Выбрать главу

— Ile szymów się nimi opiekuje?

— Doktor de Shriver z centrum, około tuzina szymskich techników, którzy pracowali tam z nią, plus mniej więcej dwudziestu strażników oraz ochotników z okolicznych osad. To zależy. Czasami zabieramy górki ze sobą, żeby nam pomagały w wojnie.

— Jak dają radę je wszystkie wykarmić? — zapytał Robert, gdy zeszli na brzeg jednego ze źródeł. Niektóre z szymów z jego grupy dotarły tam przed nimi i wylegiwały się już na mokrym stoku, popijając zupę z kubków. W pobliskiej, niewielkiej jaskini znajdował się prowizoryczny magazyn, gdzie miejscowi pracownicy w fartuchach napełniali chochlami kolejne parujące garnuszki.

— To jest pewien problem — Elsie skinęła głową. — Goryle mają delikatny układ trawienny i trudno jest skomponować dla nich odpowiednio zrównoważoną dietę. Nawet w zrekonstruowanym środowisku Afryki wielki samiec o srebrnych grzbiecie potrzebuje do sześćdziesięciu funtów roślinności, owoców i owadów dziennie. W naturze goryle muszą ciągle pozostawać w ruchu, by znaleźć taką ilość żeru, a my nie możemy im na to pozwolić.

Robert schylił się ku wilgotnym kamieniom i wypuścił gorylka, który popędził w dół, na brzeg sadzawki, nie przestając żuć swego postrzępionego paska plastiku.

— To brzmi jak poważny dylemat — powiedział do Elsie.

— Tak. Na szczęście doktor Schultz rozwiązał w zeszłym roku ten problem. Cieszę się, że miał przed śmiercią tę satysfakcję.

Robert ściągnął mokasyny. Woda wyglądała na gorącą. Zanurzył w niej palec u nogi i cofnął go szybko.

— Oj! Jak on to zrobił?

— Hmm, przepraszam?

— Jakie było rozwiązanie doktora Schultza?

— Mikrobiologia, ser — Elsie podniosła nagle wzrok. Jej oczy zalśniły. — Och, niosą zupę i dla nas!

Robert przyjął kubek z rąk szymki, której fartuch z pewnością wykonano z materiału utkanego na krosnach goryli. Szymka utykała. Robert zastanawiał się, czy została ranna podczas walk.

— Dziękuję — powiedział, napawając się aromatem. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jaki jest głodny.

— Elsie, co to znaczy, mikrobiologia? Popijała powolutku zupę.

— Bakterie jelitowe. Symbionty. Wszyscy je mamy. Malutkie stworzonka żyjące w naszych wnętrznościach i w ustach. Najczęściej to nieszkodliwi partnerzy. Pomagają nam strawić żywność w zamian za lokum.

— Och — rzecz jasna Robert wiedział o biosymbiontach. Każde dziecko szkolne o nich wiedziało.

— Doktor Schultz zdołał zmajstrować szereg mikrobów, które pomagają górkom jeść — ze smakiem — całą masę miejscowej, garthiańskiej roślinności. One…

Przerwał jej cichy, wysoki krzyk, niepodobny do niczego, co mogłaby wydobyć z siebie małpa.

— Robert! — rozdarł się piskliwy głos. Robert podniósł wzrok. Uśmiechnął się.

— April. Mała Aprii Wu. Jak się masz, słoneczko? Była ubrana jak Sheena, dziewczynka z dżungli. Jechała na lewym ramieniu dorastającego samca goryla, którego czarne oczy były cierpliwe i łagodne. April pochyliła się do przodu i zamigała rękoma w szybkiej serii znaków. Goryl puścił jej nogi. Dziewczynka wspięła się w górę, by stanąć mu na ramieniu. Złapała goryla za głowę, by utrzymać równowagę. Jej strażnik pochrapywał cierpliwie.

— Złap mnie, Robert!

Zerwał się na nogi. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, by ją powstrzymać, dziewczynka wyskoczyła w górę — opalony wiatrak powiewający włosami blond. Schwycił ją w plątaninie nóg. Przez chwilę, zanim złapał ją pewnie, serce biło mu szybciej niż podczas walki czy górskiej wspinaczki.

Wiedział, że dziewczynkę trzymano z gorylami dla jej bezpieczeństwa. Ze smutkiem zdał sobie sprawę, jak bardzo był zajęty od chwili, gdy odzyskał zdrowie po swych obrażeniach. Zbyt zajęty, by pomyśleć o tym dziecku, jedynym poza nim człowieku przebywającym na wolności w górach.

