A ja nigdy nie chciałam, by mój syn został bohaterem — zdała sobie sprawę. — Choć odnosiłam się do niego tak krytycznie, chyba nigdy nie pragnęłam, by stał się choć trochę podobny do Sama.
Po pierwsze, gdyby Robert nie okazał się tak zaradny, mógłby być teraz bezpiecznie internowany na wyspach wraz z resztą ludzkiej populacji, oddając się swoim hobby playboya w towarzystwie przyjaciół, zamiast zaangażować się w beznadziejną, bezużyteczną walkę z wszechpotężnym wrogiem. Cóż — uspokajała się. — W tym liście zapewne przesadza. Po lewej stronie zdumione szepty zdawały się być coraz wyraźniejsze, w miarę jak członkowie rządu w ukryciu zagłębiali się w treść wiadomości napisanej drukowanymi literami na korze drzewa przy użyciu atramentu domowej roboty.
— Sukinkot! — usłyszała przekleństwo pułkownika Millchampa. — To dlatego zawsze wiedzieli, gdzie jesteśmy i co planujemy, zanim jeszcze zdążyliśmy zacząć!
Megan zbliżyła się do stołu.
— Proszę mi to streścić, pułkowniku.
Millchamp spojrzał na nią. Korpulentny oficer milicji o czerwonej twarzy potrząsał kilkoma arkuszami, aż wreszcie ktoś złapał go za ramię i wyrwał mu je z ręki.
— Włókna optyczne! — krzyknął. Megan potrząsnęła głową.
— Przepraszam?
— Dodali coś do nich! Każdy przewód, kabel telefoniczny, potok telekomunikacyjny… niemal cały sprzęt elektroniczny na planecie! Wszystkie nastrojono tak, by rezonowały na paśmie prawdopodobieństwa, na którym te cholerne ptaszyska mogą nadawać… — pułkownika Millchampa zatkało z gniewu. Odwrócił się i odszedł.
Zakłopotanie Megan musiało być widoczne.
— Może ja mogę to wytłumaczyć, pani koordynator — odezwał się John Kylie, wysoki mężczyzna z żółtawą cerą człowieka, który całe życie był astronautą. W czasie pokoju Kylie wykonywał zawód kapitana wewnątrzukładowego cywilnego frachtowca. Jego handlowy statek wziął udział w parodii bitwy kosmicznej i był jednym z nielicznych, które ocalały — jeśli było to właściwe określenie. Pokonany, sponiewierany, zmuszony na koniec do ostrzeliwania gubryjskich planetoid bojowych ze swego lasera łącznościowego wrak Espemnzy zdołał wrócić do Port Helenia jedynie dzięki temu, że nieprzyjaciel bez pośpiechu konsolidował swe panowanie nad układem Gimelhai. Jej kapitan służył teraz Megan jako doradca do spraw floty.
Kylie wyglądał na wstrząśniętego.
— Pani koordynator, czy pamięta pani ten znakomity interes, jaki zrobiliśmy, hmm, dwadzieścia lat temu, kiedy nabyliśmy oddaną pod klucz fabrykę elektroniczno-fotoniczną? Była to najnowocześniejsza, miniaturowa, automatyczna fabryczka — znakomita dla małego świata kolonialnego, takiego jak nasz.
Megan skinęła głową.
— Koordynatorem był wtedy pański wuj. Mam wrażenie, że pierwszą pańską misją handlową była finalizacja negocjacji i sprowadzenia fabryki na Garth.
Kylie przytaknął. Sprawiał wrażenie przygnębionego.
— Jeden z jej głównych produktów to włókna optyczne. Była wówczas garstka ludzi, którzy twierdzili, że propozycja, jaką nam złożyli Kwackoo była po prostu zbyt korzystna, by mogła być uczciwa. Kto jednak mógłby sobie wyobrazić, że będą planować coś takiego? W tak odległej przyszłości? Z myślą o mało prawdopodobnej możliwości, że któregoś dnia…
Megan wciągnęła powietrze.
— Kwackoo! To podopieczni…
— Podopieczni Gubru — Kylie skinął głową. — Te cholerne ptaszyska już wtedy musiały przypuszczać, że coś takiego może się kiedyś zdarzyć.
Megan przypomniała sobie to, co próbował jej wpoić Uthacalthing — że plany Galaktów mają charakter długofalowy i że są oni cierpliwi niczym planety na swych orbitach.
