Wszyscy, którzy podskakiwali w świetle migocących lamp, byli, rzecz jasna, płci męskiej. Wśród fizoli i nadzorowanych przywiązanie do tej tradycji było tak silne, że można je było nawet nazwać religijnym. Ludzie, którzy mieli tendencję do tego, by spoglądać z niechęcią na większość typów płciowej dyskryminacji, w tym przypadku się nie wtrącali. Podopieczne gatunki miały prawo do rozwinięcia własnych tradycji, o ile nie przeszkadzały one w pełnieniu ich obowiązków, czy we Wspomaganiu.
A w deszczowym tańcu — przynajmniej zdaniem tego pokolenia — nie było miejsca dla szymek i na tym koniec.
Fiben przyglądał się, jak wielki, nagi samiec wskoczył na szczyt bezładnego stosu pokrytych dywanami „głazów”, wywijając gałęzią. Tancerz — za dnia zapewne mechanik lub robotnik w fabryce — wymachiwał nad głową czyniącym hałas przedmiotem, podczas gdy perkusja huczała, a stroboskopowe lampy nad jego głową zsyłały sztuczne błyskawice, czyniąc go na chwilę w połowie oślepiająco białym, a w połowie czarnym jak smoła.
Gałąź grzechotała i furczała, podczas gdy szympans fukał i podskakiwał w rytm muzyki, pohukując, jak gdyby chciał rzucić wyzwanie bogom nieba.
Fiben często zadawał sobie pytanie, ile z popularności tańca deszczowego wywodzi się z wrodzonej, odziedziczonej po przodkach brontofilii, a ile z dobrze znanego faktu, że pozostawione odłogiem, niezmodyfikowane szympansy w dżunglach Ziemi — jak za obserwowano — „tańczyły” w jakiś prymitywny sposób podczas burz z piorunami. Podejrzewał, że bardzo wiele z neoszympansiej „tradycji” wywodziło się z przetworzenia tego, co wiedziano o za chowaniu ich niezmodyfikowanych kuzynów.
Podobnie jak wiele szymów, które skończyły college, Fiben lubi sobie wyobrażać, że jest zbyt wyrafinowany, by ulegać tak prostodusznemu kultowi przodków. Ponadto na ogół wolał Bacha czy pieśni wielorybów od imitacji piorunów.
Zdarzały się jednak momenty, gdy był sam w mieszkaniu, kiedy wyciągał z szuflady taśmę „The Fulminates”, zakładał słuchawki i próbował się przekonać, ile uderzeń może znieść jego czaszka, zanim zostanie rozłupana. Tutaj, w pobliżu potężnych wzmacniaczy nie mógł nie poczuć dreszczu przebiegającego mu wzdłuż kręgosłupa, gdy „błyskawica” przeszywała salę, a uderzenia perkusji wstrząsały na równi klientami, meblami i sprzętem.
Kolejny nagi tancerz wdrapał się na wzgórek, wymachując własną gałęzią i pochrapując głośno na znak wyzwania. Podparł się przy tym na kostkach jednej dłoni — stylowy gest, który nie spodobałby się ortopedom, lecz wywołał okrzyki aprobaty ze strony audytorium. Ten facet mógł zapłacić za autentyczność porannym bólem pleców, cóż to jednak miało za znaczenie wobec wspaniałości tańca?
Małpa na szczycie wzniesienia zaczęła pohukiwać na swego przeciwnika. Podskoczyła w górę i obróciła się błyskawicznie w znakomicie skoordynowanym manewrze, potrząsając swą gałęzią w chwili, gdy kolejna stroboskopowa błyskawica wypełniła salę białym światłem. Był to barbarzyński i potężny obraz — przypomnienie, że nie dalej niż cztery stulecia temu jego dzicy przodkowie rzucali w podobny sposób wyzwanie burzy ze szczytów leśnych wzgórz i nie potrzebowali człowieka, by wiedzieć, że wściekłość nieba wymaga odpowiedzi.
Szymy za stołami zaczęły krzyczeć i bić brawo, gdy król wzgórza zeskoczył z uśmiechem ze szczytu. Zleciał na dół, a po drodze solidnie grzmotnął swego rywala.
To był kolejny powód, dla którego szymki rzadko przyłączały się do deszczowego tańca. W pełni dorosły samiec neoszyma dysponował siłą prawie równą swym naturalnym kuzynom z Ziemi. Szymki, które chciały brać udział w tańcu, z reguły grały w orkiestrze.
Fibenowi zawsze wydawało się ciekawe, że u ludzi wyglądało to zupełnie inaczej. Najwyraźniej płeć męska miała u nich obsesję na punkcie produkowania dźwięków, a żeńska — tańca, zamiast na odwrót. Rzecz jasna, ludzie byli dziwni również pod innymi względami, jak na przykład niezwykłe były ich praktyki seksualne.
