Terranie z małego kosmoportu nadali dobrze napisane ceremonialne wyzwanie. Suzeren Poprawności upierał się, że trzeba wysłać Żołnierzy Szponu, by zwyciężyli obrońców w bezpośredniej walce. Suzeren Kosztów i Rozwagi nie zgadzał się z tym. Przez pewien czas krążyli wokół siebie na podium statku flagowego, przyglądając się sobie i wyskrzekując sprzeczne oświadczenia.
— Wydatki trzeba ograniczać!
Ograniczać tak, byśmy nie musieli!
Nie musieli obciążać innych frontów!
W ten sposób Suzeren Kosztów i Rozwagi podkreślał, że ich ekspedycja była jedynie jedną z wielu akcji wiążących obecnie siły Klanu Gooksyu-Gubru. W gruncie rzeczy była to raczej pomniejsza utarczka. Z drugiej strony spirali galaktycznej panowało napięcie. W takich chwilach zadaniem Suzerena Kosztów i Rozwagi była ochrona klanu przed nadmiernym rozciągnięciem sił.
W odpowiedzi na to Suzeren Poprawności nastroszył pióra na znak oburzenia.
— Cóż będą wydatki znaczyły, oznaczały, symbolizowały, jeśli utracimy, stracimy zmarnujemy, zaprzepaścimy łaskę, jaką cieszymy się w oczach naszych Protoplastów? Musimy zrobić to, co jest słuszne! Zuuuiin!Suzeren Wiązki i Szponu obserwował walkę ze swej grzędy dowodzenia, by stwierdzić, czy zamanifestują się jakieś wyraźne wzorce dominacji. Czuł się podekscytowany widząc i słysząc tańce debatowe znakomicie wykonywane przez tych, których wybrano na jego małżonków. Cała trójka była najświetniejszym produktem inżynierii „gorących jaj” stworzonej celem uwydatnienia najwartościowszych cech gatunku.
Po chwili stało się oczywiste, że jego partnerzy znaleźli się w sytuacji patowej. Decyzję będzie musiał podjąć Suzeren Wiązki i Szponu.
Z pewnością byłoby mniej kosztowne, gdyby korpus ekspedycyjny po prostu zignorował zuchwałych dzikusów na dole, dopóki gaz szantażujący nie zmusi ich do poddania się. Albo też, wystarczyłoby wydać prosty rozkaz, by ich reduta została zamieniona w żużel. Suzeren Poprawności odmawiał jednak zgody na którąś z tych opcji. Takie czyny byłyby katastrofą, upierał się kapłan.
Biurokrata z równą nieugiętością domagał się, by nie marnować dobrych żołnierzy na coś, co w istocie było jedynie gestem.
Obaj dowódcy znaleźli się w impasie. Okrążali się nawzajem, skrzeczeli i otrzepywali swój biały, lśniący puch, spoglądając na Suzerena Wiązki i Szponu. Wreszcie admirał nastroszył upierzenie i wszedł na podium, by się do nich przyłączyć.
— Wdać się w walkę na powierzchni oznaczałoby koszty, oznaczałoby wydatki. Ale byłby to czyn honorowy, godny podziwu. — Trzeci czynnik decyduje, przeważa szalę głosu. To szkolenie potrzebne Żołnierzom Szponu. Szkolenie w walce z oddziałami dzikusów.— Siły naziemne zaatakują ich, wiązka przeciw wiązce, ręka przeciw szponowi.
Sprawa była rozstrzygnięta. Pułkownik-jastrząb Żołnierzy Szponu zasalutował i pognał wykonać rozkaz.
Rzecz jasna, ta decyzja podniosła nieco pozycję grzędy Poprawności, a obniżyła Rozwagi. Walka o dominację dopiero się jednak rozpoczęła.
Tak to wyglądało u ich dalekich przodków, zanim Gooksyu zamienili prymitywnych pra-Gubru w gwiezdnych wędrowców. Ich opiekunowie postąpili mądrze. Zachowali starożytne wzorce zachowania, ukształtowali je i rozszerzyli, tworząc użyteczną, logiczną formę rządu, przydatną dla rozumnej rasy.
Niemniej część dawnej funkcji pozostała. Suzeren Wiązki i Szponu i zadrżał, gdy napięcie wywołane sporem zelżało. Choć wszyscy trzej byli jeszcze całkiem bezpłciowi, admirał poczuł przez chwilę dreszcz, który miał charakter dogłębnie, całkowicie seksualny.
