Выбрать главу

29. Robert

Głęboko pod ziemią nie było sposobu na zorientowanie się w naturalnym upływie czasu. Niemniej gdy Robert obudził się nagle w swym krześle, wiedział dokładnie, jaka jest pora.

Już późno. Cholera, za późno.

Athaclena powinna była wrócić wiele godzin temu.

Gdyby nie to, że sam był niewiele więcej niż inwalidą, wyszedłby na górę, nie zważając na sprzeciwy Micaha i doktor Soo, by osobiście poszukać bardzo już spóźnionego oddziału. I tak zresztą dwoje szymskich uczonych dla powstrzymania go musiało niemal użyć siły.

Od czasu do czasu Roberta nadal męczyły ślady gorączki. Wytarł czoło i zapanował nad przelotnym atakiem dreszczy.

Nie — pomyślał. — Zapanuję nad tym!

Wstał i skierował się ostrożnie w stronę, z której dobiegały odgłosy prowadzonej półgłosem dyskusji. Znalazł tam parę szymów pracujących nad lśniącym perłowym blaskiem komputerem siedemnastego poziomu, który udało im się tu przytransportować. Usiadł na skrzyni kratowej za ich plecami i przysłuchiwał się przez chwilę. Gdy podzielił się z nimi jakąś sugestią, wypróbowały ją i okazała się trafna. Wkrótce niemal udało mu się odsunąć na bok zmartwienia. Pogrążył się w pracy, pomagając szymom w szkicowaniu wojskowych programów taktycznych dla maszyny, której nie skonstruowano z myślą o niczym bardziej wojowniczym niż szachy.

Ktoś przyniósł dzbanek z sokiem. Napił się. Ktoś podał mu kanapkę. Zjadł ją.

W jakiś czas później przez podziemną komnatę poniósł się echem krzyk. Stopy zatupały szybko po niskich, drewnianych mostkach. Oczy Roberta przyzwyczaiły się do jasnego ekranu, dlatego jedynie w ciemnym półmroku dostrzegał przemykające obok szymy, które chwytały za najróżniejszą, dziwnie dobraną broń i gnały korytarzem prowadzącym na powierzchnię.

Wstał i złapał za rękę najbliższą, biegnącą, brązową postać.

— Co się dzieje?

Równie dobrze mógłby próbować zatrzymać byka. Szym wyrwał się, nie spoglądając nawet w jego stronę, i zniknął w tunelu o nieregularnym wejściu. Następny, do którego pomachał dłonią, spojrzał jednak na niego i zatrzymał się, pełen niepokoju.

— To ekspedycja — wyjaśnił nerwowy szym. — Wrócili… słyszałem, że przynajmniej niektórzy z nich.

Robert pozwolił mu odejść i zaczął rozglądać się po komnacie w poszukiwaniu broni dla siebie. Jeśli nieprzyjaciel podążył za oddziałem aż tutaj…

Rzecz jasna, pod ręką nic nie było. Robert z goryczą zdał sobie sprawę, że karabin i tak nie przydałby mu się na wiele, gdyż jego prawa ręka była unieruchomiona. Najprawdopodobniej zresztą szymy nie pozwoliłyby mu walczyć. Prędzej zaciągnęłyby go siłą w bezpieczne miejsce, głębiej do jaskiń.

Przez chwilę panowała cisza. Kilka postarzałych szymów czekało wraz z nim na odgłos strzałów.

Zamiast nich rozległy się głosy, które stopniowo stawały się coraz donośniejsze. W krzykach słychać było raczej podniecenie niż strach.

Odniósł wrażenie, że coś pogłaskało go ponad uszami. Od chwili wypadku nie miał wielu okazji do wprawiania się w użyciu swego prostego zmysłu empatycznego, teraz jednak wyczuł, że do komnaty wpadł znajomy ślad. Zaczął mieć nadzieję.

Zza zakrętu wychynął tłum rozgadanych postaci — obdarte brudne neoszympansy dźwigające przewieszoną przez plecy broń. Niektóre z nich owinięte były bandażami. Gdy tylko Robert ujrzał Athaclenę, wydało mu się, że nagle minął mu skurcz w żołądku.

Równie szybko jednak jego miejsce zajął innego rodzaju niepokój. Było widać, że tymbrimska dziewczyna używała transformacji gheer. Wyczuwał ostre krawędzie jej wyczerpania. Twarz miała zapadniętą.

