Выбрать главу

Kwackoo po prostu stali bez ruchu. Było jasne, kto teraz ignoruje kogo.

Przez lornetkę Athaclena ujrzała, że Benjamin przemówił. Zaklęła na myśl, że musi na to wszystko patrzeć, a nic nie można usłyszeć.

Słowa szyma przyniosły jednak skutek. Kwackoo zaczęli ćwierkać i beczeć z podniecenia i oburzenia. Przez generator głosu popłynęły słowa. Były zbyt ciche, by mogła je usłyszeć, lecz przyniosły niemal natychmiastowy efekt. Benjamin nie czekał na koniec. On i jego towarzysze zabrali swój sztandar, odwrócili się i odmaszerowali.

— To świetny facet — powiedział z zadowoleniem Robert. Znał szymy. W tej chwili łopatki musiały je swędzieć straszliwie, lecz mimo to oddalały się spokojnym krokiem.

Dowódca Kwackoo zaprzestał przemowy. Wytrzeszczył oczy, zakłopotany, po czym zaczął podskakiwać i wydawać z siebie przenikliwe krzyki. Jego partner również sprawiał wrażenie bardzo podekscytowanego. Czekający na wzgórzu usłyszeli teraz wzmocniony głos generatora, rozkazujący: — … wracajcie!… — raz za razem.

Szymy nadal oddalały się w kierunku linii drzew, aż wreszcie At-haciena i Robert usłyszeli właściwe słowo.

— … wracajcie… PROSZĘ!…

Człowiek i Tymbrimka spojrzeli na siebie i obdarzyli się nawzajem uśmiechem. To była połowa tego, o co toczyła się walka.

Benjamin i jego grupa zatrzymali się nagle. Odwrócili się i wrócili spokojnym krokiem w poprzednie miejsce. Po raz drugi stanęli w milczeniu, czekając, z ozdobionym spiralą sztandarem. Wreszcie, drżąc pod wpływem tego, co musiało być dla nich straszliwym upokorzeniem, pierzaści emisariusze pokłonili się.

Był to płytki ukłon — nieznaczne zgięcie dwóch z czterech kolan — to jednak wystarczało. Podopieczni terminujący u Gubru uznali podopiecznych terminujących u ludzi za równych sobie.

— Mogli raczej wybrać śmierć — szepnęła Athaclena pełna podziwu, mimo że to właśnie miał osiągnąć jej plan. — Kwackoo liczą sobie już prawie sześćdziesiąt tysięcy ziemskich lat. Neoszympansy są rozumne dopiero od trzech stuleci, a ponadto to podopieczni dzikusów — wiedziała, że Robert nie poczuje się obrażony jej doborem słów. — Kwackoo są wystarczająco zaawansowani w procesie Wspomagania, by mieć prawo wybrać śmierć zamiast czegoś takiego. Oni i Gubru muszą być oszołomieni. Nie pomyśleli o implikacjach. Zapewne niemal nie mogą uwierzyć, że to naprawdę się dzieje.

Robert uśmiechnął się.

— Poczekaj tylko, aż usłyszą resztę. Pożałują, że nie wybrali łatwego wyjścia.

Szymy odpowiedziały pokłonem pod takim samym kątem. Potem, gdy cała ta przykra etykieta była już załatwiona, jedna z wielkich ptakopodobnych istot powiedziała coś szybko. Jej generator głosu wymamrotał tłumaczenie na anglic.

— Kwackoo zapewne żądają rozmowy z tymi, którzy dowodzili zasadzką — zauważył Robert. Athaclena zgodziła się z jego słowami.

Benjamin zdradził swą nerwowość tym, że odpowiadając użył rąk. To jednak nie stanowiło większego problemu. Wskazał gestem na ruiny, na zniszczone czołgi poduszkowe, na bezradne barki oraz otaczający ich las, w którym ze wszystkich stron zbliżały się żądne zemsty oddziały, by dokończyć roboty.

— Mówi im, że to on jest dowódcą.

To, rzecz jasna, przewidywał scenariusz. Athaclena, pisząc go, cały czas odczuwała zdumienie, z jaką łatwością przestawiła się z subtelnej tymbrimskiej sztuki naciągania faktów na bardziej bezpośrednią ludzką technikę otwartego kłamstwa.

Gestykulacja Benjamina pomagała jej śledzić rozmowę. Miała wrażenie, że za pomocą empatii oraz własnej wyobraźni może niemal wypełnić wszystkie luki.