21. Fiben i Robert
Obie ekipy ratunkowe spotkały się ze sobą, gdy pokonały już ponad milę drogi wiodącej ku górnej przełęczy. Było to smutne spotkanie. Trójka, która rano ruszyła w drogę z Benjaminem, była zbyt zmęczona, by zrobić coś więcej niż tylko skinąć głową przybitej grupie wracającej z miejsca katastrofy.
Jednakże para uratowanych zakrzyknęła radośnie na swój widok.
— Robert! Robert Oneagle! Kiedy cię wypuścili ze szkółki? Czy twoją mamusia wie, że tu jesteś?
Ranny szym wspierał się na zaimprowizowanej kuli. Miał na sobie przypalone szczątki wystrzępionego ubioru pokładowego TAASF. Robert spojrzał na niego w górę z noszy i uśmiechnął się mimo oszołomienia wywołanego środkiem znieczulającym.
— Fiben! Na imię Goodall, to ty spadłeś, fajcząc się, z nieba? To do ciebie podobne. Nieźle narozrabiałeś. Skopałeś łódź wywiadowczą wartą dziesięć megakredytów!
Fiben wywrócił oczyma.
— Powiedz raczej pięć. To była stara balia, choć nie mogłem na nią narzekać.
Robert poczuł ukłucie osobliwej zazdrości.
— I co? Zdaje się, że dostaliśmy wtłuki.
— Można to tak określić. Jeden na jednego walczyliśmy nieźle. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby było nas wystarczająco wielu. Robert wiedział, co jego przyjaciel ma na myśli.
— Chcesz powiedzieć, że nie ma granic tego, co można osiągnąć, gdy ma się do dyspozycji…
— Nieskończoną liczbę małp? — przerwał mu Fiben. Jego parsknięcie było czymś mniej niż śmiech, lecz więcej niż ironiczny uśmiech.
Pozostałe szymy mrugały skonsternowane. Żarty na tym poziomie były dla nich odrobinę zbyt trudne, lecz jeszcze bardziej niepokojące było to, z jaką beztroską szen przerywał człowiekowi, który był synem Koordynatora Planetarnego!
— Żałuję, że nie było mnie wtedy z tobą — stwierdził z powagą Robert.
Fiben wzruszył ramionami.
— Tak, Robercie. Wiem o tym. Ale wszyscy mieliśmy swoje rozkazy.
Przez dłuższą chwilę zachowywali milczenie. Fiben znał Megan Oneagle wystarczająco dobrze i solidaryzował się z Robertem.
— Cóż, myślę, że czeka nas obu robota w górach. Wyznaczono nas do zajmowania łóżek i nękania pielęgniarek — Fiben westchnął, spoglądając na południe. — Pod warunkiem, że zdołamy znieść świeże powietrze — popatrzył w dół, na Roberta. — Te szymy opowiedziały mi o ataku na centrum. To brzmiało groźnie.
— Clennie pomoże im doprowadzić wszystko do porządku — odparł Robert. Zaczynał tracić świadomość. Najwyraźniej znieczulono go aż po delfini otwór nosowy. — Ona wie dużo… dużo więcej niż jej się zdaje.
Fiben słyszał o córce tymbrimskiego ambasadora.
— Jasne — zgodził się cichym głosem, gdy pozostali ponownie unieśli nosze. — Nieziemniaczka doprowadzi wszystko do porządku. Najpewniej skończy się na tym, że ta twoja dziewczyna wyśle wszystkich do kicia, nie zważając na inwazję!
Robert był już jednak daleko. Fiben odniósł nagle niepokojące wrażenie. Wydało mu się, że oblicze ludzkiego mela nie miało już w pełni terrańskiego charakteru. Jego senny uśmiech był odległy i dotknięty przez coś… nieziemskiego.
22. Athaclena
Do ośrodka wróciła wielka liczba szymów ściągających z lasu, gdzie kazano im się ukryć. Frederick i Benjamin skierowali je do pracy przy rozbiórce i podpalaniu budynków oraz ich zawartości. Athaclena i jej dwóch pomocników ganiali z jednego miejsca na drugie, z uwagą rejestrując wszystko przed podłożeniem ognia.
Była to ciężka praca. Nigdy w swym życiu córka dyplomaty nie czuła się równie zmęczona. Mimo to nie mogła pozwolić, by choć najmniejszy skrawek dowodów nie został zarejestrowany. To była sprawa obowiązku.
Około godzinę przed zmierzchem na teren obozowiska przybył kontyngent goryli. Były one większe, ciemniejsze, bardziej pochylone i podobniejsze do dzikich zwierząt niż pilnujące ich szymy. Pod starannym nadzorem zajęły się prostymi zadaniami, pomagając w niszczeniu jedynego domu, jaki w życiu znały.