Robert widział, że jedna grupa szymów zapuściła się zbyt blisko ze swymi ręcznymi katapultami i chemicznymi granatami. Eksplozja ogarnęła je wraz z okolicznymi drzewami, które zasypały oddział gradem drzazg. Prowadzony na oślep ogień koszący rozerwał je na strzępy.
Robert użył znaków migowych, by wysłać rozkaz: „wycofać się i rozproszyć”, który przechodził falą od jednej drużyny do drugiej. Temu konwojowi nie można było wyrządzić więcej szkód, gdyż pełna potęga gubryjskiej armii bez wątpienia była już w drodze. Jego przyboczni strażnicy złapali zdobyczne szablokarabiny i pognali w cienie rozciągające się z przodu i po bokach.
Robert nie znosił tej sieci ochronnej, którą otaczały go szymy zabraniające mu zbliżać się do miejsca potyczki, dopóki nie będzie mógł się tam czuć w pełni bezpiecznie. Nie było jednak na to żadnej rady. Cholera, one miały rację.
Od podopiecznych oczekiwano, że będą chronić swych opiekunów jako jednostki, podczas gdy oni w zamian będą chronić swych podopiecznych jako gatunek.
Athaclena chyba lepiej potrafiła sobie radzić z takimi problemami. Pochodziła z kultury, która od chwili swojego powstania przyjmowała, że tak właśnie mają się rzeczy.
Ponadto — przyznał — ona nie dba o machismo.
Jednym z jego problemów był fakt, że rzadko miał okazję ujrzeć lub dotknąć nieprzyjaciela. A tak bardzo pragnął dotknąć Gubru.
Odwrót zakończył się powodzeniem, zanim niebo wypełniło się wehikułami bojowymi nieziemców. Jego kompania ziemskich sił nieregularnych rozdzieliła się na małe grupki, z których każda miała udać się na własną rękę do jednego z rozproszonych obozów, gdzie pozostaną, zanim znowu nie otrzymają wezwania do broni za pośrednictwem leśnych pnączy. Jedynie drużyna Roberta skierowała się z powrotem w stronę gór, w których mieściła się ich jaskiniowa kwatera główna.
To wymagało znacznego nadłożenia drogi, gdyż znajdowali się daleko na wschód wśród gór Mulun, a nieprzyjaciel rozmieścił na kilku górskich szczytach posterunki, łatwo zaopatrywane z powietrza i bronione za pomocą rozmieszczonej w kosmosie broni. Jeden z nich stał na ich najkrótszej drodze do domu, więc szymscy zwiadowcy poprowadzili grupę Roberta biegnącą przez dżunglę rozpadliną tuż na północ od Przełęczy Lorne.
Wszędzie mnożyły się przypominające powrozy pnącza transferowe. Były to niewątpliwie cudowne rośliny, tutaj, na mniejszych wysokościach, spowolniały jednak marsz. Robert miał mnóstwo czasu na rozmyślania. Przede wszystkim zastanawiał się nad tym, po co w ogóle Gubru pchają się w te góry.
Och, cieszył się, że się tu zjawiają, gdyż dawało to ruchowi oporu szansę na zadanie im ciosu. W przeciwnym razie nieregularne oddziały mogłyby równie dobrze pluć na nieprzyjaciela z jego przemożnie potężną bronią.
Dlaczego jednak Gubru w ogóle zawracali sobie głowę słabiutkim ruchem partyzanckim w Mulunie, podczas gdy trzymali resztę planety w mocnym uścisku? Czy istniał jakiś symboliczny powód — coś w galaktycznej tradycji — który wymagał, by zlikwidowali każde izolowane gniazdo oporu?
Nawet jednak to nie tłumaczyło obecności wielkiej liczby cywilów w tych rozmieszczonych na szczytach gór placówkach. Gubru masowo sprowadzali w rejon Mulunu uczonych. Szukali czegoś.
Robert rozpoznał tę okolicę. Nakazał ręką postój.
— Zatrzymajmy się i przypatrzmy gorylom.
Jego porucznik, nosząca okulary szymka w średnim wieku, imieniem Elsie, zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego z powątpiewaniem.
— Nieprzyjacielskie roboty gazowe bombardują czasem jakiś obszar całkiem bez powodu, sir. Po prostu przypadkowo wybrany. My, szymy, będziemy się czuć spokojnie dopiero wówczas, gdy znajdzie się pan bezpiecznie pod ziemią.
