Выбрать главу

— Mocą prawa krwi — powiedział — pytam o zezwolenie na wejście do Rhuidean, dla honoru naszych przodków i wspomnienia tego, co było.

Amys zamrugała, wyraźnie zdziwiona, a Bair mruknęła:

— Formuła starodawna, ale pytanie zostało zadane. Odpowiadam „tak”.

— Ja też odpowiadam „tak”, Bair — powiedziała Amys, — Seana?

— Ten człowiek nie jest Aielem — wtrącił gniewnie Couladin. Egwene podejrzewała, że zawsze prawie jest zagniewany. — Pobyt na tej ziemi oznacza dla niego śmierć! Po co Rhuarc go sprowadził? Dlaczego...?

— Czyżbyś chciał zostać Mądrą, Couladin? — spytała Bair, z grymasem, który pogłębił zmarszczki na jej twarzy. — Nałóż suknię i przyjdź do mnie, a sprawdzę, czy nadajesz się do nauki. Do tego czasu milcz, kiedy przemawiają Mądre!

— Moja matka była Aiel — powiedział napiętym głosem Rand.

Egwene wytrzeszczyła oczy. Kari al’Thor umarła, gdy ona dopiero opuszczała kołyskę, ale jeśli Tam pojął za żonę kobietę Aiel, to Egwene z pewnością musiałaby o tym słyszeć. Zerknęła na Moiraine, Aes Sedai obserwowała wszystko z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu, całkowicie spokojna. Rand rzeczywiście mocno przypominał Aiela, z tym wzrostem, szaroniebieskimi oczyma i rudawymi włosami, ale to już była niedorzeczność.

— Nie twoja matka — wolno powiedziała Amys. — Ojciec.

Egwene potrząsnęła głową. To już się ocierało o szaleństwo. Rand otworzył usta, ale Amys nie pozwoliła mu nic powiedzieć.

— Seana, co ty powiesz?

— Tak — odparła kobieta z włosami przetykanymi siwizną. — Melaine?

Ostatnia z nich czterech, przystojna kobieta, obdarzona złocistorudymi włosami, od Egwene starsza nie więcej jak o dziesięć, może piętnaście lat, zawahała się.

— To musi się stać — powiedziała w końcu, acz niechętnie. — Odpowiadam „tak”.

— Odpowiedziano ci — powiedziała Amys do Randa. — Możesz iść do Rhuidean i... — Urwała, na zbocze bowiem wdrapał się Mat. Ukłonił się, niezdarnie imitując Randa.

— Ja również pytam o pozwolenie wejścia do Rhuidean — powiedział roztrzęsionym głosem.

Cztery Mądre utkwiły w nim wzrok. Zaskoczony Rand gwałtownie pokręcił głową. Egwene miała wrażenie, że nikt nie może być bardziej zaszokowany niż ona, ale Couladin udowodnił jej, że się myli. Z grymasem na ustach uniósł włócznię i dźgnął nią Mata w pierś.

Amys i Melaine otoczyły się łuną saidara, strumienie Powietrza uniosły Couladina w górę i cisnęły w tył na odległość kilkunastu kroków.

Egwene patrzyła na to z szeroko otwartymi oczyma. Potrafiły przenosić Moc. Co najmniej dwie. Znienacka te okolone siwymi włosami młodzieńczo gładkie rysy Amys objawiły swe prawdziwe znaczenie, przypominając ów brak śladów wieku na twarzach Aes Sedai. Moiraine stała absolutnie nieruchomo. Egwene niemalże słyszała, jak jej myśli buzują. Dla Aes Sedai to ewidentnie stanowiło taką samą niespodziankę jak dla niej.

Couladin kuląc się powstał niezdarnie.

— Przyjmujecie tego obcego jak jednego z nas — wychrypiał, wskazując Randa włócznią, której próbował użyć przeciwko Matowi. — Niech się stanie, skoro wy tak mówicie. On jest nadal słabym mieszkańcem mokradeł i Rhuidean go zabije.

Ostrze włóczni zwróciło się w stronę Mata, który właśnie próbował wsunąć nóż do rękawa tak, by tego nikt nie zauważył.

— Ale ten... dla niego pobyt tutaj to śmierć, a jego prośba o wejście do Rhuidean to świętokradztwo. Tam nie może wchodzić nikt prócz pochodzących z krwi. Nikt!

— Wracaj do swych namiotów, Couladin — powiedziała zimno Melaine. — I ty, Heirn. I ty też, Rhuarc. To sprawa dla Mądrych, a nie dla mężczyzn, wyjąwszy tych, którzy zapytali. Odejdźcie!

