Gdy Fiben leciał w stronę maszyny, ogarnęło go dziwne wrażenie, mówiące mu, ze dokonał już wcześniej tego czynu — przeżył ten konkretny, gwałtowny moment — nie raz czy dwa, lecz sto razy, w stu poprzednich życiach. Fala odczucia mówiącego mu, ze zna tę sytuację, zalała go w chwili, gdy leciał przez pulsujące pole grawitorów w stronę robota, by owinąć się wokół nieziemskiej maszyny.
Świat podskakiwał i kręcił się, gdy przedmiot próbował go zrzucić Jego laser strzelał do cienia napastnika Trawy ogarnęły płomienie Fiben trzymał się kurczowo. Pola i niebo zlały się w wywołującą mdłości plamę.
Wydawało się, ze sztucznie wzbudzone poczucie deja vu naprawdę mu pomogło. Fiben miał wrażenie, ze robił to już niezliczoną ilość razy. Mały racjonalny kącik jego umysłu wiedział, że tak nie było, lecz zakłócona pamięć mówiła co innego i dawała mu fałszywe poczucie pewności, którego bardzo potrzebował w chwili, gdy odważył się rozluźnić uchwyt zranionej prawej dłoni, by po szukać nią skrzynki kontrolnej robota.
Ziemia i niebo zlały się ze sobą Fiben połamał sobie paznokieć, gdy podważył pokrywkę i wyłamywał zamek. Sięgnął ręką do śródka i złapał za przewody.
Maszyna kręciła się i przechylała, jak gdyby wyczuwała jego zamiary. Nogi Fibena straciły uchwyt i spadły błyskawicznie z robota. Rzucało nim wkoło jak szmacianą lalką. Gdy jego lewa ręka puściła, trzymał się tylko samych drutów słabnącą prawą dłonią. Wirował, wirował i wirował…
W owej chwili tylko jedna rzecz na świecie nie była plamą — soczewka lasera robota znajdująca się bezpośrednio przed nim.
Żegnaj — pomyślał i zamknął oczy.
Nagle coś się urwało. Fiben poleciał na bok, wciąż trzymając w prawej dłoni druty. Gdy padł z łoskotem na ziemię, sprawiło mu to niemal zawód. Krzyknął. Zatrzymał się tuz przed jednym z tlących się ogni.
Och, czuł ból. Jego żebra były obolałe, zupełnie jakby jedna z wielkich samic goryla w Centrum Howlettsa okazywała mu uczucia przez całą noc. Strzelano do niego co najmniej dwa razy. Niemniej spodziewał się, że zginie. Bez względu na to, co stanie się później, dobrze było być żywym.
Zamrugał powiekami, by usunąć z oczu piasek i sadzę. W odległości pięciu metrów szczątki gubryjskiej sondy syczały i trzeszczały wewnątrz pierścienia poczerniałej, dymiącej trawy. To tyle, jeśli chodzi o sławetną jakość galaktycznej maszynerii.
Co za nieziemniacki kanciarz sprzedał Gubru takie gówno? — zastanowił się Fiben. — Nie przeszkadzałoby mi nawet, gdyby to był Jophuranin złożony z dziesięciu śmierdzących pierścieni z sokiem. Pocałowałbym go natychmiast. Daję słowo.
Podniecone głosy. Biegnące stopy. Fiben poczuł nagły przypływ nadziei. Spodziewał się, że Gubru przyjdą po swą strąconą sondę, to jednak były szymy! Skrzywił się i złapał za bok, zdołał jednak wstać. Uśmiechnął się.
Uśmiech zamarł na jego ustach, gdy ujrzał, kto się zbliża.
— No, no, co my tu mamy? Sam pan Niebieska Karta! Wyglądasz jakbyś znowu pokonywał tor przeszkód, chłopczyku z college’u. Najwyraźniej nie potrafisz zrozumieć, kiedy jesteś pokonany.
Był to wysoki szen ze starannie wygolonymi włosami na twarzy oraz elegancko nawoskowanymi i podkręconymi wąsami. Fiben rozpoznał przywódcę bandy nadzorowanej z „Małpiego Grona”, który używał imienia Irongrip.
Dlaczego — ze wszystkich szymów na świecie — musiał to być akurat on?
Zjawili się inni. Na jaskrawych kombinezonach pojawił się dodatkowy szczegół — szarfa oraz przepaska na ramieniu — obie oznaczone tym samym godłem… wyciągniętą ptasią łapą z trzema ostrymi szponami lśniącymi w holograficznej groźbie.
