Выбрать главу

Szymka prychnęła z niesmakiem.

— Spędziłeś popołudnie i wieczór, tarzając się w piachu i zalewając pałę! Ładny oficer milicji! A ja myślałam, że przyślą uczonego! Cóż, jeśli twoja prześwietna pani generał zechce się jeszcze kiedyś skontaktować z naszym ruchem w mieście, to dopilnuj, żeby skorzystała z innego łącznika, słyszysz mnie?

Odwróciła się i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Co ja takiego powiedziałem? — Fiben spojrzał w ślad za nią. Zdawał sobie niejasno sprawę, że w jakiś sposób mógł spisać się lepiej. Był jednak zmęczony. Całe ciało miał obolałe, od przypalonych palców aż do poparzonych płuc. Niemal nie czuł łóżka, gdy się na nie zwalił.

W jego snach pojawił się wirujący, pulsujący błękit. Emanowało z niego coś słabego, co można było przyrównać do odległego uśmiechu.

Zabawne — zdawało się mówić. — Zabawne, ale znowu nie takie bardzo śmieszne.

To raczej coś na pobudzenie apetytu przed tym, co się dopiero zdarzy.

Fiben jęknął cicho przez sen. Potem nawiedziła go następna wizja — mały neoszympans, niewątpliwy przykład atawizmu, z kostnymi wałami nadoczodołowymi i długimi rękami spoczywającymi na klawiaturze monitora przytroczonego pasami do jego klatki piersiowej. Atawistyczny szym nie potrafił mówić, lecz gdy się uśmiechnął, Fiben zadrżał.

Później nastała bardziej spokojna fala snu i wreszcie Fiben odnalazł ulgę w innych wizjach.

41. Galaktowie

Suzeren Poprawności nie mógł postawić stopy na nie usankcjonowanej ziemi. Ze względu na to jechał, siedząc na pozłacanej tyczce orzeczeń. Drogę wskazywał mu konwój trzepoczących skrzydłami przybocznych Kwackoo. Ich nieustanny, gruchający pomruk działał bardziej uspokajająco niż poważne ćwierkanie ich gubryjskich opiekunów. Choć Wspomaganie zbliżyło znacznie Kwackoo do gubryjskiego sposobu patrzenia na świat, nadal jednak byli oni z natury mniej poważni i dostojni.

Suzeren Poprawności starał się wziąć poprawkę na te różnice, gdy gdaczący rój puszystych, pękatych podopiecznych zabrał antygrawitacyjną grzędę z miejsca, gdzie spoczywało ciało. Może było to nieeleganckie, lecz już teraz dało się słyszeć, jak plotkują po cichu o tym, kto zostanie wybrany następcą. Kto będzie nowym Suzerenem Kosztów i Rozwagi?

Decyzja musi zostać podjęta szybko. Wysłano już wiadomości do Władców Grzędy na rodzinnym świecie, lecz — o ile zajdzie taka potrzeba — awansuje się najstarszego rangą biurokratę będącego na miejscu. Trzeba było zachować ciągłość.

Suzeren Poprawności nie był bynajmniej oburzony. Kwackoo wpływali na niego uspokajająco. Potrzebował ich prostych pieśni, gdyż odwracały one jego uwagę. Najbliższe dni i tygodnie będą pełne napięcia. Formalna żałoba była tylko jednym z wielu oczekujących ich zadań. W jakiś sposób trzeba było odtworzyć pęd prowadzący ku nowej linii politycznej. Rzecz jasna należało też rozważyć wpływ, jaki ta tragedia wywrze na pierzenie.

Badacze oczekiwali na przybycie grzędy pośród gaju obalonych na ziemię drzew, niedaleko od wciąż jeszcze tlących się murów gmachu biura. Gdy suzeren skinął głową, pozwalając im zacząć, przystąpili do tańca przedstawiającego, który składał się w części z gestykulacji, a w części z prezentacji audiowizualnej. Opisywał on ich ustalenia odnośnie przyczyn wybuchu i pożaru. Gdy badacze wyćwierkiwali swe odkrycia w synkopowej pieśni a cappella, suzeren próbował się skupić. Była to ostatecznie delikatna oprawa.

Zgodnie z kodeksami Gubru mieli prawo zająć nieprzyjacielską ambasadę, można ich jednak było obciążyć odpowiedzialnością za szkody, jeśli nastąpiły z ich winy.

Tak, tak, to się zdarzyło, wydarzyło — zameldowali badacze. — Budynek jest — stał się — wypaloną dziurą.

