— Popatrzcie tylko na jego łapy. Założę się, że nigdy nie przepracował ani jednego dnia jak uczciwy szym. Pewnie jest technikiem albo uczonym — w jego ustach brzmiało to tak, jak gdyby sam pomysł, by neoszympans nosił podobny tytuł, czynił z niego coś w rodzaju uprzywilejowanego dziecka, któremu pozwolono na skomplikowaną zabawę.
Ironia leżała w tym, że choć na dłoniach Fibena mogło być mniej zgrubień niż u wielu tu zebranych, pod jego koszulą kryły się blizny po oparzeniach — ślady uderzenia w górski stok z prędkością pięciu machów. Tutaj jednak lepiej było o tym nie wspominać.
— Posłuchajcie no, może bym postawił wam kolejkę…
Jego pieniądze pofrunęły na drugą stronę baru, gdy najwyższy z napastników uderzył go w dłoń.
— Bezwartościowe śmieci. Wkrótce zaczną je zabierać, tak samo jak was, małpich arystokratów.
— Zamknij się! — krzyknął ktoś z tłumu, który był brązową masą przygarbionych ramion. Fiben ujrzał przez chwilę Sylvie, kołyszącą się na szczycie wzgórka. Oddzielone od siebie paski jej spódnicy zafalowały i Fiben ujrzał coś, co sprawiło, że podskoczył ze zdumienia. Naprawdę była różowa… jej odsłonięte na chwilę genitalia wskazywały na pełną ruję.
Szym w kombinezonie ponownie popchnął Fibena.
— I co, mądralo z college’u? Co ci da twoja niebieska karta, kiedy Gubru zaczną wyłapywać i sterylizować wszystkich z wolnym prawem rozrodu? Hę?
Jeden z nowo przybyłych, szym o pochyłych ramionach i porośniętym krótkimi, twardymi włosami cofniętym czole, trzymał rękę w kieszeni swego jaskrawego stroju, zaciskając ją na jakimś ostrym przedmiocie. Jego oczy o przenikliwym wyrazie sprawiały wrażenie całkowicie skupionych, jak u drapieżnika. Pozostawił mówienie swemu przyjacielowi, wąsaczowi.
Fiben dopiero przed chwilą zdał sobie sprawę, że ci faceci nie mają nic wspólnego z wielkim szymem w drelichach. W gruncie rzeczy tamten skrył się już chyłkiem w cieniu.
— Nie… nie wiem, o co ci chodzi.
— Nie wiesz? Sprawdzali kolonialne akta, frajerze, i wyłowili całą masę szymów z college’u, takich jak ty, celem przesłuchania. Jak dotąd pobierali tylko próbki, ale mam przyjaciół, którzy mówią, że planują czystkę na pełną skalę. No i co ty na to?
— Zamknij się, kurwa! — krzyknął ktoś. Tym razem odwróciło się kilka twarzy. Fiben ujrzał szkliste oczy, plamki śliny i odsłonięte kły.
Poczuł się rozdarty. Rozpaczliwie pragnął się stąd wydostać. A jeśli w tym, co mówili ci faceci w kombinezonach, było trochę prawdy? W takim przypadku byłaby to ważna informacja.
Postanowił, że posłucha jeszcze przez chwilę.
— To raczej zaskakujące — powiedział, opierając się łokciem o bar. — Gubru to fanatyczni konserwatyści. Bez względu na to, co robią innym gatunkom na poziomie opiekunów, założę się, że nigdy nie zaingerowaliby w procedurę Wspomagania. To sprzeczne z ich religią.
Wąsacz uśmiechnął się tylko.
— Czy to ci mówili w college’u, niebieski chłopczyku? Ale teraz ważne jest to, co mówią Galaktowie.
Cała banda, która wydawała się bardziej zainteresowana Fibenem, niż prowokacyjnym wirowaniem Sylwie, otoczyła go ciasno. Tłum pohukiwał coraz głośniej, muzyka grzmiała coraz mocniej. Fiben czuł się, jakby głowa miała mu pęknąć od hałasu.
— …za spokojny, żeby mu się podobało przedstawienie dla prostych robotników. Nigdy nie splamił się prawdziwą pracą. Mimo to wystarczy, żeby strzelił palcami, i nasze własne szymki gnają do niego!
Fiben dostrzegł w tym jakąś fałszywą nutę. Szym z wąsami był nazbyt spokojny, jego pieniackie docinki zbyt wykalkulowane. W takim środowisku jak to, z całym jego hałasem i seksualnym napięciem, prawdziwy filozof nie byłby w stanie tak dobrze się skoncentrować.
