Być może złote wieki po prostu z natury nie trwają długo.
Dźwięk przemieszczał się nietypowo w tych zamkniętych skalnych przestrzeniach, wśród splecionych ze sobą koronek miejscowych pnączy. W jednej chwili Robertowi zdawało się, że wspina się pośród świata pogrążonego w całkowitej ciszy, jak gdyby przemykające obok wstęgi lśniącej mgły były fałdami bawełnianej tkaniny, która otaczała go, tłumiąc wszystkie dźwięki. W następnym momencie mógł usłyszeć nagle strzępek rozmowy — tylko kilka słów — i wiedział, że jakaś dziwaczna sztuczka akustyki doniosła do niego uwagę wymienianą szeptem pomiędzy dwoma z jego zwiadowców w odległości, być może, setek metrów.
Obserwował szymy. Ci nieregularni żołnierze, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli rolnikami, górnikami oraz skierowanymi w ostępy pracownikami ekologicznymi, wciąż sprawiali wrażenie nerwowych. Z dnia na dzień stawali się jednak bardziej pewni siebie. Twardzi i bardziej zdeterminowani.
A także bardziej dzicy — zdał sobie również sprawę Robert widząc, jak pojawiają się w powietrzu i znikają z pola widzenia pomiędzy rosnącymi swobodnie drzewami. Było coś gwałtownego i srogiego w sposobie ich poruszania się oraz w tym, jak rzucali spojrzenia, gdy przeskakiwali z gałęzi na gałąź. Wydawało się, że rzadko potrzeba im słów, by wiedzieć, co robi drugi. Chrząknięcie, szybki gest, grymas — to wszystko było często aż nadto wystarczające.
Pomijając łuki, kołczany oraz ręcznie tkane worki na broń, szymy zwykle wędrowały nago. Zniknęły wszystkie łagodzące przejawy cywilizacji — buty i fabrycznie produkowane tkaniny — a wraz z nimi niektóre złudzenia.
Robert przyjrzał się sobie. Nagie łydki, przepaska na biodra, mokasyny i tornister z materiału. Pogryziony, podrapany i z dnia na dzień coraz twardszy. Paznokcie miał brudne. Włosy przeszkadzały mu, więc ściął je z przodu i związał z tyłu. Jego zarost już dawno przestał swędzieć.
Niektórzy nieziemniacy sądzą, że ludziom potrzeba jeszcze Wspomagania — że sami jesteśmy niewiele więcej niż zwierzętami — Robert skoczył na lianę, przemknął nad ciemną plamą groźnie wyglądających cierni i wylądował, kucając zgrabnie, na leżącej na ziemi kłodzie. — To dość powszechne przekonanie wśród Galaktów. Kim jestem, by móc im powiedzieć, że nie mają racji?
Przed nim, na górze, coś poruszyło się szybko. Błyskawiczne sygnały migowe przemknęły ponad lukami między drzewami. Najbliżsi strażnicy Roberta, którzy byli bezpośrednio odpowiedzialni za jego bezpieczeństwo, skinęli na niego, każąc mu dokonać obejścia wzdłuż zachodniej, położonej pod wiatr strony kanionu. Gdy wspiął się kilkadziesiąt metrów wyżej, zrozumiał dlaczego. Mimo panującej wilgoci wyczuł stęchły, przesadnie słodki zapach starego pyłu zniewalającego, skorodowanego metalu i śmierci.
Wkrótce dotarł do punktu, z którego mógł dostrzec po drugiej stronie niewielkiej dolinki wąską bliznę — gojącą się już pod warstwami nowej roślinności — która kończyła się zgniecioną masą opływowej kiedyś maszynerii, osmalonej teraz i zniszczonej.
Zwiadowcy wymienili pomiędzy sobą ciche, szymskie szepty oraz znaki migowe. Zbliżyli się nerwowo do szczątków i zaczęli w nich grzebać. Pozostali tymczasem złapali w dłonie broń i obserwowali niebo. Robertowi wydało się, że widzi we wraku sterczące, białe kości, oczyszczone już przez wiecznie głodną dżunglę. Gdyby spróbował podejść bliżej, szymy musiałyby, rzecz jasna, powstrzymać go siłą, czekał więc, aż Elsie wróci, by złożyć raport.
— Byli przeciążeni — oznajmiła, dotykając małego, czarnego urządzenia rejestrującego dane lotu. Emocje najwyraźniej utrudniały jej wydobycie z siebie słów. — Próbowali zabrać zbyt wielu ludzi do Port Helenia, w dzień po tym, gdy po raz pierwszy użyto gazu zniewalającego. Niektórzy już zaczęli chorować, a to był ich jedyny środek transportu. Latadło nie zdołało wznieść się ponad ten szczyt — wskazała w kierunku spowitych mgłą turni na południu. — Musiało odbić się od skał z tuzin razy, żeby spaść tak nisko. Czy… czy zostawimy tu parę szymów, sir? Eki… ekipę pogrzebową?
