Выбрать главу

Robert mrugnął, a następnie skinął głową. Wciąż nie był przyzwyczajony do nowego honorowego tytułu Athacleny. Jego zakłopotanie rosło w miarę, gdy słuchał, jak Benjamin opisywał poranną akcję.

Zasadzkę urządzono w ten sposób, by każda z pięciu grup po kolei miała szansę postrzelać do patrolu, ryzykując minimalnie.

— Lecz również bez większych szans na zadanie nieprzyjacielowi strat — zauważył Robert. Miejsca zasadzek znajdowały się przeważnie zbyt wysoko lub zbyt daleko od drogi, było można był z nich strzelać naprawdę celnie. Jakie szkody mogli wyrządzić partyzanci uzbrojeni w strzelby myśliwskie i granaty wstrząsowe?

Podczas początkowej wymiany ognia jeden mały gubryjski pojazd naziemny uległ zniszczeniu, a drugi — lekkiemu uszkodzeniu zanim zmasowany ogień czołgów zmusił wszystkie drużyny do odwrotu. Szybko nadleciało wsparcie lotnicze z wybrzeża i napastnicy ledwie zdążyli umknąć na czas. Agresywna część akcji skończyła się w ciągu niespełna piętnastu minut. Odwrót oraz kluczenie celem zatarcia śladów trwały znacznie dłużej.

— Gubru nie dali się oszukać, prawda? — zapytał Robert. Benjamin potrząsnął głową.

— Wydaje się, że zawsze są w stanie nas wykryć. To cud, że w ogóle udało nam się ich ostrzelać, a jeszcze większy, że zdołaliśmy uciec.

Robert spojrzał na „panią generał”. Zaczął już wyrażać na głos swą dezaprobatę, popatrzył jednak jeszcze raz na mapę i zadumał się nad pozycjami, jakie zajęli zasadzkowicze. Prześledził wzrokiem linie ognia i trasy odwrotu.

— Podejrzewałaś, że tak będzie — powiedział wreszcie do Athacleny.

Jej oczy zbliżyły się do siebie lekko, po czym oddaliły ponownie, co było równoznaczne z tymbrimskim wzruszeniem ramionami.

— Sądziłam, że lepiej nie zbliżać się do nich zanadto podczas pierwszej utarczki.

Robert skinął głową. W gruncie rzeczy, gdyby wybrano bliżej położone, „lepsze” miejsca na zasadzkę, niewielu szymów — lub żaden — uszłoby z życiem.

Plan był dobry.

Nie, nie dobry. Natchniony. Jego celem nie było zaszkodzenie nieprzyjacielowi, lecz wzbudzenie w żołnierzach wiary we własne siły. Byli oni rozproszeni tak, by każdy miał szansę wystrzelić do patrolu, narażając się na minimalne ryzyko. Napastnicy mogli wrócić do domu, udając chojraków, lecz, co ważniejsze, udało im się wrócić.

Mimo to ponieśli straty. Robert czuł, jak zmęczona była Athaclena, wiedział, jak wiele kosztowały ją wysiłki, jakie czyniła, by podtrzymać we wszystkich nastrój „zwycięstwa”.

Poczuł, że coś dotknęło jego kolana, i ujął dłoń dziewczyny. Jej długie, delikatne palce zacisnęły się mocno. Wyczuwał jej trójuderzeniowy puls.

Ich spojrzenia spotkały się.

— Obróciliśmy dziś to, co mogło się stać katastrofą, w niewielki sukces — oznajmił Benjamin. — Dopóki jednak nieprzyjaciel zawsze będzie wiedział, gdzie jesteśmy, nie widzę sposobu, byśmy mogli zrobić coś więcej niż bawić się z nim w berka. A i ta zabawa z pewnością będzie kosztować więcej niż jesteśmy w stanie zapłacić.

30. Fiben

Fiben potarł się w tył szyi i spojrzał, poirytowany, na drugą stronę stołu. A więc to była osoba, z którą miał się skontaktować. Znakomita uczennica doktor Taka, ich kandydatka na dowódcę miejskiej organizacji podziemnej. — Co to był za idiotyzm? — oskarżył ją. — Pozwoliłaś, bym wszedł na oślep do tego klubu, nieświadomy niczego. Było tuzin okazji, przy których mogli mnie wczoraj w nocy capnąć, a nawet zabić!

— To było przedwczoraj — poprawiła go Gailet Jones. Siedziała na krześle o prostym oparciu i wygładzała niebieski półjedwab swego sarongu. — A ponadto, ja byłam na miejscu. Czekałam na zewnątrz „Małpiego Grona”, żeby nawiązać kontakt. Zobaczyłam, że jesteś obcym, który przyszedł sam. Byłeś ubrany w koszulę roboczą w szkocką kratę, więc podeszłam do ciebie i powiedziałam hasło.