— Utraciliśmy naszych opiekunów — brzmiał wyuczony tekst Benjamina. — Wy i wasi panowie zabraliście ich nam. Tęsknimy za nimi i pragniemy ich powrotu. Niemniej wiemy, że bezradna żałoba nie sprawiłaby, by byli z nas dumni. Jedynie drogą czynu możemy pokazać, jak dobrze zostaliśmy wspomożeni. W związku z tym postępujemy tak, jak nas nauczyli — zachowujemy się jak rozumne stworzenia obdarzone myślą i honorem. Dlatego więc, w imię honoru i Kodeksów Wojny, domagam się teraz, byście wy i wasi panowie dali parol albo też ponieśli konsekwencje naszego legalnego i sprawiedliwego gniewu!

— To mu się uda — szepnęła na wpół zdumiona Athaclena.

Robert kaszlnął. Starał się nie roześmiać w głos. W miarę jak Benjamin mówił, Kwackoo sprawiali wrażenie coraz bardziej strapionych. Gdy skończył, opierzone czworonogi podskoczyły w górę i zaskrzeczały. Sapały, muskały swe pióra i wyrażały głośne sprzeciwy.

Benjamin jednak nie dał się zastraszyć. Sprawdził chronometr na ręce, po czym wypowiedział trzy słowa.

Kwackoo nagle zaprzestali protestów. Z pewnością otrzymali rozkazy, gdyż naraz pokłonili się ponownie, odwrócili i pognali galopem do centralnie usytuowanej barki.

Słońce wzniosło się już ponad linię wzgórz na wschodzie. Smugi światła poranka lśniły pomiędzy powalonymi drzewami. Na obszarze, gdzie prowadzono rokowania, zrobiło się ciepło, szymy jednak stały i czekały. Od czasu do czasu Benjamin spoglądał na zegarek i mówił na głos, ile czasu zostało.

Athaclena widziała, jak na skraju lasu specjalna ekipa montuje ich jedyny miotacz antymaterii. Z pewnością Gubru również byli tego świadomi. Słyszała, jak Robert cicho odlicza minuty.

Wreszcie — w gruncie rzeczy niemal w ostatniej chwili — włazy wszystkich trzech poduszkowców otworzyły się. Z każdego z nich wyszła procesja. Prowadził ją cały kontyngent Gubru ubranych w połyskujące szaty starszych opiekunów. Nucili pieśń w wysokiej tonacji. Akompaniował im bas ich wiernych Kwackoo.

To widowisko miało swe korzenie w starożytnej tradycji. Sięgały one epok znacznie dawniejszych niż czasy, gdy życie na Ziemi po raz pierwszy wypełzło na brzeg. Nie było trudno sobie wyobrazić, jak podenerwowani musieli być Benjamin i pozostali, gdy ci, którzy mieli być zwolnieni na parol, zebrali się przed nimi. Robert sam poczuł suchość w ustach.

— Pamiętaj, żeby pokłonić się jeszcze raz — odezwał się szeptem.

Athaclena uśmiechnęła się. Korona zapewniała jej tu przewagę.

— Nie obawiaj się, Robercie. Będzie pamiętał.

Rzeczywiście Benjamin złożył z przodu dłonie, okazując głęboki szacunek należny starszemu opiekunowi od pozdrawiającego go młodszego podopiecznego. Szymy pokłoniły się nisko.

Jedynie błysk bieli zdradził fakt, że Benjamin uśmiecha się od ucha do ucha.

— Robercie — odezwała się Athaclena, kiwając głową z satysfakcją. — Twoi ziomkowie zrobili bardzo dobrą robotę z ich ziomkami w ciągu zaledwie czterystu lat.

— Nie przypisuj zasługi nam — odparł. — To wszystko było na miejscu w stanie surowym już od początku.

Zwolnione na parol ptaszyska ruszyły w stronę doliny Sindu na piechotę. Niewątpliwie niedługo przybędzie po nie transport, gdyby jednak nawet tak się nie stało, Athaclena nakazała wysłać wiadomość, że mają dotrzeć do swej bazy nie niepokojone. Każdy szym, który dotknąłby choć jednego piórka, zostałby wyjęty spod prawa, jego plazma wylana do ścieku, a linii genetycznej położony kres. Sprawa była aż tak poważna.

Procesja zniknęła w dali na górskiej drodze. Wtedy zaczęła się ciężka praca.

Ekipy szymów pognały do porzuconych wehikułów, by je ogołocić ze wszystkiego, co dało się zabrać, w ciągu drogocennej chwili przed przybyciem odwetu. Goryle pochrapywały niecierpliwie, iskały się nawzajem i gestykulowały do siebie, oczekując na ładunki, które miały zabrać pomiędzy wzgórza.

Athaclena zdążyła już przenieść swój punkt dowodzenia na pokrytą kamiennymi szpikulcami grań położoną o dwie mile dalej pomiędzy górami. Obserwowała przez lornetkę, jak ostatnie łupy ładowano na plecy i zabierano, pozostawiając w cieniu zburzonych budynków niemal puste kadłuby.