Выбрать главу

— Coś więcej — rzekł Rhuarc, a Rand uświadomił sobie, że wypowiedział swe myśli na głos. — „Proroctwo zawiodło nas na drugą stronę Muru Smoka, a nazwa, której się nie wymawia, do Kamienia Łzy”.

Nazwa, o którą mu chodziło, brzmiała „Lud Smoka”, tajemne określenie Aielów, znali ją i używali jedynie wodzowie klanów oraz Mądre, bardzo rzadko i tylko w rozmowach między sobą.

— A reszta? Nikomu, ma się rozumieć, nie wolno przelewać krwi kogoś z tej samej społeczności, jednakże łączenie Shaarad z Goshien, Taardad i Nakai z Shaido... Nawet ja mógłbym wykonać taniec włóczni z Shaido, gdyby Mądre nie nakazały każdemu, kto pokonał Mur Smoka, złożyć przysięgę wody, że po tamtej stronie gór każdy Aiel ma być traktowany jako członek jednej społeczności. Nawet ci podstępni Shaido... — Lekko wzruszył ramionami. — Rozumiesz? To nie jest łatwe, nawet dla mnie.

— Czy Shaido to twoi wrogowie? — Rand z trudem wygrzebał z pamięci to określenie, w Kamieniu bowiem nie używano nazw klanów Aielów.

— Uniknęliśmy waśni krwi — odparł Rhuarc — ale między Taardad i Shaido nigdy nie było przyjaźni, szczepy te napadają czasem na siebie, kradnąc sobie kozy i krowy. Niemniej jednak przysięgi chronią nas przed trzema waśniami krwi i kilkunastoma odwiecznymi nienawiściami, które dzielą klany albo szczepy. To przyda się teraz, podczas naszej wyprawy do Rhuidean, nawet jeśli niektórzy odejdą od nas wcześniej. Nikt nie może przelać krwi kogoś, kto wyprawia się do Rhuidean albo stamtąd powraca. — Aiel spojrzał na Randa, twarz miał kompletnie wyzutą z wszelkiego wyrazu. — Możliwe, że wkrótce nikt z nas nie będzie już przelewał niczyjej krwi.

Nie dawało się orzec, czy ta perspektywa go cieszy.

Rozległo się jakieś pohukiwanie; była to jedna z Panien, stała na szczycie wzgórza i wymachiwała ramionami nad głową.

— Zdaje się, że znaleźli te twoje kamienne kolumny — orzekł Rhuarc.

Ściągając wodze, Moiraine obdarzyła Randa zimnym spojrzeniem, kiedy ją mijał, żwawo bijąc piętami boki Jeade’ena, by go przymusić do galopu. Egwene skierowała swą klacz w stronę Mata, po czym wychyliła się z siodła i przytrzymała jedną dłonią jego łęku, chcąc go wciągnąć do poufnej rozmowy. Wyraźnie starała się go zmusić, by coś jej wyznał albo przyznał się do czegoś; sądząc po gwałtowności jego ruchów, był albo niewinny jak dziecko, albo łgał jak z nut.

Rand wyskoczył z siodła i pośpiesznie wspiął się na łagodne zbocze, by obejrzeć to, co znalazła Panna — była to Aviendha — przedmiot do połowy zagrzebany w ziemi i ukryty w wysokiej trawie. Zwietrzała kolumna z szarego kamienia, długości co najmniej trzech piędzi, o średnicy kroku. Każdy odsłonięty cal powierzchni pokrywały dziwaczne symbole, wszystkie otoczone wąską linią znaków, które uznał za pismo. Nawet gdyby mógł odczytać ten język — jeśli to był w ogóle język — to litery dawno temu zatarły się w takim stopniu, że nie dawały się odcyfrować. Nieco łatwiej było wyróżnić symbole, choć niektóre z nich były zapewne śladami erozji wywołanej przez deszcz i wiatr.

Rozsunął trawy, by móc lepiej widzieć, i zerknął na Aviendhę. Opuściła shoufę na ramiona, obnażając krótkie, rudawe włosy, i obserwowała go z niewzruszoną, twardą miną.

— Nie lubisz mnie — zauważył. — Dlaczego?

Musiał znaleźć jeden symbol, ten jedyny, który znał.

— Lubić ciebie? — spytała. — Możesz być Tym Który Przychodzi Ze Świtem, człowiekiem przeznaczenia. Kto mógłby lubić albo nie lubić takiego? Poza tym jesteś wolny, mieszkaniec mokrych ziem, choć z obliczem pasującym do mego ludu, który wybiera się do Rhuidean po honor, podczas gdy ja...

— Podczas gdy ty? — powtórzył, kiedy umilkła. Szukał powoli, posuwając się w górę. Gdzie to jest? Dwie równoległe, faliste linie przecięte dziwacznym zakrętasem.

