— Powinienem się domyślić — Robert roześmiał się. Było, rzecz jasna, wątpliwe, by Gubru zdołali cokolwiek tu wykryć. Kilka nie ubranych antropoidów na tych zboczach byłoby niczym wobec całego tego ciepła, piany i chemicznego bigosu. Jeśli najeźdźcy kiedykolwiek zapragnęliby sprawdzić ten rejon, goryle i ich strażnicy mogliby po prostu roztopić się w okolicznej dżungli i powrócić, gdy intruzi już się oddalą.
— Czyj to był pomysł? — zapytał, gdy zbliżali się pod osłoną wysokich koron drzew. Zapach siarki był coraz silniejszy.
— Pani generał na to wpadła — odparła Elsie.
No jasne.
Robert nie czuł zazdrości. Wiedział, że Athaclena jest inteligentna, nawet jak na Tymbrimkę, podczas gdy on sam niewiele — jeśli w ogóle — przekracza ludzką przeciętną.
— Dlaczego mi o tym nie powiedziano? — zapytał. Elsie miała niepewną minę.
— Hmm, nigdy pan nie pytał, ser. Był pan zajęty swymi eksperymentami nad włóknami optycznymi i sztuczką, za pomocą której nieprzyjaciel je wykrywa. Ponadto… — jej głos ucichł.
— Ponadto co? — nie ustępował. Wzruszyła ramionami.
— Nie byliśmy pewni, czy prędzej czy później nie otrzyma pan dawki gazu. Jeśli by do tego doszło, musiałby się pan zgłosić do miasta po antidotum. Zadawano by panu pytania, a być może zrobiono też przegląd psi.
Robert zamknął oczy. Otworzył je. Skinął głową.
— Dobra. Przez chwilę zastanawiałem się, czy macie do mnie zaufanie.
— Ser!
— Nieważne — machnął ręką. Decyzja Athacleny była trafna i logiczna — po raz kolejny. Wolał myśleć o tym jak najmniej.
— Chodźmy zobaczyć goryle.
Siedziały w małych grupkach rodzinnych. Łatwo można je było odróżnić już z oddali. Były znacznie większe, ciemniejsze i bardziej włochate niż ich kuzyni neoszympansy. Na ich wielkich, spiczastych twarzach — czarnych jak obsydian — widniał wyraz spokojnej koncentracji, gdy jadły posiłki, iskały się nawzajem lub zajmowały się głównym zadaniem, jakie im wyznaczono — tkaniem materiałów na potrzeby wojny.
Czółenka śmigały w poprzek szerokich, drewnianych krosien, przenosząc ręcznie przędzony wątek ponad nićmi osnowy. Wielkie małpy śpiewały dudniącym głosem w rytm ich stukotu i klekotania. Odgłosy mechanizmów zapadkowych oraz cichy, atonalny pomruk podążały za Robertem, gdy on i jego grupa posuwali się w stronę centrum kryjówki.
Tu i ówdzie tkaczka przerywała pracę i odkładała czółenko na bok, by wszcząć konwersację z sąsiadką, poruszając błyskawicznie rękoma. Robert znał język migowy wystarczająco dobrze, by być w stanie zrozumieć część plotek, wydawało się jednak, że goryle posługują się dialektem wyraźnie odmiennym od używanego przez szymskie dzieci. Co prawda język ten był prosty, lecz również na swój sposób elegancki. Miał łagodny styl, który pochodził całkowicie od nich.
Najwyraźniej nie były to po prostu wielkie szymy, lecz całkiem odmienny, wędrujący odrębną drogą gatunek. Inna ścieżka ku rozumności.
Wydawało się, że każda grupa goryli składa się z pewnej liczby dorosłych samic i ich młodych, a także garstki niedorostków i jednego potężnego, dorosłego samca o srebrzystych plecach. Futro patriarchy było zawsze siwe wzdłuż kręgosłupa i żeber. Szczyt jego głowy był spiczasty i okazały. Wspomaganiowa inżynieria zmieniła postawę neogoryli, lecz większe samce wciąż musiały przy chodzeniu podpierać się przynajmniej jedną ręką. Potężne klatki piersiowe oraz barki sprawiały, że ich górna część nadal była zbyt ciężka, by mogły się poruszać na dwóch nogach.
W przeciwieństwie do nich gibkie dzieci goryli chodziły wyprostowane z łatwością. Ich czoła były zaokrąglone i gładkie. Brak im było ostrej pochyłości oraz kostnych wałów nadoczodołowych, które w późniejszym wieku miały nadać ich obliczom zwodniczo srogi wyraz. Robertowi wydało się interesujące, jak podobnie do siebie wyglądają małe dzieci wszystkich trzech gatunków — goryli, szymów i ludzi. Dopiero w późniejszym okresie życia dramatyczne różnice w dziedzictwie i przeznaczeniu stawały się w pełni widoczne.
