Выбрать главу

— Jorin, kiedy dopłyniemy do Tanchico? Powiedziano mi, że rakery to najszybsze statki na świecie. To znaczy jak szybkie?

— Do Tanchico? Pragnąc służyć Coramoorowi, nie zatrzymamy się po drodze w żadnym porcie. Może w dziesięć dni, jeśli uda mi się odpowiednio tkać wiatry, jeśli znajdę odpowiednie prądy, jeśli to miłe Światłości. Może, z łaski Światłości, wystarczy siedem lub osiem.

— Dziesięć dni? — wyszeptała Elayne. — To niemożliwe.

W końcu przecież oglądała mapy.

Uśmiech drugiej kobiety wyrażał po części dumę, po części pobłażanie.

— Jak sama zauważyłaś, to najszybszy statek na świecie. Okręt z następnej pod względem chyżości klasy potrzebuje półtora raza więcej czasu do pokonania danego dystansu, a większość dwa razy tyle z okładem. Statkiem przybrzeżnym, który nie oddala się od brzegu i co noc kotwiczy na mieliznach... — z pogardą pociągnęła nosem — ...podróż trwałaby dziesięciokrotnie dłużej.

— Jorin, czy nauczyłabyś mnie tego, co właśnie robiłaś?

Poszukiwaczka Wiatru spojrzała na nią ze zdumieniem, jej ciemne oczy rozszerzyły się, lśniąc w świetle zmierzchu.

— Uczyć ciebie? Przecież ty jesteś Aes Sedai!

— Jorin, w życiu nie utkałam strumienia tak grubego jak ten, którym ty władałaś. I o takim zasięgu! Jestem zaskoczona, Jorin.

Poszukiwaczka patrzyła na nią jeszcze chwilę, już nie zdumiona, ale tak, jakby starała się uwiecznić twarz Elayne w pamięci. W końcu pocałowała palce swej prawej dłoni i przycisnęła je do warg Elayne.

— Jeśli to miłe Światłości, będziemy się uczyć wzajem.

21

W Sercu

Wielką komnatę, w której potężne, grube na dziesięć stóp kolumny z wypolerowanego, czerwonego kamienia wznosiły się ku mrocznym otchłaniom, sklepionym ponad złotymi lampami umocowanymi na złotych łańcuchach, wypełniała taireńska arystokracja. Wysocy Lordowie i Damy tworzyli pod wielką kopułą serca komnaty stłoczony, pusty w środku krąg, za nimi ustawiła się drobniejsza szlachta, kolejnymi szeregami cofając się coraz głębiej w las kolumn. Wszyscy ubrani byli w najlepsze aksamity, jedwabie i koronki, bufiaste rękawy, krezowane kołnierze i stożkowate kapelusze, wszyscy szemrali coś z niepokojem, a echo, odbite od wyniosłego sklepienia, odpowiadało głosem aż nazbyt podobnym do gęgania zdenerwowanych gęsi. Wcześniej do tego miejsca, zwanego Sercem Kamienia, zapraszano jedynie Wysokich Lordów, którzy zresztą pojawiali się tu jedynie cztery razy w roku, z podwójnego nakazu — prawa i obyczaju. Teraz przybyli wszyscy, którzy nie przebywali gdzieś w prowincjach, na wezwanie swego nowego władcy — twórcy prawa i niszczyciela obyczaju.

Obywatele Łzy rozpoznali Moiraine, tłum natychmiast się przed nią rozstąpił, dzięki czemu łatwo pokonała drogę aż do pustego kręgu wewnątrz. Egwene szła za nią. Moiraine irytowała nieobecność Lana. Zniknął gdzieś, co było zupełnie doń niepodobne, przecież mogła go potrzebować — wszak strzegł jej zazwyczaj, jakby sam uważał, iż nie potrafi się obyć bez straży przybocznej. Zapewne zmartwiłaby się nie na żarty, gdyby nie czuła łączącej ich więzi zobowiązania i tym samym nie wiedziała, że przebywa gdzieś w Kamieniu lub w jego pobliżu.

Równie zażarcie, jak toczył boje z trollokami w Ugorze, szarpał te sznurki, którymi związała go Nynaeve, i choć z całej siły się tego wypierał, ta młoda kobieta przykuła go do siebie nie mniej mocno jak ona, aczkolwiek uciekając się do zupełnie innych metod. Równie dobrze, zamiast tych pęt, mógł rozdzierać gołymi dłońmi stal. Moiraine raczej nie była zazdrosna, jednakże przez zbyt wiele lat Lan służył jej mieczem, tarczą i towarzystwem, by tak swobodnie zeń zrezygnować.