Zebrali się wokół niego, uzbrojeni w zmodyfikowane szablokarabiny. Niewątpliwie byli to członkowie nowej milicji kolaborantów, o której on i Gailet słyszeli już wcześniej pogłoski.
— Pamiętasz mnie, chłopczyku z college’u? — zapytał uśmiechnięty Irongrip. — Tak, myślałem, że mnie zapamiętasz. Ja ciebie z pewnością nie zapomniałem.
Fiben westchnął, gdy ujrzał, jak przyprowadzili Gailet Jones. Trzymało ją mocno dwóch innych nadzorowanych.
— Nic ci nie jest? — zapytała cicho.
Nie potrafił odczytać wyrazu jej oczu. Fiben skinął głową. Wydawało się, że niewiele można powiedzieć.
— No chodźcie, moje młode genetyczne piękności — Irongrip roześmiał się i złapał Fibena mocno tuż nad jego zranionym prawym nadgarstkiem. — Znam parę osób, z którymi chcielibyśmy was zapoznać. Tym razem nie będzie żadnych nieprzewidzianych przeszkód.
Fiben musiał oderwać wzrok od Gailet, gdy szarpnięty za ramię zatoczył się przed siebie chwiejnym krokiem. Brak mu było sił na stawianie bezcelowego oporu.
Gdy nadzorowani powlekli go ze sobą przodem, przed Gailet, po raz pierwszy miał okazję, by się rozejrzeć. Zobaczył, że znajdują się w odległości zaledwie kilkuset metrów od granicy Port Helenia! Para wybałuszających oczy szymów w ubiorach roboczych spoglądała na nich ze stopni nadwozia pobliskiego kultywatora.
Fibena i Gailet poprowadzono ku małej bramie we wzniesionej przez nieziemców barierze przebiegającej falistą linią przez okolicę niczym sieć, która opadła szczelnie na ich życie.
49. Galaktowie
Suzeren Poprawności dał wyraz swemu podnieceniu poprzez tukanie i odtańczenie krótkiej serii podskoków na swej Grzędzie Deklamacji. Te na wpół uformowane robaki naprawdę opóźniały stawienie się przed jego sądem, powstrzymując się od udzielenia informacji przez więcej niż obrót planetarny!
Co prawda wszyscy ocaleni z górskiej zasadzki wciąż byli w stanie szoku. Ich pierwszą myślą było zgłoszenie się do dowództwa armii, ta zaś, zajęta likwidowaniem ostatniego z nieudanych powstań na pobliskich równinach, kazała im czekać. Ostatecznie jakie znaczenie miała niewielka utarczka w górach w porównaniu z niemal udanym atakiem na baterię obrony przed atakiem z głębokiego kosmosu?
Suzeren był w stanie zrozumieć, w jaki sposób dochodzi do podobnych omyłek, niemniej jednak przyprawiało go to o frustrację. Wydarzenie w górach było w rzeczywistości znacznie ważniejsze niż wszystkie pozostałe wybuchy dzikiej aktywności partyzanckiej.
— Powinniście byli się unicestwić — wyeliminować — spowodować własny koniec!
Suzeren wyćwierkał i wytańczył swe potępienie przed gubryjskimi uczonymi. Pióra specjalistów wciąż były nastroszone i nie wymuskane po długiej wędrówce przez wzgórza. Teraz pogrążyli się jeszcze głębiej w przygnębieniu.
— Akceptując zwolnienie na parol naraziliście na szwank — wyrządziliście szkodę — umniejszyliście naszą poprawność i honor — zakończył swą reprymendę suzeren.
Gdyby to byli wojskowi, najwyższy kapłan mógłby zażądać odszkodowań od nich i od ich rodzin. Większość członków eskorty została jednak zabita, a uczeni byli zwykle mniej zainteresowani sprawami poprawności niż żołnierze i mniej o nich wiedzieli.
Suzeren postanowił im wybaczyć.
— Niemniej wasza decyzja jest zrozumiała — otrzymuje sankcję. Dotrzymamy warunków waszego parolu.
Technicy zatańczyli z ulgi. Gdy wrócą do domu, nie spotka ich poniżenie, ani nic gorszego. Władze nie wyprą się ich uroczyście złożonego słowa. Będzie ono jednak kosztowne. Ci uczeni muszą natychmiast opuścić układ planetarny Garthu i nie można ich będzie zastąpić przez co najmniej rok. Ponadto trzeba będzie wypuścić na wolność równą liczbę ludzi!