„Światłości, jeśli jest pod ziemią, to na jego odgrzebanie stracimy kilka godzin”.

Roześmiał się nagle. Wcale nie kilka godzin. Wystarczy przenieść Moc i wydźwignąć to coś z ziemi, mogą tego dokonać również Moiraine czy Egwene. Kamienia Portalu nie da się wprawdzie przesunąć, ale z pewnością można go trochę podnieść. Nie znajdzie natomiast tych falistych linii za pomocą przenoszenia. Pozostawało jedynie szukanie po omacku, ślepe błądzenie palcami po kamiennej powierzchni.

Zamiast odpowiedzieć, dziewczyna zwinnym ruchem przykucnęła, układając krótkie włócznie na kolanach.

— Źle potraktowałeś Elayne. Mnie by to nie obeszło, ale Elayne jest prawie siostrą Egwene, która jest moją przyjaciółką. A jednak Egwene nadal cię lubi, więc przez wzgląd na nią ja też się postaram.

Nadal przebiegał palcami po powierzchni masywnej kolumny, potrząsnął głową. Znowu ta Elayne. Czasami miał wrażenie, że wszystkie kobiety należą do jakiejś gildii, tak jak rzemieślnicy w miastach. Postąpisz źle z jedną, a już wie o tym i wyraża swą dezaprobatę dziesięć innych, które napotkasz.

Palce znieruchomiały, powróciły do miejsca, które dopiero co zbadał. Mocno zatarte, prawie nie do rozpoznania, ale był pewien, że to te same faliste linie. Symbolizowały Kamień Portalu na Głowie Tomana, nie zaś na Pustkowiu, jednakże oznaczały miejsce, gdzie w czasach kiedy kolumna stała jeszcze pionowo, znajdowała się jej podstawa. Symbole na szczycie reprezentowały światy, te na dole Kamienie Portalu. Podobno gdyby znał jeden na górze i jeden na dole, mógłby się wyprawić do danego Kamienia Portalu w danym świecie. Wiedział, że znając tylko jeden na dole, dotrze do Kamienia Portalu w tym świecie. Na przykład do Kamienia Portalu koło Rhuidean. Gdyby znał jego symbol. Nadszedł czas, gdy potrzebował szczęścia, targnięcie ta’veren musiało pokierować losem na jego korzyść.

Czyjaś dłoń sięgnęła mu przez ramię, usłyszał niechętny głos Rhuarca:

— Te dwa w dawnych tekstach symbolizują Rhuidean. Dawno temu, gdy sama nazwa jeszcze nie pojawiała się w pisemnej formie. — Obwiódł palcem dwa trójkąty, w środku których mieściło się coś podobnego do rozszczepionych błyskawic, jeden skierowany był w lewo, drugi w prawo.

— Czy wiesz, co to jest? — spytał Rand. Aiel odwrócił wzrok. — Niech skonam, Rhuarc, muszę wiedzieć. Wiem, że nie chcesz o tym rozmawiać, ale musisz mi powiedzieć. Powiedz mi, Rhuarc. Widziałeś już kiedyś coś takiego?

Drugi mężczyzna zrobił głęboki wdech, zanim odpowiedział.

— Widziałem już kiedyś. — Każde słowo brzmiało tak, jakby wyciągano je z niego siłą. — Gdy jakiś człowiek udaje się do Rhuidean, Mądre i członkowie klanu czekają na niego na zboczach Chaendaer, w pobliżu podobnego kamienia. — Aviendha wstała i sztywno wyprostowana odeszła na bok, Rhuarc zerknął na nią krzywiąc się. — Nic więcej nie wiem, Randzie al’Thor. Obym nigdy nie zaznał cienia, nie wiem.

Rand powiódł palcem po nie dającym się odczytać piśmie, które otaczało trójkąty. Który to? Tylko jeden zabierze go tam, dokąd chce się udać. Drugi może go posłać na przeciwległy kraniec świata albo na dno oceanu.

Pozostali Aielowie zebrali się już u stóp wzgórza, razem ze swymi mułami. Moiraine i inni zsiedli z koni, a potem, prowadząc je za sobą, wspięli się na łagodne zbocze. Mat zajmował się Jeade’enem i swoim brązowym wałachem, trzymając ogiera w sporej odległości od Mandarba Lana. Odkąd przestali ich dosiadać jeźdźcy, dwa ogiery piorunowały się wzrokiem.

— Ty naprawdę nie wiesz, co robisz, prawda? — zaprotestowała Egwene. — Moiraine, powstrzymaj go. Możemy pojechać do Rhuidean konno. Dlaczego pozwalasz mu to ciągnąć? Dlaczego nic nie mówisz?

— A co byś proponowała? — spytała oschle Aes Sedai. — Raczej nie mogę go wytargać za uszy. Może zaraz zobaczymy, do czego tak naprawdę przydaje się Śnienie.