Выбрать главу

Oraz puste nisze.

Uthacalthing wyczuwał niedostatek typów gatunków jako rozwartą pustkę w aurze tej okolicy. Przenośnia, która mu się nasunęła, to instrument muzyczny pozbawiony połowy strun.

Tak jest. To trafne. Poetyczne i odpowiednie.

Miał nadzieję, że Athaclena korzysta z jego rady i studiuje ziemski sposób patrzenia na świat.

Głęboko, na poziomie nahakieri, śnił w nocy o córce. Było to senne wyobrażenie Athacleny sięgającej koroną, by wykennować groźne, przerażające piękno nawiedzenia przez tutsunucann. Dygoczący Uthacalthing obudził się wbrew woli, jak gdyby instynkt zmusił go do ucieczki przed tym glifem.

Za pośrednictwem czegokolwiek innego niż tutsunucann mógłby dowiedzieć się więcej o Athaclenie, o tym, jak jej się powodziło i co robiła. Ten glif jednak migotał tylko — ewencja pełnego przerażenia oczekiwania. Z owego migotania Uthacalthing dowiedział się jedynie, że jego córka żyje jeszcze. Nic więcej.

To będzie na razie musiało wystarczyć.

Kault dźwigał większą część ich zapasów. Wielki Thennanianin maszerował równym krokiem, za którym nie było tak trudno nadążyć. Uthacalthing stłumił przekształcenie ciała — na krótką metę ułatwiłyby mu one wędrówkę, lecz na dłuższą kosztowałyby go zbyt wiele. Zadowolił się większą swobodą chodu i znacznym rozwarciem nozdrzy. Uczynił je płaskimi, lecz szerokimi, by wpuścić więcej powietrza, lecz nie dopuścić wszechobecnego pyłu.

Przed nimi, nieco w bok od ich ścieżki, w kierunku odległych, czerwonawych gór, wzdłuż koryta strumienia ciągnęła się seria małych, porośniętych drzewami wzgórz. Uthacalthing spojrzał na kompas. Zastanowił się, czy te wzniesienia powinny mu się wydawać znajome. Żałował, że podczas katastrofy utracił swój rejestrator kierowania inercyjnego. Gdyby tylko mógł mieć pewność…

Tam.

Mrugnął. Czy zdawało mu się, że widzi słaby, błękitny błysk?

— Kault!

Thennanianin powstrzymał swe ociężałe kroki.

— Hmm? — odwrócił się, by spojrzeć na Uthacalthinga. — Czy coś mówiłeś, kolego?

— Kault, myślę, że powinniśmy się skierować w tamtą strona Możemy dotrzeć do tych wzgórz na czas, żeby rozbić obóz i po szukać żywności, zanim zapadnie zmierzch.

— Hmm. Musielibyśmy zboczyć trochę z drogi — Kault sapał przez chwilę. — Bardzo dobrze. Ustąpię ci w tej sprawie.

Bez zwłoki skręcił i zaczął maszerować w kierunku trzech pagórków o zielonych wierzchołkach.

Gdy dotarli do strumienia i przystąpili do rozbijania obozu, została jeszcze mniej więcej godzina do zachodu słońca. Podczas gdy Kault wznosił ich zamaskowane schronienie, Uthacalthing przetestował papkowate, czerwonawe, podłużne owoce, które ze rwał z gałęzi pobliskich drzew. Jego przenośny analizator orzekł że są jadalne. Miały słodki, ostry smak. Nasiona w ich wnętrzu były jednak mocne i twarde. Niewątpliwie ewolucja ukształtowała je tak, by mogły oprzeć się kwasom żołądkowym, przejść przez przewód pokarmowy zwierzęcia i zostać rozsiane na ziemi wraz z jego kałem. Była to typowa adaptacja występująca u drzew owocowych na wielu światach.

Zapewne jakieś wielkie, wszystkożerne stworzenie polegało ongiś na tych owocach jako na źródle pożywienia i odwzajemniało się za tę przysługę, rozsiewając szeroko ich nasiona. Jeśli wspinało się po swój posiłek na drzewa, zapewne miało zaczątki rąk. Być może posiadało nawet Potencjał. Pewnego dnia te stworzenia mogły stać się przedrozumne, wkroczyć w cykl Wspomagania i wreszcie stać się gatunkiem zaawansowanych istot.

Wszystkiemu jednak położyli kres Bururalli. Nie tylko wielkie zwierzęta zginęły. Owoce padały teraz zbyt blisko rodzicielskiego drzewa. Tylko nieliczne embriony mogły się wydostać z mocnych nasion, które powstały, by nadtrawiały je soki żołądkowe zaginionych symbiotów. Te drzewa, które zdołały wykiełkować, marniały w cieniu swych rodzicieli.