Ponadto Robert czuł, że Athaclena nadal ciężko pracuje. Jej korona stała nastroszona, iskrząca się bez światła. Szymy zdawały się tego nie zauważać, gdyż te, które zostały w domu, dopytywały się ochoczo przepełnione triumfem partyzantów o wiadomości. Robert jednak zrozumiał, że Athaclena koncentruje się mocno, by ukształtować taki właśnie nastrój. Był on zbyt słaby i niepewny, by mógł utrzymać się bez jej wpływu.

— Robert! — jej oczy rozszerzyły się. — Czy nie powinieneś być w łóżku? Gorączka ustąpiła dopiero wczoraj…

— Nic mi nie jest. Ale…

— To dobrze. Cieszę się, że wreszcie wstałeś.

Robert przyglądał się, jak dwie mocno zabandażowane postacie wyniesiono pośpiesznie na noszach w kierunku prowizorycznego szpitala. Wyczuwał wysiłki Athacleny mające na celu odwrócenie uwagi od krewiących, być może umierających żołnierzy, zanim nie zniknęli oni z pola widzenia. Jedynie obecność szymów sprawiała, że głos Roberta pozostał cichy i spokojny.

— Chcę z tobą porozmawiać, Athacleno.

Spojrzała mu prosto w oczy i przez krótką chwilę Robert odnosił wrażenie, ze kennuje niewyraźny kształt obracający się i wirujący ponad uniesionymi witkami jej korony. Był to glif wyrażający udrękę.

Wracający wojownicy zajęli się jedzeniem, piciem oraz przechwałkami przed słuchającymi z zapartym tchem towarzyszami. Jedynie Benjamin, na ramionach kurtki którego widniały wyszyte ręcznie epolety porucznika, stał spokojnie obok Athacleny. Ta skinęła głową.

— Bardzo proszę, Robercie. Chodźmy w jakieś ustronne miejsce.

— Pozwólcie mi zgadnąć — powiedział spokojnym głosem. — Dostaliście kopa w dupę.

Szym Benjamin skrzywił się, nie wyraził jednak odmiennego zdania. Stuknął palcem w punkt na rozpostartej mapie.

— Uderzyliśmy na nich tutaj, na Przełęczy Yenching — powiedział. — To była nasza czwarta akcja, więc sądziliśmy, że wiemy, czego się spodziewać.

— Czwarta akcja — Robert zwrócił się w stronę Athacleny. — Jak długo już to trwa?

Tymbrimka z niesmakiem jadła pasztecik wypełniony czymś o ostrym aromacie. Zmarszczyła nos.

— Przez jakiś tydzień odbywaliśmy ćwiczenia, Robercie. To był pierwszy raz, gdy naprawdę spróbowaliśmy zadać im cios.

— I?

Benjamin wydawał się odporny na kształtowanie nastroju przez Athaclenę. Być może było to celowe, gdyż potrzebny był jej przynajmniej jeden adiutant o zachowanym w pełni rozsądku. Albo może był po prostu na to za bystry. Wywrócił oczyma.

— To my oberwaliśmy — przystąpił do szczegółowych wyjaśnień. — Rozdzieliliśmy się na pięć grup. Mizz Athaclena nalegała. To nas uratowało.

— Co było waszym celem?

— Mały patrol. Dwa lekkie czołgi poduszkowe i para otwartych pojazdów naziemnych.

Robert przyjrzał się uważnie wskazanemu punktowi. Jedna z kilku dróg wchodziła tam pomiędzy pierwsze stoki gór. Z tego, co powiedzieli mu inni, wiedział, że nieprzyjaciela rzadko oglądano powyżej Sindu. Wydawało się, że zadowala go panowanie nad kosmosem, archipelagiem oraz wąskim pasem zaludnionych terenów wzdłuż wybrzeża otaczających Port Helenia.

Ostatecznie, po co mieliby zawracać sobie głowę prowincją? Trzymali prawie wszystkich ludzi w bezpiecznej izolacji. Garth należał do nich.

Najwyraźniej pierwsze trzy wypady buntowników miały charakter ćwiczebny — nieliczni pośród szymów dawni podoficerowie milicji starali się nauczyć zielonych rekrutów, jak się poruszać i walczyć pod osłoną lasu. Za czwartym razem jednak poczuli się gotowi do kontaktu z nieprzyjacielem.

— Od początku wydawało się, że wiedzą, iż tam jesteśmy — ciągnął Benjamin. — Podążaliśmy za patrolem. Ćwiczyliśmy krycie się między drzewami, nie tracąc go z oczu, jak uprzednio. Później…

— Później naprawdę zaatakowaliście patrol. Benjamin skinął głową.

— Podejrzewaliśmy, że wiedzą, gdzie jesteśmy. Musieliśmy się jednak upewnić. Pani generał ułożyła plan…