Choć Schultz wyglądał, jakby obawiał się jej przerwać, odkaszlnął jednak i potrząsnął znacząco głową. Benjamin spojrzał na Athaclenę błagalnie.
— Proszę, ser — zwrócił się do niej cichym głosem Schultz. — Proszę mówić cicho. Większość naszych szymów nie domyśliła się… — nie dokończył zdania.
Athaclena poczuła, że przez jej kołnierz przebiegł zimny dreszcz. Po raz pierwszy przyjrzała się uważniej obu ludzkim dyrektorom, Tace i M’Bzwellemu. Przez cały czas milczeli, kiwając głowami, jak gdyby rozumieli i aprobowali wszystko, co powiedziano.
Czarna kobieta, doktor Taka, uśmiechnęła się do niej, nie mrugając oczami. Korona Athacleny sięgnęła ku niej, po czym zwinęła się z obrzydzenia.
Odwróciła się błyskawicznie w stronę Schultza.
— Zabijacie ją!
Schultz skinął głową z nieszczęśliwą miną.
— Proszę, ser. Cicho. Oczywiście ma pani rację. Podałem moim drogim przyjaciołom narkotyk, by tworzyli fasadę, dopóki moi nieliczni dobrzy szymscy administratorzy nie uporają się z robotą i nie odeślą naszych ziomków bez wywołania paniki. Zrobiłem to na ich żądanie. Doktor Taka i doktor M’Bzwelli czuli, że ich stan zbyt szybko się pogarsza pod wpływem gazu — dodał smutnym, słabym tonem.
— Nie musieliście wykonywać ich poleceń! To morderstwo!
Benjamin był wstrząśnięty. Schultz skinął głową.
— To nie było łatwe. Szym Frederick nie potrafił znieść tego wstydu nawet przez tak krótki czas i poszukał ukojenia. Ja również zapewne wkrótce odebrałbym sobie życie, gdyby moja śmierć nie była i tak już równie nieunikniona jak śmierć moich ludzkich kolegów.
— Co masz na myśli?
— To, że Gubru najwyraźniej nie są zbyt dobrymi chemikami! — postarzały neoszympans roześmiał się z goryczą. Jego śmiech przeszedł w kaszel. — Ich gaz zabija niektórych ludzi. Działa szybciej niż zapowiadali. Wydaje się też wpływać na niektórych spośród nas, szymów.
Athaclena wciągnęła powietrze.
— Rozumiem. Wolałaby nie rozumieć.
— Jest jeszcze jedna sprawa, o której — jak sądzimy — powinniśmy panią powiadomić. Chodzi o komunikat nadany przez najeźdźców — oznajmił Schultz. — Niestety, był w trzecim galaktycznym, gdyż Gubru mają anglic w pogardzie, a nasz program tłumaczący jest prymitywny. Wiemy jednak, że dotyczył pani ojca.
Athaclena czuła się oddalona, jak gdyby unosiła się ponad tym wszystkim. W tym stanie jej odrętwiałe zmysły rejestrowały przypadkowe szczegóły. Kennowała prosty ekosystem lasu — małe miejscowe zwierzęta skradające się z powrotem do doliny, marszczące losy pod wpływem gryzącej woni pyłu. Unikały terenów położonych blisko ośrodka ze względu na wciąż tlące się tam ognie.
— Tak — skinęła głową w zapożyczonym geście, który nagle znowu wydał się jej obcy. — Proszę mi powiedzieć. Schultz odkaszlnął.
— Cóż, wygląda na to, że widziano, jak gwiezdny krążownik pani ojca opuszczał planetę. Ścigały go statki wojenne. Gubru podają, że nie dotarł do punktu transferowego. Rzecz jasna, nie można wierzyć w to, co mówią…
Jej biodra zakołysały się lekko i nierytmicznie. Athaclena zachwiała się. Odwołana żałoba — niczym drżenie warg ludzkiej dziewczyny, która zaczynała czuć nieutulony żal.
Nie. Nie będę teraz o tym myśleć. Później. Później postanowię, co mam czuć.
— Rzecz jasna, udzielimy pani wszelkiej leżącej w naszych możliwościach pomocy — ciągnął spokojnie szym Schultz. — Pani latadło jest wyposażone w broń, a także żywność. Jeśli pani sobie życzy, może pani polecieć tam, gdzie zabrano pani przyjaciela, Roberta Oneagle’a. Mamy jednak nadzieję, że zechce pani na pewien czas pozostać z ewakuowanymi, przynajmniej do chwili, gdy goryle zostaną bezpiecznie ukryte w górach, pod opieką jakichś posiadających odpowiednie kwalifikacje ludzi, którzy mogli się uratować.
