Выбрать главу

Było w niej kilka bram, przez które miejskiej populacji szymom najwyraźniej wolno było przechodzić w obie strony bez przeszkód, nie przyciągając niczyjej uwagi. Nie mogły one jednak nie czuć się zastraszone przez tę nagle wzniesioną nową przeszkodę. Być może to właśnie był jej podstawowy cel.

Fiben zastanawiał się, w jaki sposób Gubru mogliby wykonać ten numer, gdyby stolica była prawdziwym miastem, a nie tylko niewielką osadą na rolniczym świecie kolonialnym.

Zadał sobie też pytanie, gdzie trzymają ludzi.

Był już zmierzch, gdy mijał szeroki pas sięgających kolan pniaków drzew, w odległości stu metrów od wzniesionych przez nieziemców ogrodzenia. Na tym terenie uprzednio mieścił się park, teraz jednak na całym obszarze dzielącym Fibena od ciemnej wieży strażniczej i otwartej bramy na ziemi leżały tylko rozłupane kawałki drewna.

Fiben przygotował się na takie samo badanie, jak wcześniej na punkcie kontrolnym, ku jego zaskoczeniu nikt jednak go nie zatrzymał. Wąska plama światła padała na drogę z dwóch umieszczonych na kolumnach reflektorów. Z tyłu Fiben dostrzegał ciemne, kanciaste budynki. Słabo oświetlone ulice najwyraźniej były opustoszałe.

Cisza sprawiała niesamowite wrażenie. Fiben przygarbił ramiona i powiedział półgłosem:

— No, chodź, Tycho. Bez hałasu.

Koń parsknął i pociągnął powoli ciężarówkę obok stalowoszarego bunkra.

Mijając budynek, Fiben odważył się zapuścić do środka przelotne spojrzenie. Stała tam para strażników, każdy wsparty na jednej, pokrytej zgrubieniami, cienkiej jak patyk nodze. Ich ostre ptasie dzioby skryte były w miękkim puchu pod lewymi pachami. Na stelażu obok nich, przy stosie standardowych galaktycznych łącznic taksowych leżały dwa szablokarabiny.

Wyglądało na to, że obaj Żołnierze Szponu smacznie sobie spali!

Fiben zaczął węszyć. Jego płaski nos raz jeszcze zmarszczył się pod wypływem przesadnie słodkiego aromatu nieziemców. Nie pierwszy już raz dostrzegł oznaki słabości w rzekomo niezwyciężonej potędze gubryjskich fanatyków. Do tej pory wszystko przychodziło im łatwo — zbyt łatwo. Skoro niemal wszyscy ludzie zostali pochwyceni i zneutralizowani, najeźdźcy najwyraźniej sądzili, że zagrożenie może nadejść jedynie z kosmosu. To niewątpliwie był powód, dla którego wszystkie fortyfikacje, jakie widział, skierowane były ku górze, zaś zabezpieczenie przed atakiem z powierzchni było niewielkie lub zgoła żadne.

Fiben pogłaskał ręką skryty w pochwie u pasa nóż. Czuł pokusę, by zakraść się na posterunek, przemykając się pod łatwo dostrzegalnymi wiązkami alarmowymi i dać Gubru nauczkę za ich samozadowolenie.

Impuls minął. Fiben potrząsnął głową.

Później — pomyślał — gdy przyniesie im to większą szkodę.

Poklepał Tycho w szyję, przeprowadził konia przez oświetlony obszar w pobliżu posterunku, minął bramę i wszedł do przemysłowej dzielnicy miasta. Na ulicach pomiędzy magazynami i fabrykami panowała cisza. Tu i ówdzie widać było nieliczne szymy śpieszące się gdzieś w jakiejś sprawie pod nadzorem przemykających od czasu do czasu gubryjskich ślizgaczy patrolowych.

Zadając sobie wiele trudu, by go nie zauważono, Fiben przemknął w boczny zaułek. Znalazł tam pozbawiony okien magazyn położony niedaleko od jedynej w kolonii odlewni żelaza. Na jego wypowiedziane szeptem naleganie Tycho wciągnął unoszący się w powietrzu wóz w cienie obok tylnego wejścia do magazynu. Warstwa kurzu świadczyła o tym, że kłódki nie ruszano od tygodni. Fiben przyjrzał się jej z bliska.

— Hmmm.

Wyjął szmatkę z fartuszka, który miał u pasa, i owinął nią wrzeciądz zamka. Ujął go mocno w obie dłonie, zamknął oczy i policzył do trzech, zanim szarpnął z całej siły w dół.

Zamek był mocny, lecz — zgodnie z jego podejrzeniami — rygiel w drzwiach przerdzewiał. Pękł ze stłumionym trzaskiem. Fiben pośpiesznie otworzył zamek i popchnął wrota po szynach. Tycho podążył spokojnie za nim do pogrążonego w mroku wnętrza, ciągnąc za sobą ciężarówkę. Fiben rozejrzał się wokół, by zapamiętać rozmieszczenie potężnych pras i maszyn do obróbki metalu, zanim pognał z powrotem do drzwi, by zamknąć je na nowo.

