Выбрать главу

Jego korona odbierała dotknięcia maleńkich drapieżników, które teraz przeczekiwały gorącą część dnia, lecz wkrótce miały wznowić łowy na jeszcze drobniejszą zwierzynę. Nie było tu, rzecz jasna, wielkich zwierząt, lecz Uthacalthing wykennował rój poruszających się po ziemi owadopodobnych stworzeń, które grzebał w pobliskim detrytusie w poszukiwaniu smakołyków dla swej królowej.

Mała, napięta wiewiórka ne’ wahała się pomiędzy rozwagą i żarłocznością. Zbliżyła się raz jeszcze do wyciągniętej dłoni Kaulta, by wziąć z niej pożywienie.

On nie powinien być w stanie tego dokonać. Uthacalthing zastanawiał się, dlaczego wiewiórka ufała Thennanianinowi, który był tak wielki, onieśmielający i potężny. Formy życia tu, na Garthu, były nerwowe, nawet paranoidalne, na skutek bururalskiej katastrofy, której śmiertelny całun wciąż wisiał nad tymi stepami, daleko na południe i wschód od gór Mulun.

Kault nie mógł uspokajać stworzenia tak, jak zrobiłby to Tymbrimczyk — za pomocą glifowej pieśni w łagodnej tonacji empatycznej. Thennanianin miał tyle zmysłu psi co kamień.

Kault jednak przemawiał do stworzenia w swym własnym, wysoce fleksyjnym dialekcie galaktycznym. Uthacalthing wsłuchał się w jego słowa.

— Czy znasz — wygląd-dźwięk-obraz — esencję przeznaczenia, swojego? Malutka? Czy nosisz w sobie — geny-esencję-przeznaczenie — los gwiezdnych podróżników, twoich potomków?

Wiewiórka ne’ zadrżała z wypełnionymi policzkami. Miejscowe zwierzę sprawiało wrażenie zahipnotyzowanego, gdy grzebień Kaulta nadymał się i opadał, w miarę jak jego szczeliny oddechowi wzdychały przy każdym wilgotnym oddechu. Thennanianin nie potrafił obcować ze stworzeniem tak, jak mógłby to zrobić Uthacalthing, wydawało się jednak, że wiewiórka w jakiś sposób wyczuwa jego miłość.

Cóż za ironia — pomyślał Uthacalthing. Tymbrimczycy wiedli żywot skąpani w wiecznie płynącej muzyce życia, lecz mimo to on osobiście nie identyfikował się z tym zwierzątkiem. Ostatecznie było to jedno z setek milionów. Dlaczego miałby go obchodzić akurat ten osobnik?

Kault jednak kochał to stworzenie. Bez zmysłu empatycznego bez jakiejkolwiek bezpośredniej więzi istoty z istotą, miłował je jako czystą abstrakcję. Kochał to, co małe stworzenie reprezentowało, jego potencjał.

Wielu ludzi wciąż twierdzi, że można mieć empatię bez psi — myślał Uthacalthing. „Znaleźć się w czyjejś skórze” — jak mówiła starożytna przenośnia. Zawsze dotąd uważał, że to tylko jedna z dziwacznych przedkontaktowych idei, teraz jednak nie był już tego taki pewien. Być może Ziemianie znajdowali się w pewnym sensie w połowie drogi między Thennanianami a Tymbrimczykami pod względem sposobów nawiązywania więzi empatii z innymi.

Ziomkowie Kaulta żarliwie wierzyli we Wspomaganie, w potencjał różnorodnych form życia, które prędzej czy później mogły osiągnąć rozumność. Dawno zaginieni Przodkowie kultury galaktycznej miliardy lat temu wydali takie przykazanie, a klan Thennanian potraktował to zalecenie z wielką powagą. Ich bezkompromisowy pod tym względem fanatyzm przekraczał granice tego, co zasługiwało na podziw. Niekiedy — jak podczas obecnego galaktycznego zamieszania — czynił ich śmiertelnie niebezpiecznymi.

Teraz jednak, o ironio, Uthacalthing liczył na ten fanatyzm. Miał nadzieję wykorzystać go do działania odpowiadającego jego planom.

Wiewiórka ne’ złapała ostatni orzech z otwartej dłoni Kaulta i uznała, że wystarczy tego dobrego. Zamiotła swym przypominającym wachlarz ogonem i dała drapaka w podszycie. Kault odwrócił się, by spojrzeć na Uthacalthinga. Gdy przemówił, szczeliny na jego gardle zatrzepotały.