Neotenia — pomyślał Robert. Była to klasyczna, przedkontaktowa teoria i więcej faktów potwierdzało ją niż jej przeczyło. Twierdziła ona, że część sekretu rozumności polega na pozostaniu tak dziecinnym, jak tylko można, przez najdłuższy możliwy okres. Na przykład ludzie zachowywali twarze, zdolność przystosowania oraz (jeśli jej nie ostudzono) nienasyconą ciekawość młodych człekokształtnych nawet do pełnej dorosłości.
Czy cecha ta, która umożliwiła przedrozumnym Homo habilis dokonanie rzekomo niemożliwego skoku — wspomożenia samego siebie aż do poziomu inteligencji gwiezdnych wędrowców bez niczyjej pomocy — powstała przypadkowo, czy też był to dar od tych tajemniczych istot, które — jak niektórzy sądzili — musiały kiedyś grzebać w ludzkich genach? Zaginionych opiekunów ludzkości, o których od dawna wysuwano hipotezy?
Wszystko to były przypuszczenia. Jedno jednak było jasne. Inne ziemskie ssaki z reguły traciły wszelkie zainteresowanie uczeniem się i zabawą po osiągnięciu dojrzałości. Jednakże ludzie i delfiny — a teraz, z każdym pokoleniem w większym stopniu również neoszympansy — zachowywały tę fascynację światem, z którą się na nim zjawiły.
Któregoś dnia dorosłe goryle również mogą posiąść tę cechę. Już w tej chwili ci członkowie przekształconego plemienia byli inteligentniejsi i zachowywali ciekawość dłużej niż ich pozostawieni samym sobie ziemscy kuzyni. Któregoś dnia ich potomkowie również będą mogli zachować przez całe życie wieczną młodość.
To znaczy, o ile Galaktowie na to pozwolą.
Goryle dzieci włóczyły się swobodnie, wścibiając nosy we wszystko. Nigdy jednak nie dawano im klapsów ani bury, a jedynie odsuwano łagodnie na bok, gdy wchodziły w drogę. Z reguły towarzyszyły temu głaskanie po głowie oraz będące wyrazem uczuć pochrapywanie. Gdy Robert mijał jedną z grup, zauważył nawet przelotnie, jak samiec o siwych bokach pokrywał w krzakach jedną ze swych samic. Trzy młode osobniki wspięły się na jego szerokie plecy i szarpały za masywne ramiona. Ignorował je. Zamknął po prostu oczy i, przykucnięty, wykonywał swój obowiązek względem gatunku.
Inne dzieciaki przemknęły przez spadające z gałęzi listowie i runęły na ziemię przed Robertem. Z ich ust zwisały paski jakiegoś plastycznego materiału, które przeżuły na poszarpane strzępy. Dwoje spośród dzieci spojrzało na niego z wyrazem przypominającym zachwyt. Ostatnie jednak, mniej nieśmiałe od pozostałych, zaczęło ruszać łapkami, tworząc znaki z entuzjazmem, choć niezbyt starannie. Robert uśmiechnął się i podniósł malucha w górę.
Wyżej na zboczu, ponad łańcuchem skrytych w tumanach mgły gorących źródeł, ujrzał inne brązowe postacie poruszające się na drzewach.
— To młode samce — wyjaśniła Elsie. — Oraz te, które są zbyt stare, by utrzymać pozycję patriarchy. Przed inwazją planiści w Centrum Howlettsa próbowali podjąć decyzję, czy ingerować w ich system rodzinny. Faktem jest, że to ich sposób życia, ale to takie okrutne dla biednych samców — parę lat przyjemności i chwały, ale kosztem samotności przez większą część reszty ich egzystencji — potrząsnęła głową. — Nie dokonaliśmy jeszcze wyboru, gdy przybyli Gubru. Teraz możemy już nigdy nie mieć okazji.
Robert powstrzymał się od komentarzy. Nienawidził traktatów narzucających ludziom ograniczenia, nadal jednak trudno mu było zaakceptować to, co koledzy Elsie robili w Centrum Howlettsa. Przyznanie sobie prawa do podjęcia podobnej decyzji było arogancją. Nie widział szczęśliwego rozwiązania tej sytuacji.
Gdy zbliżali się do gorących źródeł, ujrzał szymy zajmujące się z powagą różnymi zadaniami. Tu jakaś szymka zaglądała w usta potężnemu gorylowi o masie co najmniej sześć razy większej od niej, sondując je za pomocą narzędzia dentystycznego, ówdzie inna cierpliwie uczyła języka migowego klasę złożoną z dziesięciu gorylich dzieci.