Trójuderzeniowy puls Athacleny zabił szybciej, gdy ujrzała sylwetkę Roberta stojącą na wieżyczce czołgu obok wygiętego ciała Żołnierza Szponu. Dał znak podniesioną ręką i nagle polana wypełniła się biegającymi postaciami.
Szymy wpadły między czołgi i wiszące barki, niosąc butelki z wypalonej gliny. Za nimi posuwały się, powłócząc nogami, większe sylwetki objuczone potężnymi plecakami. Athaclena usłyszała jak Benjamin mruczy do siebie ze skrywanej złości. Goryle włączono do tej operacji jej decyzją i nie było to posunięcie popularne.
— …trzydzieści pięć… trzydzieści sześć… — Elayne Soo odliczało sekundy. Gdy światło jutrzenki padło na wehikuły nieziemców ujrzeli wdrapujące się na nie szymy. To było ryzyko numer trzy. Czy zaskoczenie w wystarczającym stopniu opóźni nieuniknione reakcję?
Szczęście opuściło ich po trzydziestu ośmiu sekundach. Zawyły reny, najpierw w czołgu na przedzie, a potem w tym z tyłu.
— Uwaga! — zawołał ktoś na dole.
Pokryci futrem napastnicy rozbiegli się w stronę drzew, gdy Żołnierze Szponu wysypali się ze swych poduszkowych barek, wysyłając palące impulsy z szablokarabinów. Szymy padały z krzykiem na ziemię, uderzając się po płonącym futrze, lub osuwały się w milczeniu w podszycie lasu, przedziurawione na wylot. Athaclena zwinęła koronę, aby nie zemdleć pod wpływem ich cierpienia.
Pierwszy raz posmakowała wojny na pełną skalę. W tej chwili wydawało się, że nie ma w tym nic z żartu, a jedynie cierpienie bezsensowna, okropna śmierć.
Nagle Żołnierze Szponu zaczęli padać. Gdy ptaszyska podskakiwały wokoło w poszukiwaniu celów, które zniknęły pomiędzy drzewami, pociski powalały je na ziemię. Żołnierze nastawili swą broń, by wyszukiwała źródła energii, nie było tam jednak laserów, na które mogłaby się nakierować, ani też miotaczy impulsowych czy nawet napędzanej chemicznie broni śrutowej. Tymczasem bełty z kusz świstały jak kąśliwe komary. Jeden za drugim gubryjscy wojownicy padali w drgawkach na ziemię.
Najpierw jeden czołg, a potem drugi, zaczęły wznosić się na ryczących kolumnach powietrza. Pierwszy wehikuł obrócił się, po czym jego potrójne lufy zaczęły zamiatać ogniem po lesie.
Wydawało się, że wierzchołki wyniosłych drzew wisiały w powietrzu przez krótką chwilę po tym, jak ich środkowe odcinki eksplodowały. Następnie runęły na ziemię pośród kłębów dymu i latających w powietrzu wiórów drewna. Napięte pnącza szarpały się w przód i w tył niczym cierpiące katusze węże, rozchlapując swe z trudem zdobyte płyny we wszystkich kierunkach. Szymy spadały z wrzaskiem z połamanych gałęzi.
Czy to jest tego warte? Och, czy cokolwiek może być tego warte?
Korona Athacleny rozszerzyła się pod wpływem chwilowych emocji. Dziewczyna poczuła, że zaczął się kształtować glif. Odrzuciła gniewnie nie uformowane zmysłowe wyobrażenie, odpowiedź na jej pytanie. Nie chciała teraz żadnych tymbrimskich, pełnych śmiechu zjadliwości. Miała raczej ochotę rozpłakać się na ludzki sposób, nie wiedziała jednak, jak to zrobić.
Las aż kipiał od strachu. Miejscowe zwierzęta umykały przed spustoszeniem. Niektóre przebiegały wprost po Athaclenie i Benjaminie, piszcząc w panicznym, desperackim pragnieniu ucieczki. Promień masakry rozszerzał się. Śmiercionośne pojazdy otworzyły ogień do wszystkiego, co znajdowało się w polu widzenia. Wszędzie buchały eksplozje i płomienie.
Wtem, równie nagle jak zaczął strzelać, pierwszy czołg zaprzestał ognia! Najpierw jedna, a potem druga lufa zalśniła czerwono-białym blaskiem i wyłączyła się z akcji. Hałas zmniejszył się o połowę.
Wydawało się, że druga maszyna bojowa ma podobne problemy. Ta jednak nie przestała strzelać, mimo że jej lufy opuszczały się w dół z trzaskiem.