Robert pogrzebał nogą w ziemi.
— Nie. Oznakujcie to miejsce. Zróbcie mapę. Zapytam Athaclenę, czy powinniśmy je potem sfotografować, jako dowód. Tymczasem niech Garth weźmie od nich to, czego mu potrzeba. Ja…
Odwrócił się. Szymy nie były jedynymi, którym słowa przychodziły w tej chwili z trudnością. Skinieniem głowy rozkazał grupie ponownie ruszyć w drogę. Gdy Robert gramolił się pod górę, głowa mu płonęła. Musiał istnieć sposób na zadanie nieprzyjacielowi większych strat niż udało im się to do tej pory!
Kilka dni temu, podczas ciemnej, bezksiężycowej nocy, przyglądał się, jak dwanaście wybranych szymów spłynęło nad gubryjski obóz, unosząc się w powietrzu na praktycznie niewidzialnych papierowych szybowcach własnej roboty. Opadły na wroga, zrzuciły swą nitroglicerynę oraz bomby gazowe i umknęły w świetle gwiazd, zanim nieprzyjaciel zdążył się zorientować, że coś się stało.
Spowodowało to hałas i dym, harmider i rozskrzeczane zamieszanie, nie sposób jednak było ocenić, na ile skuteczny był atak. Niemniej Robert pamiętał wściekłość, jaką czuł, obserwując go zza linii autowej. Był wyszkolonym pilotem i miał większe kwalifikacje do podobnej akcji niż którykolwiek z tych górskich szymów!
Athaclena jednak wydała stanowcze instrukcje, których przestrzegały wszystkie neoszympansy. Dupa Roberta była świętością.
To moja własna, cholerna wina — pomyślał, przedzierając się przez gęste zarośla. Czyniąc Athaclenę formalną małżonką zapewnił jej dodatkowy status, którego potrzebowała, by kierować tą małą insurekcją… a również pewien zakres władzy nad sobą. Nie mógł już robić wszystkiego, na co tylko miał ochotę.
Była więc teraz, w pewnym sensie, jego żoną.
Też mi małżeństwo — pomyślał. Choć Athaclena wciąż zmieniała swój wygląd, by bardziej upodobnić się do człowieka, przypominało to tylko Robertowi o tym, czego nie mogła zrobić. Przyprawiało go to o frustrację. Z pewnością był to jeden z powodów, dla których międzygatunkowe małżeństwa były tak rzadkie!
Ciekawe, co pomyślała Megan, gdy się dowiedziała… ciekawe, czy nasz posłaniec w ogóle do niej dotarł.
— Psst!
Spojrzał szybko w prawą stronę. Elsie stała, utrzymując równowagę, na gałęzi drzewa. Wskazała ręką w górę zbocza, gdzie przerwa we mgle odsłaniała widok na wysokie chmury ślizgające się niczym łodzie o szklanym dnie po niewidzialnych warstwach atmosfery na głęboko błękitnym niebie. Pod chmurami można było dostrzec otoczone drzewami zbocze góry. Wąskie spirale dymu wzbijały się ze skrytych za całunem punktów na jego stokach.
— Mount Fossey — oznajmiła zwięźle Elsie. Robert natychmiast zrozumiał, dlaczego szymy uznały, że to miejsce może być bezpieczne… wystarczająco bezpieczne nawet dla ich drogocennych goryli.
Wzdłuż wybrzeża Morza Ciimarskiego leżało tylko kilka półaktywnych wulkanów. Niemniej w całym Mulunie były miejsca, w których ziemia trzęsła się od czasu do czasu. Niekiedy, rzadko, wypływała też lawa. Te góry nadal rosły.
Mount Fossey syczał. Opary kondensowały się, tworząc kosmate, wijące się kształty nad otworami geotermicznymi, gdzie sadzawki gorącej wody parowały i od czasu do czasu eksplodowały w pienistych gejzerach. Wszechobecne pnącza transferowe zbiegły się tu ze wszystkich stron i zwijały w grube liny, wpełzając na zbocza na wpół uśpionego wulkanu. Tutaj urządzały sobie targ, w cienistych, dymiących kałużach, gdzie pierwiastki śladowe, które przesączały się przez wąskie szczeliny w gorącym kamieniu, wkraczały wreszcie do ekonomii lasu.