— Studiowałem raporty genomowe zebrane przez ziemskich ekologów — oznajmił thennański konsul. — Ta planeta miała imponujący potencjał, zaledwie kilka tysiącleci temu. Nigdy nie powinni jej byli odstępować Bururallim. Utrata wyższych form życia Garthu to straszliwa tragedia.

— Nahallich ukarano za to, co zrobili ich podopieczni, prawda? — zapytał Uthacalthing, choć znał odpowiedź.

— Tak. Cofnięto ich do statusu podopiecznych i oddano na wychowanie odpowiedzialnemu starszemu klanowi opiekunów. Mojemu własnemu, w gruncie rzeczy. To nadzwyczaj smutny przypadek.

— A dlaczego?

— Dlatego, że Nahalli w rzeczywistości są całkiem dojrzałą i elegancką rasą. Po prostu nie rozumieli niuansów, jakich wymaga Wspomaganie istot czysto mięsożernych, przez co ponieśli straszliwą klęskę ze swymi podopiecznymi Bururallimi. Jednakże nie tylko oni ponoszą odpowiedzialność. Część winy musi obciążyć Galaktyczny Instytut Wspomagania.

Uthacalthing stłumił uśmiech w ludzkim stylu. Zamiast tego jego korona wysłała po spirali słaby glif, niewidzialny dla Kaulta.

— Czy dobre wieści z Garthu pomogłyby Nahallim? — zapytał.

— Z pewnością — Kault wykonał swym trzepoczącym grzebieniem gest stanowiący odpowiednik wzruszenia ramion. — My Thennanianie, przed katastrofą nie byliśmy, rzecz jasna, w żaden sposób związani z Nahallimi, ta sytuacja uległa jednak zmianie gdy ich zdegradowano i oddano pod nasze przewodnictwo. Teraz poprzez adopcję, mój klan jest częściowo odpowiedzialny za ten zraniony świat. Dlatego właśnie wysłano tu konsula — by się upewnić, że Ziemianie nie wyrządzą jeszcze więcej szkody tej zranionej planecie.

— I zrobili to?

Oczy Kaulta zamknęły się i ponownie otwarły.

— Czy zrobili co?

— Czy Ziemianie wykonali tu złą robotę? Grzebień Kaulta zatrzepotał po raz drugi.

— Nie. Nasze narody — ich i mój — mogą być ze sobą w stanie wojny, nie znalazłem tu jednak żadnych nowych powodów, by wnieść przeciwko nim skargę. Ich program postępowania ekologicznego był wzorowy. Zamierzam jednak napisać raport dotyczący działań Gubru.

Uthacalthing sądził, że potrafi zrozumieć gorycz słyszalną w modulacji głosu Kaulta. Widzieli już oznaki świadczące o załamami się wysiłków zmierzających do odnowy ekologicznej. Dwa dni te mu minęli stację rekultywacyjną, która teraz była opuszczona. Je pułapki próbkujące oraz klatki testowe rdzewiały, porzucone, a zasobniki genetyczne zjełczały, gdy lodówka przestała działać.

W budynku zostawiono pełen udręki list, mówiący o wyborze przed jakim stanął neoszympansi asystent ekologiczny. Postanowi porzucić swój posterunek, by pomóc ludzkiemu koledze, który musiał odbyć długą podróż na wybrzeże po antidotum na gaz zniewalający.

Uthacalthing zastanowił się, czy udało się im tam dotrzeć. Wyglądało na to, że placówka otrzymała potężną dawkę. Najbliższa forpoczta cywilizacji znajdowała się bardzo daleko stąd, nawet dla pojazdu poduszkowego.

Najwyraźniej Gubru nie mieli nic przeciwko pozostawieniu stacji bez obsady.

— Jeśli ta sytuacja będzie się powtarzać, trzeba to udokumentować — stwierdził Kault. — Cieszę się, że pozwoliłeś, bym cię przekonał, iż powinieneś nas poprowadzić z powrotem ku zamieszkanym terenom, byśmy mogli zebrać więcej danych na temat tych zbrodni.

Tym razem Uthacalthing uśmiechnął się pod wpływem dobór słów Kaulta.

— Być może znajdziemy coś ciekawego — zgodził się.

Wznowili wędrówkę, gdy słońce, Gimelhai, opuściło się nieco z palącego zenitu.

Równiny położone na południowy wschód od łańcucha Mulun rozciągały się niczym szczyty fal lekko wzburzonego morza, zamrożone w miejscu przez stałość ziemi. W przeciwieństwie do doliny Sindu i otwartych terenów po drugiej stronie gór, tutaj nie było żadnych roślinnych i zwierzęcych form życia wprowadzonych przez ziemskich ekologów, a jedynie miejscowe, garthiańskie.