Выбрать главу

Fiben skrył się w mroku, gdy nadleciał wirujący robot patrolowy, unoszący się na wysokości metra nad jezdnią. Wieżyczka przysadkowatej maszyny obróciła się, by namierzyć jego pozycję, w chwili, gdy robot go mijał. Czujniki musiały go wykryć jako łunę podczerwieni wśród skrytych we mgle drzew. Maszyna jednak ruszyła w dalszą drogę. Zapewne zidentyfikowała go jako zwykłego neoszympansa.

Fiben widział inne postacie o ciemnym futrze, które podobnie jak on sunęły przez ulice, garbiąc plecy. Najwyraźniej pustka w mieście była wywołana raczej względami psychologicznymi niż godziną policyjną. Siły okupacyjne nie egzekwowały tej ostatniej ściśle, gdyż wydawało się, że nie ma takiej potrzeby.

Wielu z tych, którzy nie siedzieli w domu, kierowało się do lokali podobnych do tego. Nosił on nazwę „Małpie Grono”. Fiben zmusił się, by przestać się drapać pod brodą, gdzie go uporczywie swędziało. Tego rodzaju przybytki lubili odwiedzać fizyczni robotnicy oraz nadzorowani — szymy, których przywileje rozrodcze były ograniczone przez Dekrety Wspomagania.

Istniały prawa wymagające nawet od ludzi korzystania z poradnictwa genetycznego, gdy zamierzali się rozmnażać. Dla ich podopiecznych — neodelfinów i neoszmpansów — przepisy były jednak daleko surowsze. W tej jednej dziedzinie zwykle liberalne terrańskie prawo ściśle przestrzegało galaktycznych standardów. W przeciwnym razie ludzie utraciliby na zawsze szymy i delfiny na rzecz jakiegoś starszego klanu. Ziemia była o wiele za słaba, by sprzeciwić się najbardziej szanowanej z tradycji.

Mniej więcej jedna trzecia populacji szymów posiadała zielone karty reprodukcyjne zezwalające im na kontrolę nad własną płodnością. Podlegały jedynie przewodnictwu Urzędu Wspomagania i mogły być ukarane, jeśli nie zachowały ostrożności. Szymy z szarymi i żółtymi kartami miały mniej swobody. Mogły, po przyłączeniu się do grupy małżeńskiej, wystąpić o zwrot nasienia lub komórek jajowych, które oddały na przechowanie Urzędowi w wieku młodzieńczym, zanim przeszły rutynową sterylizację. Mogły otrzymać pozwolenie, o ile osiągnęły w życiu coś znaczącego. Częściej jednak się zdarzało, że szymka z „żółtą kartą” donosiła i adoptowała embrion wzbogacony o następną generację „ulepszeń” wprowadzonych przez techników Urzędu.

Tym z czerwonymi kartami nie pozwalano nawet się zbliżać do szymskich dzieci.

Zgodnie z przedkontaktowymi standardami ten system mógłby się wydawać okrutny. Fiben jednak żył w nim od urodzenia. Na szybkiej ścieżce Wspomagania zawsze dokonywano manipulacji z pulą genową podopiecznego gatunku. Z szymami podczas tego procesu przynajmniej dokonywano konsultacji. Niewiele podopiecznych gatunków miało podobne szczęście.

Społecznym skutkiem ubocznym tego układu był jednak fakt pojawienia się wśród szymów klas. „Niebieskokartowcy”, tacy jak Fiben, nie byli zbyt mile widziani w lokalach w rodzaju „Małpiego Grona”.

Niemniej to właśnie miejsce wybrał jego kontakt. Nie dotarły żadne inne wiadomości, Fiben nie miał więc innego wyboru, jak udać się na miejsce spotkania, by sprawdzić, czy łącznik się zjawi, Zaczerpnął głęboko tchu. Wyszedł na ulicę i ruszył w stronę, z której dochodziła pełna grzmotów i trzasków muzyka.

Gdy tylko jego ręka dotknęła klamki, usłyszał szept dobiegający z półmroku po lewej stronie.

— Różowa?

W pierwszej chwili wydało mu się, że to wytwór jego wyobraź ni. Słowa jednak zabrzmiały ponownie, odrobinę głośniej.

— Różowa? Chcesz się zabawić?

Fiben wytrzeszczył oczy. Światło bijące z okna sprawiało, ze słabiej widział w ciemności, dostrzegł jednak przelotnie małą, małpie twarz o odrobinę dziecinnym wyrazie. Gdy szym uśmiechnął się rozbłysła na chwilę biel.

