Выбрать главу

Uthacalthing pozwolił swemu koledze narzekać. Udzielił mu już formalnych przeprosin i zapłacił dyplomatyczną grzywnę. Nie wymagano od niego niczego więcej.

Ponadto wszystko toczyło się dokładnie tak, jak to zaplanował.

Na tablicy kontrolnej rozbłysło żółte światło. Rozległ się brzęczący dźwięk.

— Co to jest? — zaniepokojony Kault przesunął się naprzód, powłócząc nogami. — Czy wykryli nasze silniki?

— Nie.

Kault westchnął z ulgą.

Uthacalthing ciągnął:

— Nie chodzi o silniki. To światełko oznacza, że przed chwilą wysondowała nas wiązka probabilistyczna.

— Co? — Kault niemal krzyknął. — Czy ten statek nie ma osłony? Nie używasz nawet grawitorów! Jaką probabilistyczną anomalię mogli wykryć?

Uthacalthing wzruszył ramionami, jak gdyby ten ludzki gest był mu wrodzony.

— Być może nieprawdopodobieństwo ma charakter wewnętrzny — zasugerował. — Może coś, co dotyczy nas samych, jarzy się wzdłuż linii świata. Możliwe, że to właśnie wykryli.

Kącikiem prawego oka ujrzał, że Kault dygocze. Gatunek Thennanian wydawał się czuć niemal przesądny lęk przed wszystkim, co miało coś wspólnego ze sztuką czy nauką kształtowania rzeczywistości. Uthacalthing pozwolił, by looth’troo — przeprosiny dla wroga — uformowało się delikatnie wśród jego witek i powtórzył sobie, że rasy jego i Kaulta są oficjalnie w stanie wojny. Miał prawo drażnić swego wroga-przyjaciela, tak samo jak poprzednio było etycznie do przyjęcia, gdy postarał się, by w statku Kaulta dokonano sabotażu.

— Nie martwiłbym się o to — poradził. — Mamy nad nimi sporą przewagę.

Zanim Thennanianin zdążył odpowiedzieć, Uthacalthing pochylił się do przodu i przemówił szybko w siódmym galaktycznym sprawiając, że obraz na jednym z ekranów powiększył się.

— Thwill’kou-chlliou! — zaklął. — Popatrz, co oni robią!

Kault odwrócił się i wbił wzrok w ekran. Holoobraz ukazywał ogromne krążowniki, które unosiły się nad miastem stołecznym, wypuszczając na budynki i parki brązowy opar. Choć dźwięk był nastawiony cicho, mogli niemal usłyszeć panikę w głosie spikera, gdy opisywał ciemniejące niebo, jak gdyby komukolwiek w Port Helenia potrzebne były jego objaśnienia.

— Niedobrze się dzieje — grzebień Kaulta szybciej zaczął uderzać w sufit. — Gubru okazują surowość większą niż wymagana w obecnej sytuacji i dozwolona ich uprawnieniami wojennymi.

Uthacalthing skinął głową. Zanim jednak zdążył przemówić, zamrugało kolejne żółte światło.

— Co się znowu dzieje? — westchnął Kault.

Oczy Uthacalthinga oddaliły się od siebie najbardziej, jak było to możliwe.

— To oznacza, że podąża za nami statek pościgowy — odparł. — Może nas czekać walka. Czy umiesz obsługiwać konsolę bojową klasy pięćdziesiąt siedem, Kault?

— Nie, ale myślę, że jeden z moich Ynnian…

Uthacalthing przerwał jego odpowiedź krzycząc:

— Trzymaj się! — po czym włączył grawitory szalupy. Ziemia przemknęła pod nimi z głośnym gwizdem. — Przystępuję do manewrów wymijających! — zawołał.

— Dobrze — szepnął Kault przez szpary na szyi.

Och, dzięki niech będą grubej czaszce Thennanian — pomyślał Uthacalthing. Starał się panować nad wyrazem twarzy, choć wiedział, że jego kolega ma tyle wrażliwości empatycznej, co kamień, i nie jest w stanie odebrać jego radości.

Gdy ścigające ich statki otworzyły ogień, korona Uthacalthinga zaczęła śpiewać.

