— Przykro mi. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie mogłaś o tym wiedzieć — potrząsnął głową. — Widzisz, doktor Taka zmarła mniej więcej w tym samym czasie, gdy nadeszła twoja wiadomość, z powodu alergicznej reakcji na gaz zniewalający.
Gailet wstrzymała oddech. Wydawało się, że zapadła się w siebie.
— Bałam… bałam się tego, gdy nie zjawiła się w mieście, by ją internowano. To… wielka strata — zamknęła oczy i odwróciła się. Najwyraźniej czuła więcej niż wyrażały jej słowa.
Przynajmniej oszczędzono jej widoku płomieni pochłaniających Centrum Howlettsa, przylatujących i odlatujących pokrytych sadzą ambulansów oraz szklistych oczu jej umierającej mentorki, gdy nieziemski gaz okrutnie pochłaniał swą statystycznie określoną liczbę ofiar. Fiben widział filmy nakręcone podczas tego okrytego całunem strachu wieczoru. Te obrazy nadal zalegały mrocznymi warstwami głęboko w jego umyśle.
Gailet wzięła się w garść, najwyraźniej odkładając żałobę na później. Potarła lekko oczy i zwróciła się w stronę Fibena, wysuwając buntowniczo żuchwę.
— Musiałam wykombinować coś, co szym by zrozumiał, ale nieziemniackie komputery językowe nie. Jeszcze niejeden raz będziemy zmuszeni do improwizacji. Zresztą liczy się to, że jesteś tutaj. Nasze dwie grupy nawiązały kontakt.
— Omal mnie nie zabito — zauważył, choć tym razem wspominanie o tym wydało mu się odrobinę grubiańskie.
— Ale żyjesz. W gruncie rzeczy może uda się nam obrócić twoją małą, niemiłą przygodę na naszą korzyść. No wiesz, na ulicach nadal opowiadają o tym, co wtedy zrobiłeś.
Czy w jej głosie słyszalna była słaba, niepewna nuta podziwu? Być może propozycja zawarcia pokoju?
Było już tego wszystkiego za dużo. O wiele za dużo dla niego. Fiben wiedział, że robi najbardziej niewłaściwą rzecz w najbardziej niewłaściwym momencie, nie był jednak w stanie się powstrzymać. Eksplodował.
— Lada…? — zachichotał, choć każdy wstrząs zdawał się grzechotać mózgiem w jego czaszce. — Ladacznica? — odrzucił głowę do tyłu i zaczął pohukiwać, waląc w ramiona fotela. Osunął się. Parsknął rubasznym śmiechem, wymachując stopami w powietrzu. — Och, Goodall. To wszystko, czego trzeba było szukać!
Gailet Jones popatrzyła na niego gniewnie, gdy usiłował zaczerpnąć tchu. W tej chwili nie obchodziło go nawet, czy zawoła tego wielkiego szyma, Maxa, by znowu użył przeciwko niemu ogłuszacza.
Było tego po prostu za dużo.
Jeśli wyraz jej oczu w owej chwili miał jakiekolwiek znaczenie, to Fiben wiedział, że start ich sojuszu nie był zbyt pewny.
31. Galaktowie
Suzeren Wiązki i Szponu wszedł na pokład swej osobistej barki i przyjął honory od stanowiących jego eskortę Żołnierzy Szponu. Dobrano ich starannie. Pióra mieli doskonale wymuskane, a grzebienie starannie pomalowane na kolory symbolizujące stopień i jednostkę. Adiutant admirała — Kwackoo — pognał naprzód, zabierając jego ceremonialną szatę. Gdy wszyscy usiedli na grzędach, pilot wystartował na grawitorach, kierując się w stronę fortyfikacji obronnych, które budowano na niskich wzniesieniach na wschód od Port Helenia. Suzeren Wiązki i Szponu spoglądał w milczeniu na nowe miejskie ogrodzenie, które zostawili za sobą, a później przemykające pod nimi farmy tej małej osady Ziemian.
Najstarszy z pułkowników-jastrzębi, zastępca dowódcy sił zbrojnych, zasalutował ostrym klaśnięciem dzioba.
— Czy konklawe poszło dobrze? Odpowiednio? Zadowalająco? — zapytał.
Suzeren Wiązki i Szponu postanowił zignorować zuchwałe pytanie. Bardziej użyteczny był zastępca, który potrafił myśleć, niż taki, który zawsze miał doskonale wymuskane upierzenie. Admirał obdarzył podwładnego wyniosłym mrugnięciem wyrażającym zgodę.
— Nasz consensus jest w tej chwili adekwatny, wystarczający, spełnia swą rolę.