Nie, nie, żadnych śladów celowej aktywności nie wykryto, nie stwierdza się, by były przyczyną tych wydarzeń. Nie ma znaków świadczących, ze ten szlak wypadków został z góry określony przez naszych nieprzyjaciół i narzucony wbrew naszej woli.

Nawet jeśli tymbrimski ambasador dokonał sabotażu we własnych budynkach, to co z tego? Jeśli nie my jesteśmy przyczyną, to nie musimy płacić, nie musimy zwracać kosztów.

Suzeren zaćwierkał krótko, udzielając im reprymendy. Do badaczy nie należało określenie poprawności, a jedynie ustalenie faktów. Poza tym kwestie wydatków wchodziły w zakres kompetencji wyższych urzędników nowego Suzerena Kosztów i Rozwagi, gdy pozbierają się już oni z katastrofy, która spotkała tutaj biurokrację.

Badacze wytańczyli pełne skruchy przeprosiny.

Myśli suzerena wciąż krążyły z odrętwiałą ciekawością wokół możliwych konsekwencji tego wypadku, który — choć pod innymi względami był drobnym incydentem — obalił delikatną równowagę triumwiratu na chwilę przed następnym Konklawe Dowództwa. Reperkusje tego nie znikną nawet wtedy, gdy wyznaczy się już nowego trzeciego suzerena.

Na krótką metę wzmocni to pozycję obu ocalonych. Wiązka i Szpon będzie mogła swobodnie ścigać niewielu ludzi pozostałych na wolności, bez względu na koszty, zaś Poprawność zająć się pracą badawczą bez wysłuchiwania nieustannych uszczypliwości na temat tego, ile to będzie kosztowało.

Trzeba było też wziąć pod uwagę rywalizację o prymat. W ostatnich dniach zaczęło stawać się jasne, jak bardzo godny podziwu był dawny Suzeren Kosztów i Rozwagi. Coraz częściej i częściej, wbrew wszelkim oczekiwaniom, to on organizował ich debaty, wyciskał z nich ich najlepsze pomysły, nalegał na kompromis, kierował ich w stronę consensusu.

Suzeren Poprawności był ambitny. Kapłanowi nie podobał się kierunek, w którym zmierzały sprawy. Nie było też przyjemnie patrzeć, jak jego najinteligentniejsze plany modyfikowano, zmieniano, przekształcano, żeby dogodzić biurokracie. A już zwłaszcza takiemu, który miał dziwaczne pomysły na temat empatii z obcymi!

Nie, to nie była najgorsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć. Absolutnie nie. Nowa trójka będzie znacznie łatwiejsza do zaakceptowania. Bardziej praktyczna. Ponadto w nowej równowadze zmiennik wystartuje z niekorzystnej pozycji.

Dlaczego więc, z jakiego powodu, z jakiej przyczyny czuję lęk? — zastanowił się najwyższy kapłan.

Drżąc, Suzeren Poprawności otrzepał upierzenie i skoncentrował się, przywiódł swe myśli z powrotem do teraźniejszości, do raportu badaczy. Zdawali się oni sugerować, że eksplozja oraz pożar należały do tej szerokiej kategorii zdarzeń, które Ziemianie nazywali „przypadkami”.

Na nalegania swego byłego kolegi suzeren próbował ostatnio nauczyć się anglicu, dziwnego, niegalaktycznego języka dzikusów. Było to trudne, przyprawiające o frustrację zajęcie, którego użyteczność była wątpliwa, gdyż komputery językowe funkcjonowały wystarczająco sprawnie.

Niemniej naczelny biurokrata nie ustępował i nieoczekiwanie kapłan odkrył, ze można się czegoś nauczyć nawet z takiego zwierzęcego zestawu chrząknięć i jęków. Jedną z takich rzeczy były ukryte znaczenia, jakie można było odnaleźć w terminie „przypadek”.

Określenie to niewątpliwie miało zastosowanie do tego, co — jak mówili badacze — wydarzyło się tutaj, gdy pewna liczba nieprzewidzianych czynników sprzęgła się z poważną niekompetencją ze strony Miejskiego Przedsiębiorstwa Gazowego, z którego usunięto ziemskich nadzorców. Niemniej sposób, w jaki Ziemianie definiowali „przypadek” był błędny już w samej definicji! W anglicu ten termin właściwie nie miał precyzyjnego znaczenia!

To właśnie ludzie ukuli truizm mówiący, że „przypadki nie istnieją”.