Выбрать главу

Zbite z tropu przyglądały się, jak ich Ośrodek Szkoleniowo-Egzaminacyjny oraz Kwatery Podopiecznych zamieniały się w żużel. Kilka z nich próbowało nawet powstrzymać zniszczenie. Stawały drodze mniejszym, pokrytym sadzą szymom i poruszały energicznie dłońmi, wykonując znaki migowe, by im powiedzieć, że czynią źle.

Athaclena rozumiała, że z ich punktu widzenia nie było w tym logiki. Niemniej jednak postępowanie istot należących do klasy opiekunów często wydawało się głupie.

Wreszcie wielcy przedpodopieczni stanęli pośród kłębów dymu z małymi stosami u stóp. Zsypali na nie swój osobisty majątek — zabawki, pamiątki oraz proste narzędzia. Wpatrywali się tępo w ruiny, nie wiedząc co robić dalej.

O zmierzchu Athaclena była już niemal doszczętnie wyczerpana emocjami przepływającymi przez teren ośrodka. Siedziała na pniaku drzewa, pod wiatr od płonących kwater podopiecznych, nasłuchując niskich, chrapiących jęków wielkich małp. Jej pomocnicy spoczęli ciężko w pobliżu ze swymi kamerami i torbami pełnymi próbek, wpatrzeni w obraz zniszczenia. Migotliwe płomienie odbijały się w białkach ich oczu.

Athaclena wycofała swą koronę, a jedynym, co była w stanie kennować, był Glif Jedności — połączenie, w którym uczestniczyły wszystkie istoty w leśnej dolinie. Nawet ten obraz tła mrugał i migotał. Widziała go na sposób metaforyczny — jako żałosnego i obwisłego, niczym smętna flaga o wielu barwach.

Było to honorowe — przyznała niechętnie. Ci uczeni pogwałcili traktat, nie można ich jednak było oskarżyć o robienie czegoś naprawdę sprzecznego z naturą.

Według wszelkich realnych kryteriów goryle były tak samo gotowe do Wspomagania jak szympansy na sto ziemskich lat przed Kontaktem. Gdy jednak ten ostatni wprowadził ludzi w obręb ga-| laktycznego społeczeństwa, zostali zmuszeni do kompromisów, Oficjalnie traktat dzierżawny, który potwierdził ich prawa do ojczystego świata, miał zadbać o to, by lista pozostawionych odłogiem ziemskich gatunków pozostała nie naruszona i zapasy Potencjału Rozumności tej planety nie zostały zużyte zbyt szybko.

Wszyscy jednak wiedzieli, że mimo legendarnych skłonności prymitywnych ludzi do masowej eksterminacji. Ziemia wciąż była niezwykłym przykładem genetycznej różnorodności, posiadającym rzadko spotykany zakres typów i form nietkniętych przez galaktyczną cywilizację.

Ponadto… kiedy przedrozumny gatunek był gotowy do Wspomagania, to był gotowy, i już!

Nie, było jasne, że traktat wymuszono na ludziach w chwili ich słabości. Przyznano im prawa do neodelfinów i neoszympansów — gatunków, które posunęły się już daleko na drodze do rozumności jeszcze przed Kontaktem. Starsze klany nie miały jednak zamiaru pozwolić, by Homo sapiens wspomagał więcej gatunków niż ktokolwiek inny!

To by przecież dało dzikusom status starszych opiekunów!

Athaclena westchnęła.

Z pewnością było to niesprawiedliwe. Ten fakt jednak nie miał znaczenia. Galaktyczne społeczeństwo opierało się na dotrzymywaniu przysiąg. Traktat był solenną obietnicą złożoną przez jeden gatunek drugiemu. Nie można było nie zameldować o jego pogwałceniu.

Żałowała, że nie ma tu jej ojca. Uthacalthing wiedziałby, jak się ustosunkować do tego, czego świadkiem była — pełnej dobrych intencji pracy tego nielegalnego ośrodka i nikczemnych, lecz być może legalnych działań Gubru.

Uthacalthing był jednak daleko, tak daleko, że nie mogła go dosięgnąć nawet za pośrednictwem Sieci Empatycznej. Jedyne, co była w stanie wyczuć, to fakt, że jego specyficzny rytm wciąż wibrował słabo na poziomie nahakieri. Choć dawało to jej pocieszenie, gdy mogła zamknąć oczy i uszy wewnętrzne, by kennować go delikatnie, owo słabe wspomnienie o nim nie mówiło jej wiele. Esencje nahakieri mogły się utrzymywać długi czas po tym, jak dana osoba opuściła już ten świat, jak miało to miejsce w przypadku jej zmarłej matki, Mathicluanny. Unosiły się one, niczym pieśni ziemskich wielorybów, na pograniczu tego, co mogły poznać istoty, których tycie oparte było na rękach i ogniu.