— Cześć, dynieczko — powiedział. — Jak ci się teraz wiedzie? Czy dobrze opiekujesz się górkami? Skinęła z powagą głową.

— Musę się nimi dobze opiekować, Robert. Musimy sprawować dowództwo, bo zostaliśmy tylko my.

Robert przycisnął ją mocno do siebie. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo brak mu było towarzystwa ludzi.

— Aha. Zostaliśmy tu tylko ty i ja — powiedział cicho.

— Ty i ja, i Tymbimka Athaclena — przypomniała mu. Spojrzał jej prosto w oczy.

— Mimo to robisz wszystko, o co cię prosi doktor de Shriver, prawda?

Skinęła głową.

— Doktor de Shriver jest fajna. Mówi, ze może już niedługo będę się mogła zobacyć z mamą i tatą.

Robert skrzywił twarz. Będzie musiał porozmawiać z de Shriver na temat oszukiwania dzieci. Kierująca placówką szymka zapewne nie mogła znieść myśli o powiedzeniu ludzkiemu dziecku prawdy — że będzie przebywało pod ich opieką przez jeszcze długi czas. Wysłanie jej teraz do Port Helenia oznaczałoby zdradzenie tajemnicy goryli, czemu nawet Athaclena była w tej chwili zdecydowana zapobiec.

— Zanieś mnie tam, Robert — zażądała Aprii ze słodkim uśmiechem, wskazując ręką na płaską skałę, gdzie mały gorylek brykał przed niektórymi z członków jego grupy. Szymy śmiały się pobłażliwie z wygłupów małego samca. Zadowolony, lekko zarozumiały ton ich głosów był dla Roberta czymś zrozumiałym. Było naturalne, że bardzo młody gatunek podopiecznych żywił tego rodzaju uczucia do gatunku jeszcze młodszego. Szymy odnosiły się do goryli w sposób bardzo rodzicielski, traktując je niczym swoją własność.

Robert z kolei czuł się trochę jak ojciec mający przed sobą nieprzyjemne zadanie wytłumaczenia w jakiś sposób dzieciom, że piesek nie będzie mógł zostać w domu na stałe.

Przeniósł Aprii na drugi brzeg i postawił na ziemi. Temperatura wody była tu znacznie znośniejsza. Nie, była cudowna. Zrzucił z nóg mokasyny i poruszył palcami u nóg w wywołującym mrowienie cieple.

Aprii i mały gorylek usiedli po obu stronach Roberta, wspierając łokcie na jego kolanach. Elsie spoczęła u jego boku. Była to przelotna, spokojna scenka. Gdyby w sadzawce pojawił się w magiczny sposób neodelfin, który wyskoczyłby z wody, by ich podglądać z szerokim uśmiechem, ten żywy obraz byłby dobrym portretem rodzinnym.

— Hej, co takiego masz w ustach? — wyciągnął dłoń w stronę gorylka, który szybko umknął poza jej zasięg. Przyglądał mu się wielkimi, ciekawymi oczyma.

— Co on żuje? — zapytał Robert Elsie.

— Wygląda na pasek plastiku. Ale… ale co on tu robi? Tutaj nie powinno być niczego, co zostało wyprodukowane na Garthu.

— To nie jest garthiański wyrób — odezwał się ktoś.

Podnieśli wzrok. Była to szymka, która podawała im zupę. Uśmiechnęła się i wytarła ręce w fartuch, zanim pochyliła się, by podnieść gorylka. Oddał jej materiał bez protestów.

— Wszystkie maluchy żują te paski. Testy wykazały, że jest to nieszkodliwe, i mamy absolutną pewność, że nic w nich nie krzyczy: „ Terranie!” do gubryjskich detektorów.

Elsie i Robert wymienili zaintrygowane spojrzenia.

— Skąd możecie być aż tak pewni? Co to za materiał? Szymka drażniła małą małpę, machając przed jej nosem, aż ta zaszczebiotała, złapała go i włożyła sobie dobrze przeżuty kawałek z powrotem do ust.

— Niektórzy z ich rodziców przynieśli poszarpane kawałki tej substancji z naszej pierwszej udanej zasadzki, w Centrum Howlettsa. Mówili, że „ładnie pachnie”. Teraz bachory żują to przez cały czas.