Robert z pewnością nie tęsknił za jaskiniami, zwłaszcza że Athaclena przez kilka jeszcze dni nie miała wrócić ze swej kolejnej misji. Spojrzał na swój kompas i mapę.
— Daj spokój, ich schronienie leży tylko kilka mil od naszej trasy, a zresztą, jeśli znam was — szymy z Centrum Howlettsa — na pewno trzymacie swoje bezcenne goryle w miejscu, które jest nawet bezpieczniejsze niż jaskinie.
Tu ją zagiął i Elsie najwyraźniej o tym wiedziała. Włożyła palce do ust i wydała z siebie krótki gwizd. Usłyszawszy go, zwiadowcy ruszyli w nowym kierunku, na południowy zachód, przemykając górnymi partiami drzew.
Mimo że teren był nierówny, Robert poruszał się głównie po ziemi. Nie potrafiłby gnać na łeb, na szyję po wąskich gałęziach, nie mila za milą, jak robiły to szymy. Ludzie po prostu nie byli odpowiednio przystosowani do podobnych rzeczy.
Wdrapali się na przeciwległą ścianę kanionu, który był niczym więcej niż szczeliną w stoku gigantycznego kamiennego przedmurza gór. Wzdłuż wąskiego wąwozu przepływały delikatne wstęgi mgły, lśniące opalizujące w załamującym się w wielu miejscach świetle dnia. Widać było tęcze, a raz, gdy zza jego pleców przebiły się padające z góry promienie słońca, Robert spojrzał w dół, na wał unoszącej się w powietrzu wilgoci i zobaczył własny cień otoczony trójbarwną aureolą, przypominającą te, z jakimi wyobrażano świętych w starożytnej ikonografii.
To była gloria… nadzwyczaj odpowiednie specjalistyczne określenie doskonałej, rozciągającej się na sto osiemdziesiąt stopni odwróconej tęczy, spotykanej znacznie rzadziej niż jej bardziej prozaiczni kuzyni przebiegający łukiem nad każdym zamglonym krajobrazem, by podnosić na duchu na równi niewinnych i grzesznych.
Gdybym tylko nie był takim cholernym racjonalistą — pomyślał. — Gdybym nie wiedział dokładnie, co to jest, mógłbym to uznać za znak.
Westchnął. Zjawisko zniknęło, zanim zdążył odwrócić się, by ruszyć w dalszą drogę.
Były chwile, gdy Robert naprawdę zazdrościł swym przodkom, którzy przed dwudziestym pierwszym wiekiem żyli w nieświadomej ciemnocie i — jak się zdawało — spędzali większą część życia na wynajdowaniu dziwacznych, wymyślnych interpretacji świata, które miały przesłonić ich ignorancję. Wtedy można było uwierzyć absolutnie we wszystko.
Proste, zachwycające, eleganckie wyjaśnienia ludzkiego zachowania — najwyraźniej nigdy nie było ważne, czy są prawdziwe, czy nie, pod warunkiem, że recytowano je we właściwy sposób. Panowała obfitość „linii partyjnych” i cudownych teorii spiskowych. Jeśli ci na tym zależało, mogłeś nawet uwierzyć we własną świętość. Nie było nikogo, kto by ci wykazał, za pomocą jasnego eksperymentalnego dowodu, że nie istnieje żadne łatwe rozwiązanie, magiczna kula czy kamień filozoficzny, a jedynie prosty, nudny rozsądek.
Jakże krótki wydawał się, patrząc wstecz, złoty wiek. Nie więcej niż stulecie upłynęło między końcem czasów ciemnoty a kontaktem ze społeczeństwem galaktycznym. Przez niespełna sto lat wojna była na Ziemi czymś nieznanym.
A jak wyglądamy teraz — pomyślał Robert. — Zastanawiam się, czy wszechświat uknuł przeciwko nam spisek? Dorośliśmy wreszcie, osiągnęliśmy pokój ze sobą… i dotarliśmy do gwiazd, by się przekonać, że stanowią już one własność wariatów i potworów.
Nie — poprawił siebie. — Nie tylko potworów.
W gruncie rzeczy większość galaktycznych klanów była całkiem przyzwoita. Jednakże fanatycy rzadko pozwalali żyć w pokoju umiarkowanej większości, czy to w przeszłości na Ziemi, czy obecnie w Pięciu Galaktykach.