Выбрать главу

— Złaź, kurde, ze mnie, zanim się uduszę, ty śmierdzący, zapchlony, nadgryziony przez mole…

Fiben ujrzał, że nieprzyjacielski samolot wywiadowczy zniknął za wzgórzem. — Chodź — powiedział pospiesznie, ciągnąc ją za rękę, by pomóc jej się podnieść. — Musimy się stąd zmywać.

Barwne przekleństwa Gailet ucichły nagle, gdy szymka wstała. Wciągnęła powietrze ujrzawszy to, czego dokonała gubryjska broń. Wytrzeszczyła oczy, jak to się często robi, gdy widok jest zbyt straszny, by w niego uwierzyć.

Kawałki drewna zostały gwałtownie przemieszane z okropnie wyglądającymi szczątkami trzech niedoszłych wojowników. Karabiny szymów leżały porozrzucane wśród tego zniszczenia.

— Jeśli masz zamiar złapać którąś z tych broni, to zaraz się pożegnamy, siostro.

Gailet mrugnęła, po czym potrząsnęła głową i wypowiedziała tylko jedno słowo. „Nie”. Została przekonana.

Nagle odwróciła się.

— Max!

Ruszyła w stronę miejsca, gdzie po raz ostatni widzieli jej wielkiego, ponurego służącego. W tej samej chwili jednak dotarł do nich dudniący dźwięk.

Fiben powstrzymał ją.

— Wojskowe transportery. Nie mamy czasu. Jeśli żyje i jest w stanie uciec, na pewno to zrobi. Chodźmy!

Warkot olbrzymich maszyn był coraz bliższy, lecz Gailet nadal się opierała.

— Och, na Ifni, pomyśl o ocaleniu swych notatek! — nalegał. To ją przekonało. Gailet pozwoliła na to, by powlókł ją za sobą.

Przez kilka kroków podążała za nim, utykając, lecz potem złapała rytm. Razem zaczęli biec. Niezła z niej dziewczyna — pomyślał Fiben, gdy znikali pod osłoną drzew. — Potrafi być upierdliwa, ale przynajmniej nie brak jej odwagi. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego, a nawet się nie porzygała.

Słucham? — wydawał się mówić inny cichy głos w jego głowie. — A kiedy ty widziałeś podobny syf? W porównaniu z tym bitwy w kosmosie są czyste i schludne.

Fiben przyznał sam przed sobą, że najważniejszy powód, dla którego sam się nie porzygał, to ten, że wolałby, by go diabli wzięli, niż miałby zwrócić śniadanie w obecności tej właśnie szymki. Nigdy nie sprawiłby jej takiej satysfakcji.

Przeszli razem z chlupotem przez błotnisty strumień, by poszukać schronienia jak najdalej stąd.

47. Athaclena

Teraz wszystko zależało od Benjamina.

Athaclena i Robert obserwowali ukryci wysoko na zboczu, jak ich przyjaciel zbliżył się do uziemionego gubryjskiego konwoju. Towarzyszyły mu dwa szymy, z których jeden wzniósł wysoko w górę flagę rozejmu. Jej godło było takie same, jak symbol Biblioteki — przeszyta promieniami spirala galaktycznej cywilizacji.

Szymscy emisariusze zdjęli ręcznie tkane ubrania. Byli teraz odziani w ceremonialne srebrzyste szaty skrojone według fasonu odpowiedniego dla dwunogów o ich kształcie i statusie. Potrzeba było odwagi, by podejść w ten sposób do pojazdów. Choć były uszkodzone — od przeszło pół godziny nie dostrzegano w nich żadnych znaków aktywności — trzy szymy nie mogły się nie zastanawiać, co uczyni nieprzyjaciel.

— Dziesięć do jednego, że ptaki spróbują najpierw wysłać robota — mruknął Robert z oczyma wlepionymi w scenę rozgrywające się na dole.

Athaclena potrząsnęła głową.

— Nie założę się, Robercie. Zauważ! Otwierają się drzwi środkowej barki.

Ze swego punktu obserwacyjnego widzieli dokładnie całą polanę. Ciemne ruiny budynków Centrum Howlettsa majaczyły nad wciąż jeszcze tlącym się poduszkowym czołgiem. Jego brat, z opadłymi bezużytecznie lufami, leżał nachylony na swych rozbitych ciśnieniowych osłonach bocznych.

Z jednej z uszkodzonych barek stojących pomiędzy dwiema zniszczonymi maszynami bojowymi wyłonił się wiszący w powietrzu kształt.

— Tak jest — Robert prychnął z niesmakiem. Faktycznie był to robot. Nad nim również powiewała flaga z podobnym wyobrażeniem przeszytej promieniami spirali.

