las był tak cholernie gęsty!
Tam! Po drugiej stronie, mniej więcej w połowie drogi w dół zbocza, widać było sześć objuczonych plecakami szymów poruszających się szybko przez las w kierunku jakichś tlących się jeszcze szczątków TAASF Proconsul. W tej chwili wszystkie zachowywały ciszę. To był prawdziwy łut szczęścia, że odezwały się akurat w chwili, gdy przechodziły poniżej miejsca, w którym się znajdował.
— Hej! Tępaki! Tu jestem! — Fiben krzyczał, podskakiwał na prawej nodze i wymachiwał rękoma. Ekipa ratownicza zatrzymała się. Szymy rozglądały się wokół, mrugając powiekami, podczas gdy echa niosły się po wąskim parowie. Fiben odsłonił zęby. Mimo woli warknął cicho pod wpływem frustracji. Patrzyli wszędzie, ale nie w jego kierunku!
Wreszcie chwycił kulę, zakręcił nią nad głową i cisnął na drugą stronę kanionu.
Jeden z szymów wydał głośny okrzyk i złapał drugiego za rękę. Obserwowali jak wywijający koziołki konar opadł na gałęzie lasu.
Dobrze — pomyślał Fiben. — Teraz pomyślcie. Odnajdziecie miejsce, w którym zaczął się tor jego lotu.
Dwóch poszukiwaczy wskazało w jego stronę. Ujrzeli, jak wymachiwał rękami. Krzyknęli z podniecenia i zaczęli podskakiwać i biegać w kółko.
Zapominając na chwilę o własnej małej regresji, Fiben mruknął pod nosem.
— Ale mam szczęście! Musiała mnie uratować banda fizoli. Dajcie spokój, chłopaki. Nie róbmy z tego deszczowego tańca.
Mimo to uśmiechnął się, gdy zbliżali się ku jego leżącej na stoku polanie. I podczas całego ściskania się i poklepywania po plecach, które nastąpiło później, sam się zapomniał i wydał z siebie kilka radosnych pohukiwań.
18. Uthacalthing
Jego mała szalupa była ostatnim statkiem, który wystartował z kosmoportu Port Helenia. Na ekranach detekcyjnych widoczne były już krążowniki wchodzące w niższe warstwy atmosfery.
W porcie nieliczny oddział milicji i Terrageńskiej Piechoty Morskiej przygotowywał się do ostatniej, daremnej bitwy. Ich wyzwanie transmitowane było na wszystkich kanałach.
— …Odmawiamy najeźdźcom prawa do lądowania tutaj. Domagamy się od Galaktycznej Cywilizacji obrony przed ich agresją. Odmawiamy Gubru zezwolenia na lądowanie na terenie, który legalnie dzierżawimy. Na dowód tego mały, uzbrojony Oddział Formalnego Oporu oczekuje na najeźdźców w stołecznym kosmoporcie. Nasze wyzwanie…
Uthacalthing kierował szalupą za pośrednictwem nonszalanckich ruchów nadgarstka i kciuka, na których umieszczone były sterowniki. Maleńki stateczek gnał na południe wzdłuż brzegu Morzył Ciimarskiego szybciej od dźwięku. Jasne promienie słońca odbijały się w szerokich wodach po jego prawej stronie.
— …jeśli odważą się stawić nam czoła w walce istoty z istotą, zamiast kryć się w swych statkach wojennych…
Uthacalthing skinął głową.
— Wygarnijcie im. Ziemianie — odezwał się łagodnym tonem w anglicu. Dowódca wyznaczonego oddziału prosił go o radę. jak sformułować rytualne wyzwanie. Uthacalthing miał nadzieję, że jego pomoc okazała się użyteczna.
Transmisja nie ustawała. Wymieniono liczbę oraz typy broni oczekującej w kosmoporcie na schodzącą do lądowania armadę, by nieprzyjaciel nie miał usprawiedliwienia, jeśli użyje przemożnej siły. W podobnej sytuacji Gubru nie będą mieli innego wyboru, jak zaatakować obrońców za pomocą sił naziemnych. A wtedy będą musieli ponieść pewne straty.
O ile Kodeksy wciąż obowiązują — pomyślał w duchu Uthacalthing. — Nieprzyjaciel może już nie dbać o Zasady Wojny.
Trudno było sobie wyobrazić podobną sytuację, lecz z dalekich gwiezdnych szlaków dobiegały pogłoski…
Kabinę pilota otaczał szereg ekranów. Jeden z nich ukazywał krążowniki pojawiające się w polu widzenia kamer miejskiego dziennika Port Helenia. Na innym widniały szybkie myśliwce przeszywające niebo nad kosmoportem.
Za plecami Uthacalthing słyszał niskie zawodzenie. To dwóch szczudłowatych Ynnian wymieniało pomiędzy sobą skargi na swój los. Te stworzenia jednak były przynajmniej w stanie wcisnąć się w tymbrimskie siedzenia. Ich potężny pan musiał stać.
Kault nie ograniczał się do stania. Chodził po ciasnej kabinie. Nadymał grzebień tak, że uderzał on co chwila w niski sufit. Thennanianin nie był w dobrym nastroju.
— Dlaczego, Uthacalthing? — mruknął nie pierwszy już raz. — Dlaczego zwlekałeś tak długo? Byliśmy dosłownie ostatnimi, którzy stamtąd odlecieli!
Ze szczelin oddechowych Kaulta buchnęło powietrze.
— Powiedziałeś mi, że wyruszymy poprzedniej nocy! Jak najszybciej zebrałem trochę rzeczy i byłem gotowy, ale ty się nie zjawiłeś! Czekałem. Minęło mnie kilka okazji do wynajęcia innego środka transportu, podczas gdy ty wysyłałeś jedną wiadomość za drugą, każąc mi być cierpliwym. A potem, gdy późnym świtem wreszcie się pojawiłeś, odlecieliśmy tak beztrosko, jakbyśmy udawali się na wycieczkę do Łuku Przodków!