W tym miejscu powinien rosnąć las, a nie maleńka, z trudem utrzymująca się przy życiu kępa drzew.

Ciekawe, czy trafiliśmy we właściwe miejsce — pomyślał Uthacalthing. Na tej falistej równinie było tak mało punktów orientacyjnych. Rozejrzał się wokół, nie dostrzegł już jednak żadnych zwodniczych blasków błękitu.

Kault siedział przy wejściu do ich schronienia i gwizdał niskie atonalne melodie przez szczeliny oddechowe. Uthacalthing wysypał przed Thennanianinem naręcze owoców i zszedł w dół, ku bulgocącej wodzie. Strumień, który omywał brzeg złożony z na wpół omszałych kamieni, zaczął przybierać czerwonawe odcienie zmierzchu.

Tam właśnie Uthacalthing znalazł sztucznie wykonany przedmiot.

Pochylił się, podniósł go i przyjrzał się.

Kawałek miejscowego rogowca, obłupany i wygładzony, poobtłukiwany wzdłuż ostrych, szklistych linii, zaś z jednej strony tępy i zaokrąglony, by ręka mogła znaleźć wygodny uchwyt…

Korona Uthacalthinga zafalowała. Lurrunanu ponownie nabrało kształtu, unosząc się pomiędzy srebrzystymi witkami. Glif wirował wolno, gdy Uthacalthing obracał powoli w rękach mały, kamienny toporek. Kiedy przypatrywał się prymitywnemu narzędziu, lurrunanu zwróciło swą uwagę na Kaulta, który wciąż pogwizdywał do siebie, siedząc wyżej na zboczu.

Glif naprężył się i wystartował w stronę potężnego Thennanianina.

Kamienne narzędzia — jedne z charakterystycznych cech przedrozumności — pomyślał Uthacalthing. Prosił Athaclenę, by poszukiwała jej oznak, gdyż krążyły pogłoski… opowieści o stworzeniach widywanych wśród dzikich pustkowi Garthu…

— Uthacalthing!

Odwrócił się, przesuwając się tak, by ukryć przedmiot za plecami i spojrzał na wielkiego Thennanianina.

— Słucham, Kault?

— Hmm… — Kault sprawiał wrażenie niepewnego. — Metoh kanmi, b’twu.il’ph… hmm… — Kault potrząsnął głową. Jego oczy zamknęły się i ponownie otworzyły. — Zastanawiałem się, czy sprawdziłeś te owoce pod kątem moich potrzeb, podobnie jak swoich.

Uthacalthing westchnął.

Czego będzie trzeba? Czy Thennanianie w ogóle nie znają ciekawości?

Pozwolił, by prymitywne narzędzie wyśliznęło mu się z rąk i upadło w rzeczny muł, gdzie je odnalazł.

— Tak, mój kolego. Możesz się nimi odżywiać, pod warunkiem, że będziesz pamiętał o przyjmowaniu swych dodatków.

Wrócił do swego towarzysza, by spożyć razem z nim kolację bez ogniska w coraz jaśniej migoczącym świetle galaktyk.

52. Athaclena

Goryle opuszczały się z obu stromych brzegów wąskiego kanionu, schodząc w dół po zerwanych z drzew leśnych pnączach. Przechodziły ostrożnie obok dymiących szczelin powstałych w miejscach, gdzie niedawne eksplozje rozerwały skarpę. Nadal groziło obsunięcie się ziemi. Niemniej goryle się spieszyły.

Po drodze w dół przeszły przez migotliwe tęcze. Futro wielkich małp zalśniło pod warstwami maleńkich kropelek wody.

Zejściu temu towarzyszył straszliwy grzmot, odbijający się echem od ścian urwiska i zagłuszający ich wymęczony oddech. Stłumił on hałas bitwy, zdusił ryk śmierci, który szalał tu zaledwie kilka minut temu. Przez chwilę huczący wodospad miał konkurencję, nie trwało to jednak długo.

Tam, gdzie jego grzmiący potok spadał uprzednio na lśniące, gładkie kamienie, teraz rozpryskiwał się, tworząc pianę, na porozrywanym metalu i polimerach. Głazy wyrwane ze zboczy urwiska runęły na świeże szczątki u stóp wodospadu. Teraz woda miażdżyła je jeszcze bardziej.

Athaclena spoglądała na to ze szczytu pobliskich urwisk.

— Nie chcemy, żeby się dowiedzieli, w jaki sposób zdołaliśmy tego dokonać — powiedziała do Benjamina.