— Tam! — wskazał na rozciągającą się u ich stóp dolinę. — Tam są. Przybyli na czas.
Athaclena osłoniła oczy dłonią. Jej korona sięgnęła do przodu i dotknęła otaczającej ją sieci. Tak. Teraz ja również ich widzę.
Długa kolumna postaci posuwała się przez las poniżej. Niewielka liczba małych kształtów brązowego koloru eskortowała liczniejszy szereg większych i ciemniejszych sylwetek. Każde z potężnych stworzeń dźwigało wypchany plecak. Kilka z nich wlokąc się przed siebie, opadało na knykcie jednej z rąk. Dzieci goryli biegały pomiędzy dorosłymi, wymachując rękoma dla równowagi. Eskortujące je szymy pełniły czujną straż, trzymając blisko siebie karabiny wiązkowe. Kierowały swą uwagę nie na kolumnę czy las, lecz na niebo.
Ciężki sprzęt dotarł już okrężną drogą do wapiennych jaskiń w górach, exodus nie będzie jednak bezpieczny, dopóki wszyscy uchodźcy nie znajdą się wreszcie w tych podziemnych redutach.
Athaclena zastanawiała się, co się teraz dzieje w Port Helenia czy na zasiedlonych przez Ziemian wyspach. Najeźdźcy wspomnieli o próbie ucieczki tymbrimskiego statku kurierskiego jeszcze dwukrotnie, po czym przestali o tym mówić.
Jeśli nawet nie zdoła osiągnąć nic innego, musi sprawdzić, czy jej ojciec przebywa na Garthu i czy żyje.
Dotknęła medalionika zawieszonego na cienkim łańcuszku na jej szyi, maleńkiej szkatułki zawierającej spadek po matce — pojedynczą nitkę z korony Mathicluanny. Było to marne pocieszenie, lecz od Uthacalthinga nie otrzymała nawet tego.
Och, ojcze. Jak mogłeś mnie puścić, nie pozostawiając mi nawet swojego pasemka, by służyło mi za przewodnika?
Kolumna ciemnych postaci zbliżyła się szybko. Gdy przechodziły obok, z doliny dobiegło coś w rodzaju niskiej, przypominającej pomruk półmuzyki. Nie przypominała ona niczego, co Athaclena słyszała do tej pory. Siłę te stworzenia miały zawsze, a Wspomaganie usunęło także część ich dobrze znanej delikatności. Ich przeznaczenie jak dotąd pozostawało niejasne, lecz były to rzeczywiście potężne istoty.
Athaclena nie miała zamiaru zachowywać się biernie, służyć po prostu za niańkę dla bandy przedrozumnych istot i włochatych podopiecznych. Jeszcze jedną cechą łączącą Tymbrimczyków z ludźmi było rozumienie potrzeby działania, gdy działo się zło. List od rannego szymskiego astronauty pobudził ją do myślenia.
Zwróciła się do swego adiutanta.
— Nie władam biegle językami Ziemi, Benjaminie. Brakuje mi słowa. Słowa określającego niezwykły rodzaj sił zbrojnych. Mam na myśli armię, która przemieszcza się nocą, skryta w mroku. Która uderza szybko i w milczeniu, by zaskoczeniem nadrobić niewielką liczbę i marne uzbrojenie. Pamiętam, że czytałam, iż podobne oddziały były często spotykane w przed kontaktowej historii Ziemi. Używali wtedy konwencji tak zwanych cywilizowanych legionów, kiedy im to odpowiadało, ale kiedy zechcieli, wprowadzali innowacje. To byłaby k’chu-non krann, armia dzikusów, niepodobna do niczego, co znane jest dzisiaj. Czy rozumiesz, o czym mówię, Benjaminie? Czy jest jakieś słowo na określenie tego, co mam na myśli?
— Czy chodzi pani…? — Benjamin spojrzał szybko w dół na kolumnę małp, które nie ukończyły jeszcze procesu Wspomagania. Posuwały się one ociężale przez rozciągający się w dole las, śpiewając swą dudniącą, niską, niezwykłą pieśń marszową.
