— Nie ma po nich śladu! — zawołał. — Widzę za to kurz wzbijany przez nieprzyjacielskie czołgi!
— Gdzie? Ile ich jest? Poluzujemy ci linę, żebyś mógł lepiej…
— Nie ma mowy! — krzyknął. — Schodzę teraz w dół.
— Ale potrzebne nam dane… Potrząsnął z emfazą głową.
— Wszędzie tu jest pełno patroli! Musimy stąd zmiatać! — Fiben zagestykulował w stronę szymów kontrolujących linę.
Gailet przygryzła wargę i skinęła głową. Zaczęli ściągać go z powrotem.
Gdy atak się załamał i łączność przestała funkcjonować, Gailet zaczęła poszukiwać informacji z jeszcze większą zajadłością. Szczerze mówiąc, Fiben nie mógł mieć o to do niej pretensji. On również chciał wiedzieć, co się dzieje. Tam byli jego przyjaciele! W tej chwili jednak lepiej by było, gdyby pomyśleli o własne skórze.
A zaczęło się tak dobrze — pomyślał, gdy jego pojazd powoli zbliżał się ku ziemi. Powstanie wybuchło w chwili, gdy szymscy robotnicy zatrudnieni na gubryjskich placach budowy odpalili ładunki wybuchowe rozmieszczane pieczołowicie w ciągu ostatniego tygodnia. W pięciu spośród ośmiu wybranych celów na spotkanie porannego nieba wzbiły się zadowalające pióropusze ognia.
Potem jednak zaczęły się uwidaczniać zalety techniki. Obserwacja tego, jak szybko reagowały automatyczne systemy obronne nieprzyjaciela, dziesiątkujące posuwające się naprzód grupy nieregularnych żołnierzy, zanim te zdążyły na dobre rozpocząć atak, sprawiała paraliżujące wrażenie. O ile Fiben wiedział, żaden z ważniejszych celów nie został zdobyty, a co dopiero utrzymany.
W ostatecznym rozrachunku sytuacja wcale nie wyglądała dobrze.
Fiben musiał skierować dziób latawca bliżej wiatru, prując powietrze, gdy prymitywny szybowiec opadał w dół. Ziemia przybliżała się szybko. Naprężył nogi, przygotowując się na uderzenie. Nadeszło ono ze zgrzytliwym, głuchym odgłosem. Usłyszała, że jeden z drewnianych dźwigarów złamał się, gdy skrzydło przejęło na siebie większą część wstrząsu.
Cóż, lepiej dźwigar niż kość.
Fiben stęknął, rozpiął uprząż i wygrzebał się z ciężkiej tkaniny domowej roboty. Prawdziwa paralotnia z kompozytowymi rozporami oraz skrzydłami z superpłótna byłaby o całe niebo lepsza. Wciąż jednak nie wiedzieli, co w niektórych produkowanych fabrycznie przedmiotach potrafili wykryć najeźdźcy, Fiben nalegał więc, by użyli prymitywnych substytutów własnej roboty.
Wielki szym z blizną, który miał na imię Max, stojący na straży tuż obok ze zdobycznym gubryjskim karabinem laserowym, wyciągnął do niego rękę.
— Nic ci nie jest, Fiben?
— Nie, Max, nic. Weźmy się do rozbiórki tego grata.
Jego ekipa rozmontowała pośpiesznie latawiec i zaniosła pod osłonę pobliskich drzew. Gubryjskie śmigacze i myśliwce przelatywały nad nimi ze świstem już od chwili, gdy — przed świtem — rozpoczęła się pechowa akcja. Latawiec był maleńki, praktycznie niewidoczny dla radaru i noktowizora. Niemniej z pewnością podejmowali znaczne ryzyko używając go w ten sposób za dnia.
Gailet spotkała się z nimi na granicy sadu. Nie chciała uwierzyć w tajną broń Gubru — ich zdolność do wykrywania produkowanych fabrycznie towarów — podporządkowała się jednak, po części na jego naleganie. Szymka miała na sobie krótką, brązową szatę opadającą na szorty oraz ręcznie tkaną bluzkę. Przyciskała do piersi notatnik i pisak.
Przekonanie jej, by zostawiła swój przenośny ekran danych, wymagało bardzo intensywnych perswazji.
Jeśli Fiben wyobrażał sobie przez moment, że — w chwili gdy wygrzebał się ze szczątków — ujrzał na jej twarzy ulgę, musiał stwierdzić, że się pomylił. Gailet była teraz w nastroju ściśle praktycznym.
— Co widziałeś? Jak liczne posiłki sprowadził nieprzyjaciel z Port Helenia? Na jaką odległość ekipa Yossy’ego zdołała zbliżyć się do baterii sieci podniebnej?
