Robert oddalił się znacznie wcześniej, gdyż na to nalegała. Jutro wyruszał z kolejną misją i potrzebny mu był odpoczynek.
Jej korona zafalowała, gdy wykennowała Benjamina, zanim dał się słyszeć odgłos jego stóp cicho uderzających w ścieżkę. Kiedy przemówił, jego głos brzmiał poważnie.
— Pani generał, odebraliśmy za pośrednictwem sygnalizatorów wiadomość, że ataki w Sindzie zakończyły się niepowodzeniem. Wysadzono w powietrze kilka nieziemniackich konstrukcji, ale reszta akcji była niemal totalną katastrofą.
Athaclena zamknęła oczy. Spodziewała się tego, choćby dlatego, że w mieście istniały poważne problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa. Fiben podejrzewał, że tamtejszy ruch oporu został zinfiltrowany przez zdrajców.
Mimo to Athaclena nie zakazała tych ataków. Przyniosły one poważne korzyści — odwróciły uwagę gubryjskich sił obronnych i dostarczyły ich zdolnym do szybkiego reagowania myśliwcom zajęcia daleko stąd. Miała tylko nadzieję, że nie nazbyt wiele szymów straciło życie, ściągając na siebie gniew najeźdźców.
— Jedno drugie równoważy — oznajmiła swemu adiutantowi. Wiedziała, że ich zwycięstwa będą musiały mieć charakter symboliczny. Próba przepędzenia nieprzyjaciół z siłami, jakimi dysponowali, byłaby daremna. Ze swym coraz większym talentem do przenośni porównała to do sytuacji gąsienicy próbującej przesunąć drzewo.
Nie, jeżeli uda się nam cokolwiek osiągnąć, to tylko dzięki chytrości.
Benjamin odchrząknął. Athaclena spojrzała na niego.
— Nadal nie jesteś przekonany, że powinniśmy im pozwolić odejść żywym — stwierdziła. Szym skinął głową.
— Nie, ser, nie jestem. Chyba zrozumiałem część z tego, co mi pani mówiła o symbolizmie i tym wszystkim… i jestem dumny, że zdaje się pani sądzić, iż dobrze sobie poradziliśmy z ceremonią zwolnienia na parol. Nadal jednak sądzę, że powinniśmy spalić ich wszystkich.
— Dla zemsty?
Benjamin wzruszył ramionami. Oboje wiedzieli, że takie były uczucia większości szymów. Symbole nie obchodziły ich w najmniejszym stopniu. Ziemskie gatunki miały tendencję do spoglądania na wszystkie te pokłony i trudno uchwytne podziały klasowe Galaktów jako na afektowaną głupotę dekadenckiej, znajdującej się w ślepej uliczce cywilizacji.
— Pani wie, że nie o to chodzi — odparł. — Zgodziłbym się z pani rozumowaniem, że osiągnęliśmy tu dzisiaj znaczący sukces tylko dzięki temu, że skłoniliśmy ich, by z nami rozmawiali, gdyby nie jeden szczegół.
— Mianowicie jaki?
— Ptaki miały okazję powęszyć w centrum. Widziały ślady Wspomagania. Nie mogę też wykluczyć możliwości, że dostrzegły między drzewami same goryle! — Benjamin potrząsnął głową. — Po prostu sądzę, że po tym fakcie nie powinniśmy byli pozwolić im stąd odejść — dodał.
Athaclena położyła dłoń na ramieniu swego adiutanta. Nie odezwała się, ponieważ wyglądało na to, że nic się tu więcej nie da powiedzieć.
Jak mogła wytłumaczyć Benjaminowi tę sprawę?
Ponad jej głową nabrało kształtu syulff-kuonn. Zawirowało, pełne zadowolenia z obrotu rzeczy. Rzeczy, które zaplanował jej ojciec.
Nie, nie mogła wyjaśnić szymowi, że nalegała, by zabrali ze sobą goryle i uczynili je elementem akcji dlatego, że miało to stanowić część długiego, pogmatwanego i bardzo złośliwego żartu.
48. Fiben i Gailet
— Trzymaj głowę nisko! — warknął Fiben.
— Czy przestaniesz na mnie pokrzykiwać! — odparła gniewnie Gailet. Podniosła oczy jedynie do poziomu szczytów otaczających ich źdźbeł trawy. — Chcę tylko zobaczyć, czy…
Słowa urwały się, gdy Fiben zbił ją z ramion, na których się wspierała. Wylądowała, wypuszczając z jękiem powietrze, i przetoczyła się na bok, wypluwając ziemię.