19. Athaclena

Zielone wypustki lasu zlewały się z trawnikami i pomalowanymi na kolor liści budynkami centrum, jak gdyby chciano, by instytucja nie rzucała się w oczy z powietrza. Choć wiatr z zachodu odpędził wreszcie ostatnie widoczne strzępy aerozolu wypuszczonego ze statku najeźdźców, cienka warstwa gruboziarnistego pyłu pokrywała wszystko poniżej wysokości pięciu metrów, wydzielając ostry, nieprzyjemny odór.

Korona Athacleny nie kurczyła się już pod wpływem niepowstrzymanego ryku paniki. Nastrój pomiędzy budynkami uległ zmianie. Była tam teraz wyczuwalna nuta rezygnacji… oraz inteligentnego gniewu.

Podążyła za Benjaminem ku pierwszej polanie, gdzie ujrzała małe grupki neoszympansów biegających po ogrodzonym terenie z palcami nóg zwróconymi do środka. Jedna ich para przemknęła obok niej, dźwigając na noszach dokładnie opatulony ciężar.

— Może jednak nie powinna tam pani schodzić — wychrypiał Benjamin. — Chodzi mi o to, że choć jest oczywiste, że gaz przygotowano z myślą o ludziach, nawet nam, szymom, zaszumiało od niego trochę we łbach. Pani jest bardzo ważna…

— Jestem Tymbrimką — odparła chłodno Athaclena. — Nie mogę tu tak siedzieć, kiedy potrzebują mnie podopieczni i równi mi rangą opiekunowie.

Benjamin pokłonił się na znak zgody. Poprowadził ją w dół po przypominającym schody ciągu gałęzi, aż wreszcie z niejaką ulgą postawiła stopę na ziemi. Gryzący odór był tu silniejszy. Athaclena próbowała nie zwracać na niego uwagi, lecz serce waliło jej pod wpływem podenerwowania.

Mijali obiekty, w których z pewnością zakwaterowano i szkolono goryle. Były tam otoczone płotem place i tereny służące do zabaw, a także przeprowadzania testów. Najwyraźniej dokonywano tu intensywnych, choć prowadzonych na małą skalę, wysiłków. Czy Benjamin naprawdę sobie wyobrażał, że zdoła ją oszukać tylko przez fakt, że wyśle przedrozumne małpy do dżungli, by się tam ukryły?

Miała nadzieję, że żadna z nich nie ucierpiała pod wpływem gazu czy podczas paniki, która nastąpiła później. Pamiętała ze swych krótkich lekcji historii Ziemian, że goryle — choć silne — znane były z tego, że są wrażliwymi a nawet delikatnymi stworzeniami.

Szymy odziane w szorty, sandały i wszechobecne ładownice na narzędzia ganiały w różne strony, zajęte poważnymi sprawami. Niektóre spoglądały ciekawie na Athaclenę, gdy się zbliżała, nie zatrzymywały się jednak, by z nią pomówić. W gruncie rzeczy słyszała bardzo niewiele słów.

Krocząc lekko po ciemnym pyle, dotarli do centrum ośrodka. Tam wreszcie Athaclena i jej przewodnik napotkali ludzi. Spoczywali oni na leżankach ustawionych na schodach głównego budynku — mel i fem. Głowa ludzkiego mężczyzny była całkowicie pozbawiona włosów, a jego oczy miały ślady fałd na powiekach. Sprawiał wrażenie ledwie przytomnego.

Drugi człowiek był wysoką, ciemnowłosą kobietą. Jej skóra miała zupełnie czarną barwę. Athaclena nigdy dotąd nie widziała tak głębokiego, intensywnego odcienia. Zapewne kobieta była jedną z tych rzadkich ludzi „czystej krwi”, którzy zachowali charakterystyczne cechy swych starożytnych „ras”. W kontraście z nią skóra stojących obok szymów, pod ich niejednolitą pokrywą brązowych włosów, była niemal bladoróżowa.

Z pomocą dwóch neoszympansów, które wyglądały na starsze, czarna kobieta zdołała wesprzeć się na łokciu, gdy Athaclena do niej podeszła. Benjamin wystąpił naprzód, by dokonać przedstawienia.

— Doktor Taka, doktorze Schultz, doktorze M’Bzwelli, szymie Fredericku, wszyscy z Terrańskiego Klanu Dzikusów, przedstawiam wam szanowną Athaclenę, a Tymbrimi ab-Caltmour ab-Brma ab-Krallniht ul-Tytlal.

Athaclena obrzuciła spojrzeniem Benjamina zaskoczona, że potrafił wyrecytować z pamięci honorowy tytuł jej gatunku.