Dobre szeny i szymki zginęły dziś rano, a ją najwyraźniej obchodzą tylko jej cholerne dane!
Reduta kosmicznego systemu obronnego była jednym z kilku dogodnych celów. Do tej chwili kilka niepozornych zasadzek w górach zaledwie zdołało przyciągnąć uwagę wroga. Fiben upierał się, że ich pierwszy atak będzie musiał przynieść poważne rezultaty, gdyż już nigdy później nieprzyjaciel nie będzie równie nie przygotowany.
Mimo to Gailet uczyniła osią ich operacji w dolinie Sindu swych obserwatorów, a nie jednostki bojowe. Informacje były dla niej ważniejsze niż szkody, jakie mogliby ewentualnie wyrządzić nieprzyjacielowi. Ku zaskoczeniu Fibena pani generał wyraziła na to zgodę.
Potrząsnął głową.
— Widać w tamtej okolicy kupę dymu, myślę więc, że Yossy mógł coś zdziałać — Fiben otrzepał się z piasku. W jego ręcznie tkanym kombinezonie była dziura. — Widziałem całe mnóstwo nadciągających posiłków nieprzyjacielskich. Wszystko mam tutaj — popukał się w głowę.
Gailet skrzywiła się. Najwyraźniej wolałaby usłyszeć relację natychmiast. Zgodnie z planem jednak powinni byli uciec stąd już dawno. Robiło się okropnie późno.
— Dobrze, odbierzemy twój meldunek potem. W tej chwili ten punkt musi już być spalony.
Chyba się zgrywasz — pomyślał z sarkazmem Fiben. Odwrócił się.
— Hej, wy. Pochowaliście już tego grata?
Trzy szymy stanowiące obsługę latawca zgarniały nogami liście na niski kopiec pod baniastymi korzeniami fukowca.
— Zrobione, Fiben.
Zaczęły zbierać swe strzelby myśliwskie złożone pod innym drzewem.
Fiben zmarszczył brwi.
— Myślę, że lepiej będzie, jak się ich pozbędziemy. Są terrańskiej produkcji.
Gailet potrząsnęła z emfazą głową.
— Czym mielibyśmy je zastąpić? Jeśli zostanie nam tylko sześć czy dziesięć zdobycznych gubryjskich laserów, to co będziemy w stanie osiągnąć? Jestem gotowa zaatakować nieprzyjaciela na golasa, jeśli to konieczne, ale nie bez broni! — Jej brązowe oczy gorzały gniewem.
Fiben również się wściekł.
— Jesteś gotowa zaatakować! W takim razie dlaczego nie rzucisz się na te cholerne ptaszyska z zaostrzonym ołówkiem? To twoja ulubiona broń!
— To nieuczciwe! Robię te wszystkie notatki, bo…
Nie zdążyła skończyć odpowiedzi. Przerwał jej Max, który krzyknął:
— Kryć się!
Nagły świst przeszywanego powietrza przerodził się w wibrujący huk. Coś białego przemknęło z błyskiem niemal na poziomie wierzchołków drzew. Tam, gdzie przeleciało, zerwane z gałęzi liście opadały, wirując, na łąkę. Fiben nie przypominał sobie chwili, gdy padł za pokryty naroślami korzeń drzewa, wyjrzał jednak zza niego akurat na czas, by zobaczyć, jak nieziemski statek wzbija się w górę, okrąża szczyt odległego wzgórza i rozpoczyna lot powrotny.
Czuł leżącą obok Gailet. Max był po lewej. Wlazł już wysoko na gałęzie innego drzewa. Pozostali rozpłaszczyli się na ziemi po prawej stronie, bliżej skraju sadu. Fiben dostrzegł, jak jeden z nich unosi broń, gdy statek wywiadowczy zbliżył się ponownie.
— Nie! — krzyknął, zdając sobie sprawę, że jest już za późno.
Skraj łąki eksplodował. Kawałki darni pofrunęły w górę, jakby cisnęły je gniewne demony. W mgnieniu oka wir przedarł się przez pobliskie drzewa, wyrzucając w powietrze we wszystkich kierunkach fragmenty liści, gałęzi, ziemi, ciała i kości.
Gailet wbiła wzrok w ten chaos, aż żuchwa jej opadła. Fiben skoczył na swą towarzyszkę, na chwilę zanim fala eksplozji przetoczyła się nad nimi. Ocalałe drzewa trzeszczały, kołysane strumieniem powietrza. Równomierny deszcz szczątków spadł na plecy Fibena.
— Hmm-mmm!
Twarz Gailet wyłoniła się spod jego ramienia. Szymka wciągnęła powietrze.