— Różowa? Zabawić się?

Wypuścił klamkę z ręki, niemal niezdolny uwierzyć swym uszom.

— Przepraszam?

Fiben postąpił krok naprzód. W tej samej jednak chwili drzwi otworzyły się i światło wraz z hałasem wylało się na ulicę. Kilka ciemnych kształtów pohukujących ze śmiechu i cuchnących nasiąkniętym piwem futrem odepchnęło go na bok, wychodząc na zewnątrz chwiejnym krokiem. Gdy towarzystwo wypadło już z lokali i drzwi zamknęły się ponownie, zamglony, ciemny zaułek był pusty. Mała, niewyraźna postać ulotniła się.

Fiben poczuł pokusę, by podążyć za nią, choćby tylko dla potwierdzenia, że rzeczywiście otrzymał taką propozycję, jak mu się wydawało. Dlaczego jednak, wysunąwszy ją, tak nagle się wycofano?

Najwyraźniej w Port Helenia zaszły zmiany. Co prawda Fiben nie był w lokalu takim, jak „Małpie Grono” od czasów college’u.

Jednakże stręczyciele grasujący w ciemnych zaułkach nie byli czymś często spotykanym, nawet w tej części miasta. Być może na Ziemi albo w starych holofilmach, ale tutaj, na Garthu?

Potrząsnął głową zakłopotany i otworzył drzwi, by wejść do środka.

Nozdrza Fibena rozwarły się pod wpływem gęstego aromatu piwa, wąchanego kwasu i mokrego futra. Zejście do klubu mogło odebrać odwagę ze względy na nagły, ostry blask stroboskopowych świateł, które co chwila oświetlały wyraźnie parkiet. Szalało na nim kilka ciemnych postaci wymachujących nad głowami czymś, co wyglądało jak małe drzewka. Ciężki, przenikający przez podeszwy stóp rytm łomotał ze wzmacniaczy ustawionych nad grupą kucających muzyków.

Klienci leżeli na trzcinowych matach i poduszkach, paląc, pijąc z papierowych butelek i wymieniając grubiańskie uwagi na temat występów tancerzy.

Fiben ruszył pomiędzy ciasno ustawionymi, niskimi stolikami z wikliny ku spowitemu w oparach dymu barowi, gdzie zamówił pintę gorzkiego piwa. Na szczęście wyglądało na to, że kolonialna waluta nadal ma wartość. Oparł się nonszalancko o poręcz i przystąpił do powolnego przeglądu klienteli żałując, że wiadomość od ich łącznika nie była bardziej konkretna.

Fiben szukał kogoś ubranego jak ekspedientka, choć ten lokal znajdował się na przeciwnym końcu miasta niż dzielnica handlowa położona przy Zatoce Aspinal. Rzecz jasna, radiooperator, który odebrał wiadomość od dawnej studentki doktor Taka, mógł ją źle zrozumieć. Było to tego okropnego wieczoru, gdy Centrum Howletsa płonęło, a nad ich głowami wyły ambulansy. Owemu szenowi wydawało się, że przypomina sobie, iż Gailet Jones powiedziała coś o „ekspedientce z wąsem”.

— Świetnie — mruknął Fiben w chwili, gdy otrzymał instrukcje. — Prawdziwa szpiegowska robota. Cudownie.

W głębi umysłu był pewien, że operator po prostu źle zapisał cały tekst.

Nie był to zbyt dobrze rokujący początek insurekcji. W gruncie rzeczy jednak nie było niespodzianką. Dla wszystkich szymów, wyjątkiem nielicznych, które przeszły szkolenie w Terrageńskich siłach Zbrojnych, tajne szyfry, przebrania i hasła stanowiły jedynie element starych thrillerów.

A owi oficerowie milicji zapewne wszyscy zginęli, bądź byli internowani.

Oprócz mnie. A moją specjalnością nie był wywiad czy fortele. Do diabła, ledwie potrafiłem prowadzić starego TAASF Proconsul.

Ruch oporu będzie się teraz musiał uczyć na błędach, poruszając się na oślep.

Przynajmniej piwo smakowało dobrze, zwłaszcza po tak długiej podróży zakurzoną drogą. Fiben popijał je z papierowej butelki i próbował się odprężyć. Kiwał głową w rytm naśladującej uderzenia piorunów muzyki i uśmiechał się na widok wygłupów tancerzy.