Rozejrzał się po klubie. W takich barach, jak ten, samców było z reguły więcej niż samic, dziś jednak liczba szymek wydawała się szczególnie mała. Większość z nich siedziała w wielkich grupach przyjaciół, z wielkimi samicami na obwodzie. Rzecz jasna, były też kelnerki, które krążyły miedzi niskimi stołami, roznosząc drinki i papierosy. Ubrane były w imitacje skór lampartów.
Fiben zaczynał się niepokoić. Jak jego kontakt miał go rozpoznać tym pełnym wrzasków i błysków domu wariatów? Nie widział nikogo, kto wyglądałby jak ekspedientka z zarostem.
Trzy ściany zwrócone ku tanecznemu wzgórkowi połączone były balkonem. Goście wychylali się przez poręcze, walili w listewki i zachęcali tańczących. Fiben odwrócił się i cofnął, by przyjrzeć s lepiej… i omal nie wpadł na niski, wiklinowy stolik. Mrugnął ze zdumienia.
Tam — w miejscu odgrodzonym sznurem i strzeżonym przez cztery unoszące się w powietrzu roboty bojowe — siedział jeden z najeźdźców. Fiben ujrzał wąską, białą masę piór, ostry mostek i zakrzywiony dziób… Ten Gubru miał jednak na szczycie głowy, gdzie znajdował się organ słuchu jego przypominający grzebień, coś, co przypominało wełnianą czapkę. Oczy zakrywały mu ciemne gogle.
Fiben odwrócił wzrok. Lepiej nie okazywać zbyt wielkiego zaskoczenia. Najwyraźniej bywalcy lokalu mieli kilka ostatnich tygodni na przyzwyczajenie się do obecności pomiędzy nimi nieziemca. Teraz jednak Fiben zaczął dostrzegać nerwowe spojrzenia rzucane od czasu do czasu ku kabinie znajdującej się nad barem. Być może to dodatkowe źródło napięcia mogło pomóc w wyjaśnieniu graniczącego z szaleństwem nastroju bawiących się, gdyż w „Gronie” panował nadzwyczaj wielki zgiełk, nawet jak na bar dla szymów z klasy pracującej.
Sącząc od niechcenia ze swej pintowej butelki, Fiben ponownie spojrzał ku górze. Gubru z pewnością założył czapkowatą mufkę i gogle jako osłonę przed hałasem i światłem. Roboty strażnicze odgradzały jedynie kwadrat tuż obok nieziemca, lecz całe skrzydło balkonu było niemal puste.
Niemal. W istocie rzeczy dwa szymy siedziały na chronionym obszarze, tuż obok ostrodziobego Gubru.
Quislingowie? — zadał sobie pytanie Fiben. — Czy wśród nas już znaleźli się zdrajcy?
Zakłopotany potrząsnął głową,. Dlaczego Gubru tu siedział? Co godnego uwagi mógł tu znaleźć jeden z najeźdźców?
Fiben ponownie zajął miejsce przy barze.
Najwyraźniej są zainteresowani szymami i to nie tylko ze względu na ich wartość jako zakładników.
Jakie jednak były tego powody? Dlaczego Galaktów miałaby obchodzić banda włochatych podopiecznych, przez niektórych niemal w ogóle nie uważanych za istoty inteligentne?
Deszczowy taniec zakończył się nagłym crescendo, po którym nastąpiło jedno końcowe uderzenie. Jego końcowe dudnienia cichły, jak gdyby znikały w zachmurzonej, burzliwej dali. Minęło jeszcze kilka sekund, zanim echa umilkły w głowie Fibena.
Tancerze uśmiechnięci i spoceni wrócili chwiejnym krokiem do stolików. Owinęli swą nagość luźnymi szatami. Ich śmiech brzmiał serdecznie — być może aż nazbyt serdecznie.
Teraz, gdy Fiben zrozumiał, skąd bierze się panujące w lokalu napięcie, zastanawiał się, dlaczego w ogóle ktokolwiek tu przychodzi. Bojkot zakładu, w którym stałym gościem byli najeźdźcy, wydawał się nadzwyczaj prostą i oczywistą formą ahimsa, biernego oporu. Z pewnością przeciętny szym z ulicy nie kochał wrogów wszystkich Terragenów!
Co przyciągnęło tu takie tłumy w powszedni dzień?
By utrzymać pozory, zamówił następne piwo, choć zaczął już myśleć o opuszczeniu lokalu. Gubru go zaniepokoił. Jeśli jego kontakt się nie pokaże, lepiej będzie stąd zmiatać i rozpocząć poszukiwania na własną rękę. Musiał się w jakiś sposób dowiedzieć, co się dzieje tutaj, w Port Helenia i odkryć sposób na skontaktowanie się z tymi, którzy chcieli się zorganizować.