— Kurczę, schyl się! — krzyknął Benjamin i pociągnął Athaclenę w dół. Grupa okupująca zbocze zdążyła się ukryć akurat na czas, gdy tylny czołg eksplodował z palącym, aktynicznym blaskiem. Skrawki metalu i kształtoplastycznego pancerza przemknęły z gwizdem nad nimi.
Athaclena zamrugała powiekami pod wpływem ostrego powidoku. Na skutek chwilowej dezorientacji wywołanej przeciążeniem zmysłów, zastanowiła się, dlaczego Benjamin ma taką obsesję na punkcie ziemskiego drobiu.
— Ten drugi jest zablokowany! — krzyknął ktoś. Faktycznie, gdy Athaclena odzyskała zdolność widzenia, z łatwością mogła dostrzec dym bijący spod pokrywy pierwszego czołgu. Z wieżyczki dobiegły zgrzytliwe hałasy. Wydawało się, że maszyna nie jest zdolna do ruchu. Poczuli zmieszany z gryzącą wonią płonącej rośliny ostry odór korozji.
— Udało się! — uradowała się Elayne Soo. Wypadła z ukrycia i pobiegła szybko, by zająć się rannymi.
Benjamin i Robert zaproponowali użycie środków chemicznych do obezwładnienia gubryjskiego patrolu. Athaclena zmodyfikowała następnie ich plan tak, by dopasować go do własnych celów. Nie potrzebowała martwych Gubru, choć nigdy dotąd ich nie oszczędzali. Tym razem chodziło jej o żywych.
Mieli ich tam teraz, zamkniętych w tych wehikułach, niezdolnych do ruchu czy akcji. Ich anteny telekomunikacyjne zostały stopione, a zresztą w tej chwili z pewnością rozpoczęły się już ataki w Sindzie. Gubryjskie dowództwo naczelne miało pod dostatkiem zmartwień bliżej domu. Minie trochę czasu, zanim nadejdzie pomoc.
Przez chwilę panowała cisza. Szczątki spadały na ściółkę lasu. Dym opadał powoli na ziemię.
Nagle dał się słyszeć coraz głośniejszy chór wysokich wrzasków — okrzyków radości nie zmienionych od czasów poprzedzających moment, gdy ludzkość rozpoczęła manipulacje z szympansimi genami. Athaclena usłyszała też inny dźwięk… falujący, zawodzący krzyk triumfu — zew „Tarzana” w wykonaniu Roberta.
Dobrze — pomyślała. — Dobrze jest przekonać się, że przeżył całą tę rzeź. Byle tylko postąpił zgodnie z planem i trzymał się od tej chwili w ukryciu!
Spomiędzy konarów przewróconych drzew wysypały się szymy. Niektóre z nich pognały do doktor Soo, by pomóc jej przy rannych, inne zaś zajęły pozycje wokół uszkodzonych maszyn.
Benjamin spoglądał na północny zachód, gdzie kilka gwiazd niknęło w świetle świtu.
— Ciekawe, jak idzie Fibenowi i chłopakom z miasta — odezwał się.
Po raz pierwszy Athaclena uwolniła swą koronę. Wreszcie swobodna, ukształtowała ona kuhunnagarra… esencję odłożonej na później nieokreśloności.
— Na to nie mamy wpływu — powiedziała mu. — Musimy działać tutaj, w tym miejscu.
Podniosła rękę, by rozkazać swym rozmieszczonym na zboczu jednostkom ruszyć naprzód.
46. Fiben
Ponad doliną Sindu unosił się dym. Tu i ówdzie na polach pszenicy i wśród sadów wybuchły pożary sypiące sadzą w poranek, który szybko stawał się blady i przyćmiony.
Na wysokości stu metrów nad ziemią siedzący na mocnym drewnianym szkielecie latawca własnej roboty Fiben obserwował rozproszone pożary za pomocą lornetki polowej. Walka w Sindzie nie toczyła się bynajmniej po ich myśli. Operacja miała zadać nieprzyjacielowi straty poprzez szybki atak, po którym powinna nastąpić ucieczka. Zamieniła się ona jednak w klęskę.
Na domiar złego poziom chmur zaczął opadać, jak gdyby były me przeciążone ciemnym dymem oraz upadkiem ich nadziei. Wkrótce nie będzie nic widział na odległość większą niż jakiś kilometr.
— Fiben!
Na dole, po lewej stronie, niedaleko od wielkiego, kwadratowego cienia latawca, stała Gailet Jones, machając do niego ręką.
— Fiben, czy widzisz kogokolwiek z grupy C? Czy załatwili gubryjski posterunek? i Potrząsnął przesadnie głową.