— Różowa? — Fiben spojrzał na nią, mrugając. — Podchodzisz do mnie i szepczesz „różowa” i to ma być cholerne, cofnięte w rozwoju hasło?

Normalnie nigdy nie użyłby tak grubiańskiego języka w towarzystwie młodej damy. W tej chwili Gailet Jones faktycznie bardziej przypominała osobę, jaką spodziewał się spotkać — szymkę, oczywiście wykształconą i dobrze wychowaną. Widział ją jednak w innej sytuacji i nie do pomyślenia było, by o tym kiedykolwiek zapomniał.

— To nazywasz hasłem? Kazali mi szukać ekspedientki!

Krzyknąwszy, skrzywił się z bólu. Wciąż czuł się tak, jakby mózg wyciekał mu z głowy w pięciu czy sześciu miejscach. Skurcze mięśni przestały go łapać bez ostrzeżenia jakiś czas temu, nadal jednak cały był obolały i łatwo wpadał w złość.

— Ekspedientki? W tej części miasta? — Gailet Jones zmarszczyła brwi. Jej twarz zachmurzyła się na chwilę. — Posłuchaj, kiedy zadzwoniłam do centrum, żeby zostawić wiadomość dla doktor Taka, wszędzie panował chaos. Doszłam do wniosku, że jej grupa jest przyzwyczajona do zachowywania tajemnic i będzie idealnym zalążkiem dla ruchu oporu poza miastem. Miałam tylko kilka chwil na obmyślenie sposobu na późniejsze nawiązanie kontaktu, zanim Gubru przejęli kontrolę nad liniami telefonicznymi. Pomyślałam sobie, że na pewno już wszystko podsłuchują i nagrywają, musiało to więc być coś potocznego, no wiesz, coś takiego, co trudno byłoby przetłumaczyć ich komputerom językowym.

Przerwała nagle, podnosząc rękę do ust.

— O nie!

— Co znowu? — Fiben przesunął się nieznacznie do przodu.

Przez chwilę mrugała, po czym machnęła ręką w powietrzu.

— Powiedziałam temu durnemu operatorowi z centrum, jak powinien się ubrać ich wysłannik i gdzie ma się ze mną spotkać, a potem dodałam, że podam się za ladacznicę…

— Za kogo? Nie znam tego słowa — Fiben potrząsnął głową.

— To archaiczny termin. Przedkontaktowe, ludzkie określenie kobiety, która oferuje nielegalny seks za pieniądze.

— Niech Ifni przeklnie taki cholernie głupi, zwariowany pomysł! — warknął Fiben.

— No dobra, mądralo, a co miałam zrobić? — odpowiedziała gwałtownie Gailet Jones. — Milicja poszła w rozsypkę. Nikt nigdy nie zastanawiał się nad tym, co należy uczynić, jeśli wszyscy ludzie na planecie zostaną nagle usunięci z łańcucha dowodzenia! Przyszedł mi do głowy ten szalony koncept, że pomogę w organizacji ruchu oporu od podstaw. Musiałam więc zaaranżować spotkanie…

— Ehe, udając kogoś, kto oferuje nielegalne względy tuż obok miejsca, gdzie Gubru podżegali do seksualnego szału.

— Skąd miałam wiedzieć, że to zrobią, albo że wybiorą do tego celu ten mały, senny klub? Przypuszczałam, że społeczne hamulce osłabną na tyle, by pozwolić mi na przybranie tej roli, co umożliwiałoby mi nawiązywanie kontaktu z nieznajomymi. Nigdy by mi jednak nie przyszło do głowy, że osłabną aż tak bardzo! Wyobrażałam sobie, że każdy, do kogo podejdę przez pomyłkę, będzie tak zaskoczony, że zareaguje jak ty, co pozwoli mi się ulotnić.

— Tak się jednak nie stało.

— Nie, nie stało! Zanim się zjawiłeś, pokazało się kilka samotnych szenów ubranych na tyle podobnie, by skłonić mnie do odegrania nowej roli. Biedny Max musiał ogłuszyć ich pół tuzina i w zaułku zaczynało brakować miejsca! Było już jednak za późno, żeby zmienić miejsce spotkania albo hasło…

— Którego nikt nie zrozumiał! Ladacznica? Powinnaś była zdać sobie sprawę, że coś takiego zostanie przekręcone!

— Wiedziałam, że doktor Taka to zrozumie. Oglądałyśmy razem stare filmy i dyskutowałyśmy o nich. Uczyłyśmy się archaicznych słów, jakich w nich używano. Nie mogę pojąć, czemu ona… — jej głos ucichł, gdy ujrzała wyraz twarzy Fibena. — Co? Czemu tak na mnie patrzysz?