Potrząsnął głową, najwyraźniej starając się zapanować nad sobą, lecz jego twarz poczerwieniała i wreszcie rubaszny śmiech niemożliwy do powstrzymania wyrwał się na zewnątrz. Benjamin zaczął pohukiwać. Oparł się o kamienny szpikulec, po czym padł na plecy. Tarzał się w gruncie Garthu i kopał nogami w powietrzu, śmiejąc się w głos.
Athaclena westchnęła. Najpierw na Tymbrimie, potem pomiędzy ludźmi, a teraz tutaj, wśród najmłodszych, najbardziej nieokrzesanych podopiecznych — wszędzie znajdowała dowcipnisiów.
Patrzyła cierpliwie na szympansa, czekając aż mały głuptas odzyska dech i wreszcie wyjaśni jej, co mu się wydało takie zabawne.
CZĘŚĆ DRUGA PATRIOCI
24. Fiben
Wysokie, patykowate, przypominające bociany postacie obserwowały drogę z dachu ciemnego, przysadzistego bunkra. Ich sylwetki, widoczne na tle późnopopołudniowego słońca, były w nieustannym ruchu. Nerwowo przestępowały z nogi na nogę, jak gdyby najsłabszy dźwięk mógł spowodować, że rzucą się do ucieczki.
Poważne stworzenia, te ptaki. I niebezpieczne jak diabli.
To nie ptaki — tłumaczył sobie Fiben, zbliżając się do punktu kontrolnego. Przynajmniej nie w ziemskim sensie tego słowa.
Była to jednak zadowalająca analogia. Ich ciała pokryte były delikatnym puchem. Ostre, jaskrawożółte dzioby sterczały z gładkich, przesuniętych do tyłu twarzy.
Ponadto, choć ich pradawne skrzydła nie były teraz niczym więcej niż szczupłymi, pokrytymi piórami ramionami, Gubru potrafili latać. Czarne, lśniące plecaki antygrawitacyjne wynagradzały z nawiązką stratę poniesioną przez ich ptasich przodków tak dawno temu.
Żołnierze Szponu. Fiben wytarł dłonie o szorty, nadal jednak były one wilgotne od potu. Kopnął kamyk jedną z nagich stóp i poklepał w bok swego pociągowego konia. Łagodne zwierzę zaczęło skubać kępę miejscowej niebieskiej trawy rosnącej na poboczu.
— Chodź już, Tycho — ponaglał go Fiben, ciągnąc za wodze. — Nie możemy się ociągać, bo zaczną coś podejrzewać. Poza tym sam wiesz, że od tego świństwa cię wzdyma.
Tycho potrząsnął masywną, siwą głową i pierdnął głośno.
— A nie mówiłem — powiedział Fiben, wymachując ręką.
Tuż za koniem w powietrzu unosił się śmigacz towarowy. Pobijana, na wpół przerdzewiała otwarta rolnicza ciężarówka załadowana była pełnymi ziarna workami z szorstkiej juty. Najwyraźniej stojan antygrawitatora jeszcze działał, lecz silnik napędowy był zepsuty.
— No, chodź. Jedziemy dalej — Fiben szarpnął ponownie. Tycho skinął dziarsko głową, jak gdyby koń pociągowy naprawdę rozumiał. Postronki naprężyły się i antygrawitacyjna ciężarówka ruszała za nimi, huśtając się, w stronę punktu kontrolnego.
Wkrótce jednak zawodzący dźwięk dobiegający z przodu ostrzegł ich, że coś się zbliża. Fiben pośpiesznie sprowadził konia wraz z wehikułem na pobocze. Opancerzony poduszkowiec przemknął obok nich z wysokim jękiem, któremu towarzyszył podmuch powietrza. Podobne maszyny pędziły od czasu do czasu na wschód — pojedynczo lub parami — przez cały dzień.
Fiben popatrzył uważnie, by się upewnić, że nic innego się nie zbliża, zanim wprowadził Tycho z powrotem na drogę. Jego ramiona przygarbiły się nerwowo. Koń parsknął, czując coraz silniejszy, nieznany mu zapach najeźdźców.
Stój!
Fiben poderwał się mimo woli. Wzmocniony głos był mechaniczny, bezbarwny i nieugięty.