To nadzorowani! — zdał sobie nagle sprawę. Teraz już dostrzegł oznaki. Twarze dwóch spośród szymów w kombinezonach z zamkami błyskawicznymi nosiły stygmaty nieudanych genetycznie interwencji — cętkowana, kakofreniczna twarz, mrugające oczy i wiecznie zakłopotana mina świadcząca o zwarciu w mózgu — żenujące przypomnienia faktu, że Wspomaganie było trudnym procesem, nie pozbawionym ceny.
Fiben czytał w lokalnym czasopiśmie, na krótko przed inwazją, że najmodniejsi członkowie społeczności nadzorowanych zaczęli ostatnio nosić zapinane na zamek błyskawiczny kombinezony o jaskrawych kolorach. Zrozumiał nagle, że przyciągnął uwagę szymów najgorszego z możliwych rodzajów. Gdy w pobliżu nie było ludzi ani żadnej oznaki obecności regularnych władz, nie sposób było przewidzieć, co mogą zrobić ci czerwonokartowcy.
Było oczywiste, że musi się stąd wydostać. Ale jak? Nadzorowani otaczali go z każdą chwilą coraz ciaśniej.
— Słuchajcie, chłopaki. Przyszedłem tu tylko zobaczyć, co się dzieje. Dziękuję wam za wyrażenie opinii. Naprawdę muszę już iść.
— Mam lepszy pomysł — przywódca uśmiechnął się szyderczo. Może tak byśmy przedstawili cię temu Gubru, a on już sam ci powie, co się dzieje i co zamierzają zrobić z szymami z college’u. Hę?
Fiben mrugnął. Czy te szeny naprawdę mogły współpracowały z najeźdźcą?
Uczył się historii Starej Ziemi — długich stuleci ciemnoty przed Kontaktem, gdy samotna i nieświadoma ludzkość dokonywała straszliwych eksperymentów ze wszystkim, od mistycyzmu aż po tyranię i wojnę. Oglądał i czytał niezliczone relacje z tych zamierzchłych czasów — zwłaszcza opowieści o samotnych mężczyznach i kobietach, którzy odważnie, często bez nadziei na sukces, stawiali czoła złu. Wstąpił do kolonialnej milicji częściowo pod wpływem romantycznego pragnienia naśladowania odważnych bojowników maqms, Palmachu i Ligi Satelitów Energetycznych.
Historia mówiła też jednak o zdrajcach, o tych, którzy pragnęli osiągnąć osobiste korzyści bez względu na środki, nawet wspinając, się po plecach własnych towarzyszy.
— No chodź, chłopczyku z college’u. Tam czeka ptaszek, któremu chciałbym cię przedstawić.
Uścisk na ramieniu Fibena przypominał zaciskające się imadło. Wyraz pełnego bólu zaskoczenia na jego twarzy sprawił, że wąsaty szym się uśmiechnął.
— Domieszali mi trochę ekstra genów siły — wyszczerzył szyderczo zęby. — Ta część ich manipulacji się udała, ale niektóre z innych nie. Mówią na mnie Irongrip i nie mam niebieskiej karty ani nawet żółtej. A teraz chodźmy. Zapytamy porucznika ze Szwadronu Jasnego Szponu, co Gubru planują dla szymskich mądrali.
Mimo bolesnego nacisku na ramię, Fiben udawał nonszalancję.
— Jasne. Czemu nie? Czy chcesz się może założyć? — jego górna warga skrzywiła się na znak pogardy. — Gubru są ściśle przystosowani do dziennego trybu życia. Idę o zakład, że przekonasz się, iż za tymi ciemnymi goglami twój cholerny ptak smacznie sobie śpi. Myślisz, że się ucieszy, jak go obudzą tylko po to, żeby podyskutować sobie o subtelnościach procesu Wspomagania z takimi jak ty?
Bez względu na całą swą pyszałkowatość, Irongrip najwyraźniej był uczulony na punkcie własnego wykształcenia. Udawana pewność siebie Fibena przyhamowała go na chwilę. Mrugnął powiekami pod wpływem sugestii, że ktokolwiek mógł spać pośród całej otaczającej ich kakofonii.
Wreszcie warknął gniewnie:
— Przekonamy się. Chodź!
Pozostałe odziane w kombinezony szymy otoczyły go ciasno. Fiben wiedział, że nie miałby najmniejszych szans w starciu z całą szóstką. Ponadto nie mógł wezwać na pomoc przedstawicieli prawa. Władza miała teraz pióra.
Eskortujący poganiali go przez labirynt niskich stolików. Rozwaleni za nimi goście pochrapywali poirytowani, gdy Irongrip odpychał ich łokciami na bok, lecz wszystkie oczy, szklące się od ledwie powstrzymywanej namiętności, śledziły taniec Sylvie. Tempo muzyki rosło.