Schultz spojrzał na nią poważnie brązowymi oczyma pełnymi smutku i udręki.
— Wiem, że prosimy o bardzo wiele, czcigodna Tymbrimko Athacleno, ale czy zaopiekuje się pani na razie naszymi dziećmi, gdy udadzą się na wygnanie na pustkowie?
23. Wygnanie
Brzęczący łagodnie grawilot unosił się ponad nierównym szeregiem ciemnych grzbietów skalistych grani. Krótkie, południowe cienie zaczęły się ponownie wydłużać, gdy Gimelhai minęła zenit. Wehikuł usiadł w półmroku pomiędzy kamiennymi grzbietami. Jego silniki zamruczały i umilkły.
Posłaniec czekał na pasażerów w umówionym miejscu. Gdy Athaclena wyszła z maszyny, szym wręczył jej list. Benjamin tymczasem szybko rozpostarł ponad małym latadłem chroniący przed radarem kamuflaż.
W dostarczonym liście Juan Mendoza, posiadacz gospodarstwa leżącego nad Przełęczą Lorne meldował o bezpiecznym przybyciu Roberta Oneagle’a oraz małej Aprii Wu. Robert wracał do zdrowia, twierdził przekaz. Za jakiś tydzień będzie mógł wstać z łóżka.
Athaclena odczuła ulgę. Bardzo gorąco pragnęła zobaczyć się z Robertem i to nie tylko dlatego, iż potrzebna była jej rada, jak pokierować obdartą bandą uchodźców — goryli i neoszympansów.
Niektóre z szymów z Centrum Howlettsa — te na które podziałał gubryjski gaz — udały się do miasta razem z ludźmi w nadziei, że zgodnie z obietnicą otrzymają antidotum… i że ono zadziała. Athaclenie została do pomocy jedynie garstka naprawdę odpowiedzialnych szymskich techników.
Być może zjawi się więcej szymów — powiedziała sobie — a może nawet jacyś przedstawiciele ludzkich władz, którzy uciekli przed zagazowaniem przez Gubru. Miała nadzieję, że wkrótce pojawi się jakiś reprezentant rządu, by przejąć dowództwo.
Następna wiadomość z gospodarstwa Mendozów była napisana przez ocalonego z bitwy w kosmosie szyma. Ów członek milicji domagał się pomocy w nawiązaniu kontaktu z ruchem oporu.
Athaclena nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Wczoraj, w późnych godzinach nocnych, gdy wielkie statki opadły na Port Helenia i miasta archipelagu, odbywano gorączkowe rozmowy telefoniczne i radiowe pomiędzy najróżniejszymi miejscami na całej planecie. Meldowano o naziemnych starciach w kosmoporcie. Niektórzy podawali, że przez pewien czas toczyła się nawet walka ręcz. Potem zapadła cisza i gubryjska armada ugruntowała swe panowanie bez dalszych incydentów.
Wydawało się, że w ciągu połowy dnia plany oporu, tak starannie przygotowane przez Radę Planetarną, załamały się kompletnie. Wszelkie ślady hierarchii dowodzenia zniknęły, gdyż nikt nie przewidział użycia gazu szantażującego. Jak można było cokolwiek zrobić, skoro niemal każdy człowiek na planecie został w tak prosty sposób wyłączony z akcji?
Tu i ówdzie rozproszone szymy próbowały się zorganizować, głównie za pośrednictwem telefonów. Niewiele z nich jednak sprecyzowało coś więcej niż najbardziej mgliste plany.
Athaclena schowała kartki papieru i podziękowała posłańcowi. W ciągu godzin, jakie upłynęły od chwili ewakuacji, zaczęła odczuwać zachodzącą w niej zmianę. To, co wczoraj było dezorientacją i żalem, zamieniło się w zawziętą determinację.
Wytrwam. Uthacalthing oczekiwałby tego ode mnie. Nie zawiodę go.
Gdziekolwiek będę, nieprzyjaciel w pobliżu będzie miał się z pyszna.
Rzecz jasna, zachowa także dowody, które zebrała. Któregoś dnia może nadarzyć się okazja, by przedstawić je tymbrimskim władzom. Da to jej rodakom sposobność udzielenia ludziom badzo im potrzebnej lekcji tego, jak powinien się zachowywać galaktyczny gatunek opiekunów, zanim będzie za późno.
O ile już nie było za późno.
Benjamin stanął obok niej na pochyłym stoku grani.