— Cholerne ptaszyska nie przyznają, że szymy są na wyższym poziomie rozwoju niż dżdżownice, dopóki się ich do tego nie zmusi — skomentował Robert. — Spróbują użyć do prowadzenia negocjacji maszyny. Mam tylko nadzieję, że Benjamin pamięta, co ma robić.

Athaclena dotknęła ramienia Roberta, po części po to, by mu przypomnieć, aby nie podnosił głosu.

— Pamięta — powiedziała cicho. — Ma też do pomocy Elayne Soo.

Niemniej, przyglądając się tej scenie, oboje odczuwali nieokreślone wrażenie bezradności. To było zadanie na poziomie opiekunów. Nie powinno się wymagać od podopiecznych, by sami stawiali czoła podobnym sytuacjom.

Unosząca się w powietrzu maszyna — najwyraźniej jeden z gubryjskich robotów próbkujących, pośpiesznie przystosowany do celów dyplomatycznych — zatrzymała się w odległości czterech metrów przed zbliżającymi się szymami, które zdążyły już stanąć i rozwinąć swój sztandar. Robot wydał z siebie piskliwy świergot oburzenia, którego Athaclena i Robert nie byli w stanie dokładnie zrozumieć. Jego ton był jednak rozkazujący.

Dwa z szymów cofnęły się o krok, uśmiechając się nerwowo.

— Dasz sobie radę, Ben! — warknął Robert. Athaclena dostrzegła, że na jego dobrze umięśnionych ramionach pojawiły się węzły. Gdyby te wybrzuszenia były tymbrimskimi gruczołami przekształcającymi… Zadrżała pod wpływem tego porównania i ponownie zwróciła wzrok na rozgrywającą się w dole scenę.

Tam, w dolinie, szym Benjamin stał nieruchomo jak skała, najwyraźniej nie zwracając uwagi na maszynę. Czekał. Wreszcie tyrada robota dobiegła końca. Nastała chwila ciszy. Nagle Benjamin wykonał prosty ruch ramieniem — dokładnie tak, jak nauczyła go Athaclena — pogardliwie odmawiając przedmiotom martwym prawa uczestniczenia w sprawach istot rozumnych.

Robot zaskrzeczał ponownie, tym razem donośniej. W jego głosie brzmiała nuta desperacji.

Szymy po prostu stały i czekały. Nie raczyły nawet odpowiedzieć maszynie.

— Cóż za wyniosłość — westchnął Robert. — Świetnie, Ben. Pokaż im, że masz klasę. Mijały minuty. Żywy obraz nie uległ zmianie.

— Ten gubryjski konwój wjechał w góry bez osłon psi! — oznajmiła nagle Athaclena. Dotknęła swej prawej skroni. Jej korona zafalowała. — Albo też uległy one zniszczeniu podczas ataku. Tak czy inaczej jestem w stanie wyczuć, że robią się nerwowi.

Najeźdźcom pozostało jeszcze trochę czujników, które umożliwiały im wykrycie poruszeń w lesie, zbliżającego się do nich biegiem nieprzyjaciela. Wkrótce nadciągnie druga grupa szturmowa, w tym razem wyposażona w nowoczesną broń.

Ruch oporu trzymał swój najpotężniejszy atut w ukryciu, z myślą o zaskoczeniu. Antymateria miała tendencję do emitowania rezonansu, który można było wykryć z wielkiej odległości. Teraz jednak nadszedł czas na odsłonięcie wszystkich kart. Nieprzyjaciel wiedział już, że nie jest bezpieczny, nawet w swych pancernych wehikułach.

Nagle, bez żadnej ceremonii, robot wzbił się w górę i odleciał do centralnej barki. Następnie, po krótkiej przerwie, śluza otworzyła się ponownie i pojawiła się inna para emisariuszy.

— Kwackoo — oznajmił Robert.

Athaclena stłumiła glif syrtunu. Jej ludzki przyjaciel miał tendencję do obwieszczania rzeczy oczywistych.

Białe, puszyste czworonogi, wierni podopieczni Gubru, zbliżyły się do punktu wyznaczonego na negocjacje, gulgocąc do siebie z podniecenia. Wydawały się wielkie na tle szymów, gdy podeszły do nich od przodu. Z grubej opierzonej szyi jednego z nich zwisał generator głosu, lecz maszyna tłumacząca wciąż milczała.

Trzy szymy złożyły dłonie z przodu i pokłoniły się jak jeden, pochylając głowy pod kątem około dwudziestu stopni. Wyprostowały się i czekały.