Выбрать главу

— Och, daj spokój z metafizyką! — burknął Millchamp. — Ważne jest to, że możemy zaszkodzić wrogom Ziemi! — podniósł arkusze kory. — Dzięki tym partyzantom wiemy, gdzie Gubru rozmieścili wiele ze swych ważniejszych położonych na planecie obiektów. Bez względu na to, jakie cholerne, wygrzebane w Bibliotece sztuczki mają te ptaszyska schowane w piórkach, nie mogą nam przeszkodzić w odpaleniu w nie naszych migokrętów!

— Ale…

— Ukryliśmy trzy sztuki. Nie użyliśmy żadnych podczas bitwy w kosmosie i Gubru nie mogą wiedzieć, że coś takiego mamy. Te pociski są podobno skuteczne przeciwko Tandu — niech diabli porwą ich siedmiokomorowe serca — więc z pewnością wystarczą na naziemne cele gubryjskie!

— I jaka będzie z tego korzyść? — zapytała spokojnym tonem porucznik McCue.

— Możemy skrzywić kilka gubryjskich dziobów! Ambasador Uthacalthing powiedział nam, że w galaktycznych wojnach wielką rolę odgrywają symbole. W tej chwili Gubru mogą udawać, że prawie nie stawiliśmy im oporu. Jednakże symboliczne uderzenie, które zada im straty, przekona całe Pięć Galaktyk, że nie pozwolimy sobą pomiatać!

Megan Oneagle uszczypnęła się w grzbiet nosa. Przemówiła z zamkniętymi oczyma:

— Zawsze wydawało mi się dziwne, że charakterystyczny dla moich indiańskich przodków koncept „symbolicznego ciosu” znalazł dla siebie miejsce w hipertechnologicznej galaktyce — podniosła wzrok. — Rzeczywiście może dojść do tego, o ile nie znajdziemy innego sposobu na skuteczne działanie. Pamiętacie też jednak z pewnością, że Uthacalthing doradzał również cierpliwość — potrząsnęła głową. — Proszę spocząć, pułkowniku Millchamp. Niech wszyscy usiądą. Jestem zdecydowana nie marnować naszych sił na gest, dopóki nie będę pewna, że jest to jedyna rzecz, jaką możemy uczynić przeciw nieprzyjacielowi. Pamiętajcie, że niemal wszyscy ludzie na planecie przebywają na wyspach jako zakładnicy. Ich życie jest zależne od dawek gubryjskiego antidotum. Zaś na kontynencie mieszkają biedne szymy, które praktycznie biorąc pozostawiono samym sobie.

Oficerowie usiedli za stołem konferencyjnym z przygnębionymi minami.

Czują się sfrustrowani — pomyślała Megan. — Nie mogę mieć o to do nich pretensji.

Gdy zaczęło zanosić się na wojnę i przystąpiono do układania planów stawienia oporu inwazji, nikt nawet nie zasugerował możliwości zaistnienia podobnej sytuacji. Być może ludzie mający więcej doświadczenia w zawiłościach Wielkiej Biblioteki — w tajemniczej sztuce wojny znanej liczącym sobie eony Galaktom — mogliby być lepiej przygotowani. Gubryjska taktyka zrobiła sieczkę z ich skromnych planów obronnych.

Megan nie wymieniła ostatniego z powodów, dla których nie chciała usankcjonować gestu. Ludzie byli znani ze swej naiwności w sprawach galaktycznego protokołu. Mogliby spartaczyć cios zadany w imię honoru i w ten sposób dać wrogowi pretekst do popełnienia jeszcze większych okrucieństw.

Och, cóż za ironia. Jeśli Uthacalthing miał rację, to maleńki ziemski statek znajdujący się gdzieś na drugim końcu Pięciu Galaktyk był odpowiedzialny za cały ten kryzys!

Ziemianie z pewnością mieli smykałkę do ściągania na siebie kłopotów. Ten talent towarzyszył im od zawsze.

Megan podniosła wzrok, gdy mały szen z kontynentu, posłaniec od Roberta, podszedł do stołu, nadal owinięty w koc. Jego ciemnobrązowe oczy wyrażały zakłopotanie.

— Słucham, Petri? — zapytała.

Szym pokłonił się.

— Proszę pani, doktor chce, żebym poszedł teraz do łóżka. Skinęła głową.

— W porządku, Petri. Jestem pewna, że później zechcemy usłyszeć od ciebie bardziej szczegółową relację… zadać ci jeszcze trochę pytań. Teraz jednak powinieneś wypocząć.

Petri skinął głową.