— Ty ospowaty, zapchlony…
Oczy Gailet pozostały wymowne nawet wtedy, gdy dłoń Fibena zatkała mocno jego usta.
— Powiedziałem ci — szepnął. — Mają takie czujniki, że jeśli ty ich nie widzisz, to znaczy, że oni muszą widzieć ciebie. Nasza jedyna szansa to pełznąć jak robaki, dopóki nie znajdziemy sposobu na wtopienie się z powrotem w cywilną populację szymów!
Z niewielkiej odległości dobiegło ich brzęczenie maszyn rolniczych. Ten dźwięk przyciągnął ich tutaj. Gdyby tylko udało się im zbliżyć na tyle, by zmieszać się z farmerami, mogliby jeszcze umknąć z niewodu zarzuconego przez najeźdźców.
O ile Fiben się orientował, on i Gailet mogli być jedynymi ocalonymi z nieszczęsnego powstania w dolinie. Trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób górscy partyzanci pod dowództwem Athacleny mogliby poradzić sobie lepiej. Z miejsca, w którym leżał, insurekcja wydawała się całkowicie zdławiona.
Cofnął rękę z ust Gailet.
Gdyby spojrzenie mogło zabić — pomyślał na widok wyrazu jej oczu. Z włosami zbitymi w kłaki i splamionymi błotem nie przypominała zbytnio spokojnej szymskiej intelektualistki.
— Myślałam… że… powiedziałeś… — szeptała z zastanowieniem, podkreślając, że panuje nad sobą — iż nieprzyjaciel nie może nas wykryć, jeśli mamy na sobie tylko materiały miejscowego pochodzenia.
— Pod warunkiem, że jest leniwy i polega tylko na swej tajnej broni. Nie zapominaj jednak, że dysponuje on również podczerwienią, radarem, sonarem sejsmicznym, psi… — przerwał nagle. Z jego lewej strony nadciągał cichy jęk. Jeśli była to żniwiarka, którą słyszeli uprzednio, może będą mieli okazję na nią wskoczyć.
— Zaczekaj tutaj — szepnął. Gailet złapała go za nadgarstek.
— Nie! Idę z tobą! — spojrzała szybko w lewo i w prawo, po czym opuściła wzrok. — Nie… nie zostawiaj mnie samej. Fiben przygryzł wargę.
— No dobra. Ale trzymaj się nisko, tuż za mną.
Posuwali się jedno za drugim, tuż ponad gruntem. Jęk stawał się powoli coraz głośniejszy. Po chwili Fiben poczuł słabe mrowienie przebiegające w górę po tyle jego szyi.
— Grawitory — pomyślał. — Blisko.
Nie zdawał sobie sprawy, jak blisko, dopóki maszyna nie przemknęła ponad koniuszkami źdźbeł trawy. Ujrzał ją w odległości zaledwie dwóch metrów.
Spodziewał się wielkiego wehikułu. Ten przedmiot był jednak mniej więcej wielkości piłki do koszykówki. Pokrywały go srebrzyste i szkliste gałki — czujniki. Kołysał się łagodnie na popołudniowym wietrzyku, obserwując ich.
O kurde!
Fiben westchnął, usiadł na pośladkach i pozwolił, by ręce opadły mu na znak rezygnacji. W niewielkiej odległości słyszał ciche głosy, niewątpliwie należące do właścicieli urządzenia.
— To robot bojowy, prawda? — zapytała zmęczonym głosem Gailet.
Skinął głową.
— Tropiciel. Chyba tani model. Niemniej wystarczająco dobry, by nas znaleźć i zatrzymać.
— Co zrobimy? Wzruszył ramionami.
— A co możemy zrobić? Lepiej się poddajmy. Za plecami jednak przesiewał palcami ciemną ziemię, aż wreszcie zacisnął je na gładkim kamieniu. Odległe głosy zbliżały się w ich stronę. Co tam, do licha — pomyślał.
— Posłuchaj, Gailet Kiedy się ruszę, padnij. Wydostań się stąd Zanieś te notatki do Athacleny, jeśli jeszcze żyje.
Potem, zanim zdążyła zadać jakiekolwiek pytania, wydał z siebie krzyk i cisnął z całej siły kamieniem.
Kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie. W prawym nadgarstku Fibena eksplodował ból. Nastąpił błysk tak jasny, ze go oślepił. Potem, podczas jego skoku do przodu, niezliczone bolesne ukłucia przebiegły w górę i w dół jego klatki piersiowej.