— Przepraszam panią — szorstki głos, który był niczym więcej niż tylko chrapliwym warknięciem, przebił się przez słaby glif tła, rozpraszając go. Athaclena potrząsnęła głową. Otworzywszy oczy, ujrzała neoszympansa z futrem pokrytym sadzą i ramionami pochylonymi ze zmęczenia.

— Proszę pani? Dobrze się pani czuje?

— Tak. Nic mi nie jest. O co chodzi?

Anglie drażnił nieprzyjemnie jej gardło, obolałe już od dymu i zmęczenia.

— Dyrektorzy chcą się z panią zobaczyć.

Ale rozmowny typ. Athaclena ześliznęła się z pniaka. Jej pomocnicy jęknęli w typowy dla szymów, teatralny sposób, zebrali swe taśmy i próbki, a następnie podążyli za nią.

Przy rampie załadowczej stało kilka powietrznych ciężarówek. Szymy i goryle wnosiły nosze do latających wehikułów, które następnie wzbijały się w zapadającą noc z cichym brzęczeniem grawitorów. Ich światła oddalały się w kierunku Port Helenia.

— Myślałam, że wszystkie dzieci i osoby starsze już ewakuowano. Dlaczego nadal ładujecie ludzi w takim pośpiechu?

Goniec wzruszył ramionami. Przeżyte dziś napięcie pozbawiło wiele szymów typowej dla nich iskry. Athaclena była pewna, że jedynie obecność goryli — którym musiały służyć przykładem — zapobiegła masowemu atakowi wywołanemu stresem atawizmu. Jak na tak młody gatunek podopieczny szymy spisywały się jednak zaskakująco dobrze.

Sanitariusze wybiegali ze szpitalika i wpadali do niego, rzadko jednak zawracali głowę bezpośrednio obu ludzkim dyrektorom. Neoszympansi uczony, doktor Schultz, stał przed nimi i — jak się zdawało — załatwiał większość spraw osobiście. U jego boku szyma Fredericka zastąpił dawny towarzysz Athacleny, Benjamin.

Na pobliskim pomoście spoczywał niewielki stos dokumentów oraz sześcianów rejestrujących. Zawierały one genealogię oraz dossier genetyczne wszystkich goryli, jakie kiedykolwiek żyły w ośrodku.

— Och, szanowna Tymbrimka Athaclena — odezwał się Schultz. W jego głosie nie było niemal śladu zwykłego dla szymów pomruku. Pokłonił się, po czym uścisnął jej dłoń na sposób lubiany przez jego rasę — pełny uścisk podkreślający przeciwstawny kciuk.

— Proszę nam wybaczyć naszą marną gościnność — poprosił. — Mieliśmy zamiar wydać specjalną kolację z głównej kuchni… coś w rodzaju uroczystego pożegnania. Obawiam się jednak, że będziemy się musieli zadowolić racjami z puszek.

Podeszła do nich mała szymka dźwigająca tacę zastawioną szeregiem pojemników.

— Doktor Ełayne Soo jest naszą dietetyczką — ciągnął Schultz. — Powiedziała mi, że te smakołyki powinny pani odpowiadać.

Athaclena wytrzeszczyła oczy. Koothra! Tutaj, w odległości pięciuset parseków do domu, znalazła ciasto do natychmiastowego przyrządzenia produkowane w jej rodzinnym mieście. Nie mogła się powstrzymać od roześmiania się w głos.

— Załadowaliśmy pełen zapas tego, plus inne towary, na pani latadło. Rzecz jasna, radzimy, by porzuciła pani wehikuł, gdy tylko się pani stąd oddali. Nie upłynie wiele czasu, zanim Gubru uruchomią własną sieć satelitów. Od tej chwili podróże powietrzne staną się niepraktyczne.

— Lot w kierunku Port Helenia nie będzie niebezpieczny — wskazała Athaclena. — Gubru przez wiele dni będą się spodziewać napływu ludzi pragnących otrzymać antidotum — wskazała ręką na gorączkową aktywność. — Wyczuwam, że jesteście tak bliscy paniki, dlaczego? Dlaczego ewakuujecie ludzi w takim pośpiechu? Kto…