Kobieta o końskiej twarzy, w czerwonej sukni z suto namarszczonymi koronkami, Dama Prowincji o imieniu Leitha, odsunęła swe spódnice trochę jakby nazbyt gorliwie. Moiraine spojrzała na nią. Tylko spojrzała, nawet nie zwalniając kroku, ale tamta zadygotała, jakby przeszył ją nagły dreszcz, i spuściła wzrok. Moiraine pogratulowała sobie w duchu. Nie przeszkadzało jej, że ci ludzie nienawidzą Aes Sedai, ale nie mogła znieść jawnego grubiaństwa, jakby nie dość było maskowanego lekceważenia. A poza tym reszta, widząc, jak Leitha spuszcza twarz, płochliwie cofnęła się o kolejny krok.

— Jesteś pewna, że nikt nic nie wie na temat tego, co zamierza obwieścić? — spytała cicho. Przez to gęganie jej słowa były praktycznie niesłyszalne z odległości trzech kroków. Taki właśnie dystans starali się teraz utrzymać Tairenianie. Nie lubiła, jak ją podsłuchiwano.

— Nikomu — odpowiedziała Egwene równie cicho. Sądząc po tonie jej głosu, była równie zirytowana jak Moiraine.

— Krążą plotki.

— Plotki? Jakie plotki?

Dziewczyna nie panowała najlepiej nad swoją twarzą i głosem, najwyraźniej nie słyszała tych opowieści o wydarzeniach w Dwu Rzekach. Natomiast zakładanie, że nie słyszał ich Rand, równało się zamiarowi pokonania na końskim grzbiecie płotu o wysokości dziesięciu kroków.

— Powinnaś sprawić, by pokładał w tobie zaufanie. Jemu jest potrzebne uważne, życzliwe ucho. Z pewnością chciałby się otworzyć przed kimś, komu wierzy.

Egwene spojrzała na nią z ukosa. Zrobiła się zanadto wyrafinowana jak na takie proste metody. A jednak Moiraine powiedziała szczerą prawdę — ten chłopiec potrzebował kogoś, kto by go słuchał, pomagając tym samym dźwigać jego brzemię — i ta prawda mogła okazać się przydatna.

— On nikomu nie zaufa, Moiraine. On ukrywa swoje cierpienie i liczy, że się z nim upora, nim ktoś je zauważy. — Przez twarz Egwene przemknął gniew. — Ten muł z wełnianym mózgiem!

Moiraine poczuła chwilowe współczucie. Nie należało oczekiwać, że ta dziewczyna pogodzi się z faktem, iż Rand spacerował sobie pod rękę z Elayne i całował się z nią po kątach, gdy im się wydawało, że nikt nie widzi. A Egwene nie znała nawet połowy tej historii. Współczucie nie trwało długo. Za dużo ważnych spraw, by poświęcać czas jakiejś dziewczynie, która gryzie się czymś, czego i tak żadną miarą mieć nie mogła.

Elayne i Nynaeve są już pewnie na pokładzie rakera, już nie przeszkadzają. Ich wyprawa mogła ostatecznie dowieść, czy jej podejrzenia w stosunku do Poszukiwaczek Wiatru są słuszne. W najgorszym razie obie miały przy sobie dość złota, by kupić statek i wynająć załogę — co mogło okazać się nieodzowne, jeśli wziąć pod uwagę plotki o Tanchico — i jeszcze im zostanie na łapówki, często absolutnie nieodzowne, dla tarabońskich urzędników. Izba Thoma Merrilina opustoszała, a informatorzy donieśli jej, że opuszczając Kamień, mruczał coś o Tanchico. Thom dopilnuje, by znalazły dobrą załogę i właściwych urzędników. Bardziej wprawdzie pasował do nich plan obmyślony w sprawie Mazrima Taima, jednakże to powinny załatwić listy do Amyrlin. Lepiej jak sprawdzą mało prawdopodobną ewentualność, że w Tanchico kryje się jakieś tajemnicze zagrożenie, a ponadto przestaną jej zawracać głowę i znajdą się z dala od Randa. Żałowała jedynie, że Egwene nie zechciała z nimi jechać. Najlepsze dla całej trójki było Tar Valon, ale również Tanchico winno wystarczyć.

— Skoro już mowa o wełnianych mózgach, czy masz zamiar kontynuować swój plan wyprawy do Pustkowia?

— Mam — odparła stanowczo dziewczyna.

Ona powinna wrócić do Wieży, rozwijać swoje możliwości.

„Co ta Siuan wymyśliła? Jak ją zapytam, to pewnie wygłosi jedno z tych powiedzonek o łodziach i rybach”.