— Nic ci się nie stanie — powiedział łagodnym tonem, wyprzęgając zwierzę. Wyciągnął z ciężarówki worek owsa i rozsypał go na ziemi, po czym napełnił kadź wodą z pobliskiego kranu. — Wrócę, jeśli zdołam — dodał. — Gdybym nie wrócił przez parę dni, ciesz się tym owsem, a potem zacznij rżeć. Jestem pewien, że ktoś będzie tędy przechodził.

Tycho machnął ogonem i podniósł wzrok sponad owsa. Obdarzył Fibena przygnębionym spojrzeniem, po czym wydał z siebie kolejny cuchnący, gazowy komentarz.

— Hmmm — Fiben skinął głową, machając ręką, by odgonić smród. — Zapewne masz rację, stary przyjacielu. Idę jednak o zakład, że twoi potomkowie również będą się za bardzo przejmować, jeśli ktoś kiedykolwiek uszczęśliwi ich wątpliwym darem tak zwanej inteligencji.

Poklepał konia na pożegnanie i podbiegł susami do drzwi, by wyjrzeć na zewnątrz. Wyglądało na to, że jest czysto. Spokojniej nawet niż w ubogich genetycznie lasach Garthu. Latarnia nawigacyjna na szczycie Gmachu Terrageńskiego nadal się świeciła. Niewątpliwie najeźdźcy korzystali teraz z jej przewodnictwa w swych nocnych operacjach. Gdzieś z oddali dochodziło słabe, elektryczne brzęczenie.

Był już niedaleko od miejsca, w którym miał się spotkać ze swym łącznikiem. To była najbardziej ryzykowna część jego wypadu do miasta.

W ciągu dwóch dni, jakie upłynęły między początkowymi gubryjskimi atakami gazowymi a całkowitym opanowaniem przez najeźdźców wszystkich środków łączności, zgłoszono wiele zwariowanych pomysłów. Pośpieszne, gorączkowe rozmowy telefoniczne oraz komunikaty radiowe przenosiły je od Port Helenia poprzez archipelag aż po zapadłe okolice kontynentu. Podczas tego okresu ludzka populacja miała zupełnie co innego na głowie, zaś to, co pozostało z rządowej łączności, było zakodowane. Głównie szymy, działające z własnej inicjatywy, wypełniały eter pełnymi paniki domysłami i szalonymi planami — w większości przypadków przerażająco głupimi.

Fiben sądził, że to bardzo dobrze, gdyż niewątpliwie nieprzyjaciel już wtedy prowadził nasłuch. Ta histeria musiała potwierdzić jego opinię o neoszympansach.

Niemniej od czasu do czasu odzywały się głosy, które brzmiały rozsądnie. Ziarna ukryte wśród plew. Ludzka antropolog, doktor Taka, przed śmiercią zidentyfikowała wiadomość pochodzącą od jednej z jej dawnych podoktoranckich studentek — niejakiej Cailet Jones, zamieszkałej w Port Helenia. Pani generał postanowiła, że wyśle Fibena, by nawiązał kontakt z tą właśnie szymką.

Niestety, zamieszanie było potworne. Nikt poza doktor Taka nie wiedział, jak wygląda Jones, a zanim ktoś pomyślał, by ją o to zapytać, ludzka uczona już me żyła.

Fibenowi nie podobało się — w najlepszym razie — umówione miejsce spotkania oraz hasło.

Pewnikiem to nawet nie ta noc — gderał pod nosem.

Wyśliznął się na zewnątrz i ponownie zamknął drzwi, wstawiając zniszczony rygiel z powrotem na miejsce, tak że zamek ponownie zawisł w uchwytach. Pierścień był nachylony pod niewielkim kątem, mógł jednak oszukać kogoś, kto nie będzie się przyglądał zbyt uważnie.

Większy księżyc wzejdzie za jakąś godzinę. Fiben musiał się śpieszyć, jeśli miał zdążyć na spotkanie.

Bliżej centrum Port Helenia, lecz wciąż w „gorszej” części miasta, zatrzymał się na małym placu, by popatrzeć na światło bijące z wąskiego piwnicznego okna baru dla szymów z klasy pracującej. Ciężka, basowa muzyka sprawiała, że szyby drżały w drewnianych ramach. Fiben czuł jej wibrację podeszwami stóp nawet po drugiej stronie ulicy. Była to jedyna oznaka życia w odległości wielu przecznic we wszystkich kierunkach, jeśli nie liczyć cichych mieszkań, z których przyćmione światło przebijało się słabo przez szczelnie zaciągnięte zasłony.