Pułkownik-jastrząb pokłonił się i wrócił na stanowisko. Rzecz jasna wiedział, że w tak wczesnym stadium pierzenia consensus nigdy nie jest doskonały. Każdy mógłby to poznać po zmierzwionym puchu i dzikich oczach suzerena.
Ostatnie Konklawe Dowództwa było wyjątkowe. Nie rozstrzygnięto niczego i kilka jego aspektów głęboko poirytowało admirała.
Po pierwsze, Suzeren Kosztów i Rozwagi naciskał na zwolnienie znacznej części wspierającej ich floty, aby mogła ona wspomóc inne operacje Gubru, daleko stąd. I jakby tego nie było dosyć, trzeci dowódca, Suzeren Poprawności, nadal nalegał, by noszono go wszędzie na grzędzie i odmawiał postawienia stopy na glebie Garthu, zanim wszystkie szczegóły etykiety nie zostaną uhonorowane. Kapłan stroszył się i podniecał z powodu wielu spraw — nadmiernych strat wśród ludzi wywołanych działaniem gazu zniewalającego, groźby załamania się projektu odnowy Garthu, żałosnych rozmiarów Planetarnej Filii Biblioteki, wspomaganiowego statusu nieoświeconych, przedrozumnych neoszympansów.
Wyglądało na to, że w każdej z tych kwestii musi dojść do nowych ustaleń, nowych napiętych negocjacji. Nowej walki o consensus.
Istniały też zagadnienia poważniejsze od tych efemerycznych problemów. Trójka zaczęła się spierać o sprawy zasadnicze i w tej chwili ów proces w jakiś sposób naprawdę zaczął się stawać źródłem radości. Wychodziły na jaw przyjemne aspekty triumwiratu, zwłaszcza gdy tańczyli, nucili i spierali się o istotniejsze sprawy.
Do tej chwili admirałowi wydawało się, że jego lot do statusu królowej będzie prosty i łatwy, gdyż od początku to on sprawował dowództwo. Teraz do świadomości Suzerena Wiązki i Szponu zaczęło docierać, że nie wszystko pójdzie bezproblemowo. To jednak nie miało być banalne pierzenie.
Rzecz jasna, najlepsze z nich nigdy takimi nie były. Wybierając trzech dowódców Korpusu Ekspedycyjnego, wzięto pod uwagę bardzo różne czynniki, gdyż Władcy Grzędy z rodzinnej planety mieli nadzieję, że ta właśnie trójka wypracuje nową, ujednoliconą linię polityczną. Aby tak się stało, umysły ich wszystkich musiały być nadzwyczaj sprawne i całkowicie różne od siebie.
Teraz zaczęło się uwidaczniać, w jakim stopniu sprawne i różne. Niektóre z pomysłów, które ostatnio przedstawili pozostali, były inteligentne i raczej niepokojące.
Co do jednego mają rację — musiał przyznać admirał. — Nie możemy po prostu podbić, pokonać, zawojować dzikusów. Musimy ich zdyskredytować!
Suzeren Wiązki i Szponu skoncentrował się tak mocno na zagadnieniach militarnych, że popadł w nawyk patrzenia na swych partnerów jak na niewiele więcej niż zawadę.
To było niesłuszne, nieuprzejme, nielojalne z mojej strony — pomyślał admirał.
W gruncie rzeczy należało mieć gorącą nadzieję, że biurokrata i kapłan mają w swych dziedzinach podobnie wielkie zdolności, jak admirał w kwestiach militarnych. Jeśli Poprawność i Księgowość przeprowadzą swe zamiary równie błyskotliwie jak dokonano inwazji, ich trio przejdzie do historii!
Niektóre rzeczy — jak wiedział Suzeren Wiązki i Szponu — były określone z góry, już od czasów Przodków, dawno, dawno temu, na długo, zanim zjawili się heretycy i niegodne klany kalające gwiezdne szlaki — okropne, wstrętne dzikusy, Tymbrimczycy Thennanianie i Soranie… To było niezbędne, by klan Gooksyu-Gubru zatriumfował w niepokojach tej ery! Musi on osiągnąć wielkość!
Admirał zadumał się nad tym, w jaki sposób jajka porażki Ziemian zostały złożone tak wiele lat temu. Co sprawiło, że gubryjskie siły były w stanie wykryć i unieszkodliwić każdy ich ruch, zaś gaz zniewalający obrócił wszystkie plany wroga w całkowitą ruinę. To były pomysły samego suzerena — i członków jego przybocznego sztabu, rzecz jasna. Minęły lata, zanim wydały owoce.