Rhuarc i Heirn przytaknęli i ruszyli w stronę mniejszej grupy namiotów, pogrążeni w rozmowie. Couladin spojrzał spode łba na Randa, Mata i Mądre, a potem drgnął i wyniósł się chyłkiem w stronę większego obozowiska.

Mądre wymieniły się spojrzeniami. Zakłopotanymi spojrzeniami, powiedziałaby Egwene, mimo że gdy tego chciały, umiejętnością zachowania nieodgadnionego wyrazu twarzy zdawały się niemal dorównywać Aes Sedai.

— Tak nie wolno — powiedziała w końcu Amys. — — Młody człowieku, nie wiesz, o co prosisz. Wracaj z innymi — Jej wzrok przemknął po Egwene, Moiraine i Lanie, którzy osamotnieni teraz stali razem z końmi obok zwietrzałego Kamienia Portalu. Egwene nie dopatrzyła się w tym spojrzeniu niczego, co by wskazywało, że Mądra ją poznaje.

— Nie mogę. — Mat był wyraźnie zdesperowany. — Przyjechałem z tak daleka, ale to się nie liczy, prawda? Ja muszę wejść do Rhuidean.

— Nie wolno — odparła ostrym tonem Melaine, jej długie, rudozłote włosy zakołysały się, gdy potrząsnęła głową. — W twoich żyłach nie płynie krew Aiel.

Rand cały czas studiował twarz Mata.

— On idzie ze mną — powiedział nagle. — Udzieliłyście mi zgody i on może jechać ze mną, nieważne, czy powiecie „tak” czy „nie”. — Popatrzył na Mądre z determinacją, bet buty, przeświadczony, że wie, czego chce. Egwene takim go znała; nie wycofa się niezależnie od tego, co one powiedzą,

— Nie wolno — powtórzyła stanowczo Melaine, przemawiając do swych sióstr. Uniosła szal, by okryć nim głowę. — Prawo jasno to określa. Żadna kobieta nie może wejść do Rhuidean więcej jak dwa razy, żaden mężczyzna więcej niż raz, a spośród nich nikt, w czyich żyłach nie płynie krew Aiel.

Seana potrząsnęła głową.

— Wiele się zmienia, Melaine. Dawne obyczaje...

— Jeśli to on jest tym jedynym — powiedziała Bair — to czeka nas Czas Zmiany. Na Chaendaer stoi Aes Sedai i Aan’allein w swym mieniącym się płaszczu. Czy nadal możemy trzymać się dawnych obyczajów? Wiedząc, ile ma się zmienić?

— Nie możemy — zgodziła się Amys. — Wszystko stoi teraz na progu przemiany. Melaine?

Złotowłosa kobieta popatrzyła na otaczające ich góry i otulone mgłą miasto w dolinie, potem westchnęła i skinęła głową.

— Na tym koniec — powiedziała Amys, zwracając się do Randa i Mata. — Wy dwaj — zaczęła i urwała. — Jakimi imionami się przedstawiacie?

— Rand al’Thor.

— Mat. Mat Cauthon.

Amys przytaknęła.

— Ty, Randzie al’Thor, musisz dojść do serca Rhuidean, do samego środka. Jeśli ty, Macie Cauthon, chcesz iść z nim, to mech tak będzie, wiedzcie jednak, że większość mężczyzn, którzy wchodzą do serca Rhuidean, nie wraca, a niektórzy wracają obłąkani. Nie możecie mieć przy sobie ani pożywienia, ani wody, na pamiątkę naszej tułaczki po Pęknięciu. Nie wolno wam wejść do Rhuidean z bronią, z wyjątkiem własnych rąk i serca, na znak szacunku dla Jenn. Jeśli macie broń, to ułóżcie ją przed nami na ziemi. Będzie tu na was czekała, gdy wrócicie. Jeśli wrócicie.

Rand wyjął z pochwy swój nóż i ułożył go u stóp Amys, a potem, po chwili dodał jeszcze figurkę z zielonego kamienia przedstawiającą małego krągłego człowieczka.

— To wszystko, co mogę uczynić — powiedział.

Mat zaczął od noża przy pasie i kontynuował dzieło, wyciągając noże z rękawów i spod kaftana, jeden nawet zza kołnierza, tworząc stos, który zdawał się robić wrażenie nawet na kobietach Aiel. Już prawie miał przestać, ale popatrzył na kobiety i wyjął jeszcze po jednym z cholew obu butów.

— Zapomniałem o nich — wyznał z szerokim uśmiechem i wzruszył ramionami.

Jego uśmiech zbladł, gdy Mądre popatrzyły na niego, nawet nie mrugając.

— Należą do Rhuidean — wyraziła się ceremonialnie Amys, patrząc ponad głowami mężczyzn, a pozostałe trzy odpowiedziały chórem:

— Rhuidean należy do zmarłych.