— Tak, proszę pani. Dziękuję. Jest jednak coś jeszcze. Lepiej żebym o tym pani powiedział, dopóki pamiętam.

— Tak? A co to takiego?

Szen wyglądał na skrępowanego. Spojrzał na przyglądających się mu ludzi, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Megan.

— To osobista sprawa, proszę pani. Coś, co kapitan Oneagle kazał mi dokładnie zapamiętać i pani powtórzyć. Megan uśmiechnęła się.

— Och, proszę bardzo. Czy mogłabym was wszystkich na chwilę przeprosić?

Przeszła z Petrim na przeciwległy koniec pomieszczenia i usiadła tak, by jej oczy znalazły się na jednym poziomie z oczyma małego szyma.

— Powtórz mi, co powiedział Robert.

Petri skinął głową. Jego oczy straciły skupiony wyraz.

— Kapitan Oneagle kazał mi pani powiedzieć, że w rzeczywistości większość zadań związanych z organizowaniem armii wykonuje Tymbrimka Athaclena.

Megan przytaknęła. Podejrzewała, że tak jest. Robert mógł odkryć w sobie nowe możliwości, nowe głębie, nigdy jednak nie był urodzonym przywódcą.

— Kapitan Oneagle kazał mi pani powtórzyć — ciągnął Petri — że było ważne, by Tymbrimka Athaclena uzyskała prawny status honorowego opiekuna naszych szymów.

Megan ponownie skinęła głową.

— To pomysłowe. Możemy to uchwalić i przesłać odpowiednią wiadomość.

Mały szym potrząsnął jednak głową.

— Hmm, proszę pani, nie mogliśmy na to czekać. Tak więc, no, miałem pani powiedzieć, że kapitan Oneagle i Tymbrimka Athaclena zawarli… kontrakt małżeński… tak to się chyba nazywa… Ja…

Jego głos umilkł, gdyż Megan wstała z miejsca.

Odwróciła się powoli ku ścianie i oparła czoło o chłodny kamień.

Co za cholernie głupi chłopak! — zaklęła część jej osobowości.

To była jedyna rzecz, jaką mogli zrobić — odparła inna.

A więc jestem teraz teściową — dodał najbardziej ironiczny głos.

Z takiego związku z pewnością nie doczeka się wnuków. Nie takie było zadanie międzygatunkowych kontraktów małżeńskich. Istniały też jednak inne implikacje.

Za jej plecami obradowała rada. Raz za razem rozważano różne opcje, nie dochodząc do żadnych wniosków, tak jak działo się to już od miesięcy.

Och, gdyby tylko Uthacalthing zdołał tu dotrzeć — pomyślała Megan. — Potrzebne jest nam jego doświadczenie, pełna ironii mądrość oraz humor. Moglibyśmy ze sobą porozmawiać, tak jak ongiś. Może potrafiłby wytłumaczyć mi te rzeczy, które sprawiają, że matka czuje się tak zagubiona.

Wyznała sama przed sobą, że brak jej tymbrimskiego ambasadora. Tęskniła za nim bardziej niż za którymkolwiek ze swych trzech mężów, a nawet — niech jej Bóg pomoże — za swym dziwnym synem.

51. Uthacalthing

Obserwacja Kaulta bawiącego się z wiewiórką ne’ — jednym ze zwierząt charakterystycznych dla tych południowych równin — była fascynująca. Zwabił on małe stworzenie bliżej, pokazując mu dojrzałe orzechy, które trzymał w swych wielkich thennańskich dłoniach. Był tym zajęty już od ponad godziny, podczas gdy przeczekiwali gorący żar południa pod osłoną gęstej kępy ciernistej jeżyny.

Uthacalthinga zdumiewał ten widok. Wszechświat sprawiał wrażenie, że nigdy nie przestanie go zaskakiwać. Nawet prostoduszny, niczego nie świadomy, łatwy do przejrzenia Kault był nieustannym źródłem zadziwienia.

Drżąca nerwowo wiewiórka ne’ zebrała się na odwagę. Wykonała jeszcze dwa skoki w kierunku wielkiego Thennanianina, wyciągnęła łapki i złapała w nie jeden z orzechów.

Zdumiewające. Jak Kault tego dokonał?

Uthacalthing spoczywał w parnym cieniu. Nie potrafił rozpoznać roślinności rosnącej tutaj, na wyżynach wznoszących się ponad ujściem rzeki, gdzie rozbiła się jego szalupa, czuł jednak, że zna coraz lepiej zapachy, rytmy i pulsujący łagodnie ból codziennego życia, które falowało i płynęło na pozornie spokojnej polanie i wszędzie wokół niej.