Ktoś inny odkaszlnął. Był to major Prathachulthorn, niski, potężnie zbudowany oficer Terrageńskiej Piechoty Morskiej. On i jego mały oddział byli jedynymi zawodowymi żołnierzami pozostałymi po bitwie w kosmosie i rozpaczliwym geście, jakim było stawienie oporu w kosmoporcie Port Helenia. Millchamp i Kylie zostali już przeniesieni do rezerwy.
— To nadzwyczaj poważna sytuacja, pani koordynator — stwierdził Prathachulthorn. — Włókna optyczne pochodzące z tej fabryki stosowano w niemal całym sprzęcie wojskowym i cywilnym produkowanym na tej planecie. Wmontowano je w prawie każdy budynek. Czy możemy pokładać wiarę w odkryciach pani syna?
Megan omal nie wzruszyła ramionami, lecz jej instynkt polityka powstrzymał ją w ostatniej chwili.
Skąd, u diabła, mam wiedzieć? — pomyślała. — Ten chłopak jest dla mnie obcy.
Spojrzała na małego szena, który omal nie zginął, przynosząc wiadomość od Roberta. Nigdy sobie nie wyobrażała, że jej syn może natchnąć kogoś do takiego poświęcenia.
Megan zadała sobie pytanie, czy jest zazdrosna.
Jako następna przemówiła żołnierz-kobieta.
— Raport jest podpisany również przez Tymbrimkę Athaclenę — wskazała porucznik Lydia McCue. Młoda oficer wydęła wargi. — To dodatkowe źródło weryfikacji — zasugerowała.
— Z całym szacunkiem, Lydio — odparł major Prathachulthorn. — Ta tymka to jeszcze prawie dziecko.
— To córka ambasadora Uthacalthinga! — odwarknął Kylie. — Ponadto szymscy technicy również pomagali w przeprowadzaniu eksperymentów.
Prathachulthorn potrząsnął głową.
— A więc nie mamy żadnych naprawdę kompetentnych świadków.
Kilku członków rady wciągnęło głośno powietrze. Jedyna wśród nich przedstawicielka neo szympansów, doktor Suzinn Benirshke, zaczerwieniła się i opuściła wzrok, spoglądając na stół. Prathachulthorn jednak najwyraźniej nie zdawał sobie nawet sprawy, że powiedział coś obraźliwego. Major nie słynął z wielkiego taktu.
Ponadto jest z piechoty morskiej — pomyślała Megan. Ten korpus stanowił elitarne terrageńskie siły bojowe. Wśród jego członków liczba delfinów i szymów była najmniejsza. Jeśli już o tym mowa, piechota morska rekrutowała głównie mężczyzn i stanowiła ostatni bastion staromodnego seksizmu.
Komandor Kylie przerzucił nierówno obcięte strony raportu Roberta Oneagle’a.
— Musi pan jednak przyznać, majorze, że ten scenariusz brzmi prawdopodobnie. To tłumaczyłoby nasze niepowodzenia oraz całkowitą niemożliwość nawiązania kontaktu z wyspami czy kontynentem.
Major Prathachulthorn skinął po chwili głową.
— Tak, to wiarygodne. Niemniej jednak powinniśmy przeprowadzić własne badania, zanim zaczniemy działać tak, jakby było to pewne.
— O co chodzi, majorze? — zapytał Kylie. — Nie podoba się panu myśl o rezygnacji z laserowego karabinu fazowego i zastąpienia go łukiem i strzałami?
Odpowiedź Prathachulthorna była zaskakująco łagodna.
— W żadnym razie, ser, pod warunkiem, że nieprzyjaciel będzie wyekwipowany w podobny sposób. Problem tkwi w tym, że tak nie jest.
Przez długą chwilę panowała cisza. Wydawało się, że nikt nie ma już nic do dodania. Przerwa zakończyła się, gdy do stołu wrócił pułkownik Millchamp. Uderzył w blat płaską dłonią.
— Tak czy inaczej, jaki jest sens oczekiwania? Megan zmarszczyła brwi.
— Co ma pan na myśli, pułkowniku? Millchamp warknął.
— To, że tutaj z naszych sił nie ma żadnego pożytku — odparł. — Wariujemy tu powoli z bezruchu, podczas gdy w tej samej chwili Ziemia może walczyć o własne przetrwanie.
— Na dystansach międzygwiezdnych nie istnieje nic takiego jak „w tej samej chwili” — zauważył komandor Kylie. — Jednoczesność to mit. Ten koncept jest mocno osadzony w anglicu i innych ziemskich językach, ale…