Выбрать главу

— Jesteś pewien, że chcesz to zrobić, Mat? Słyszałeś, co mówiły Mądre. Jak tam wejdziesz, to możesz umrzeć albo popaść w obłęd. Wróć do namiotów, jeśli chcesz. Zostawiłeś butle z wodą i bukłak przy siodle Oczka.

Wolał, by Rand mu o tym nie przypominał. Lepiej nie myśleć o wodzie.

— Niech skonam, nie chcę iść. Ale muszę. A co z tobą? Czy bycie cholernym Smokiem Odrodzonym ci nie wystarcza? Musisz też być przeklętym wodzem klanu Aielów? Dlaczego ty tu jesteś?

— Muszę tu być, Mat. Muszę. — Przez suchość głosu przebijała rezygnacja, ale również coś innego. Ślad zapału. Ten człowiek był naprawdę obłąkany, on chciał to zrobić.

— Rand, może to jest odpowiedź, której oni udzielają wszystkim. Chodzi mi o tych ludzi-węży. Idź do Rhuidean. Może wcale tu nie musimy być. — Nie wierzył w to, ale mając przed oczyma tę mgłę...

Rand odwrócił głowę, by spojrzeć na niego. Milczał przez chwilę. W końcu odezwał się:

— Oni mi nic nie powiedzieli o Rhuidean, Mat.

— A niech skonam — mruknął. W taki czy inny sposób miał zamiar znaleźć raz jeszcze drogę przez tamte krzywe drzwi w Łzie. Zamyślony, wyciągnął z kieszeni kaftana złotą markę z Tar Valon, przetoczył ją po wierzchach palców i schował z powrotem. Ci wężowi ludzie udzielą mu jeszcze kilku odpowiedzi, czy tego chcą czy nie. Jakoś ich zmusi.

Nie mówiąc już ani słowa, Rand wstał i ruszył chwiejnym krokiem w stronę ściany mgły, z oczyma utkwionymi w dal. Mat pośpieszył za nim.

„A niech sczeznę. Niech sczeznę. Ja nie chcę tego robić”.

Rand z miejsca zatopił się w gęstej szarości, Mat natomiast zawahał się na moment, nim poszedł w jego ślady. Mimo wszystko to Moc musiała utrzymywać tę mgłę, zwłaszcza że jej skraj się kłębił, ale w ogóle ani się nie posuwał do przodu, ani też nie cofał. Cholerna Moc i żadnego cholernego wyboru. Ten pierwszy krok przyniósł błogosławioną ulgę, chłód i wilgoć, otworzył usta chcąc, by mgła zwilżyła mu język. Jeszcze trzy kroki i zaczął się niepokoić. Na wyciągnięcie ręki tylko nieokreślona szarzyzna. Nie potrafił nawet wyróżnić cienia, którym mógł być Rand.

— Rand? — Równie dobrze mógłby wcale nie otwierać ust, pomroka połknęła słowo, niemalże nim dotarło do jego własnych uszu. Nie był już nawet pewien kierunku, a wszak zawsze pamiętał drogę. Przed nim mogło być wszystko. Albo pod stopami. Nie widział własnych nóg, od pasa w dół pochłaniała go mgła. Nie zważając na to, przyśpieszył kroku. I nagle wyszedł obok Randa na przestrzeń rozjaśnioną dziwnym, nie rzucającym cienia światłem.

Mgła tworzyła ogromną, wklęsłą kopułę, zakrywającą niebo, jej bulgocząca, wewnętrzna powierzchnia jarzyła się bladym, jaskrawym błękitem. Rhuidean nie było w połowie choćby tak wielkie jak Łza czy Caemlyn, ale nigdy nie widział równie rozległych pasaży jak te puste ulice, pełne wielkich fontann z posągami, przedzielone na środku szerokimi pasmami nagiej ziemi, na której musiały chyba kiedyś rosnąć drzewa. Wzdłuż ulic stały ogromne budowle, dziwne, płaskie pałace z marmuru, kryształu i rżniętego szkła, ich stopnie albo proste mury wznosiły się na wysokość setek stóp. Nie widać było ani jednego małego budynku, niczego, co mogło mieścić zwykłą tawernę, gospodę lub stajnię. Tylko przeogromne pałace, z połyskującymi, czerwonymi, białymi albo niebieskimi kolumnami, grubości pięćdziesięciu stóp i wysokości stu kroków; wieńczyły je niebotyczne wieże, żłobkowane, spiralne, niektóre wbijały się w połyskliwe chmury.

Mimo całego tego przepychu miasta nigdy nie zostało ukończone. Wiele z tych olbrzymich budowli robiło wrażenie porzuconych w trakcie budowy. W niektórych ogromne okna wypełniało kolorowe szkło, tworzące obrazy srogich, dostojnych mężczyzn i kobiet, o wzroście trzydziestu stóp i więcej, wschody słońca i gwiaździste, nocne nieba, inne okna ziały pustką. Nieskończone i dawno już temu porzucone na pastwę losu. W żadnej z fontann nie pluskała woda. Cisza okryła miasto niczym kolejna mgielna kopuła. Powietrze było chłodniejsze niż na zewnątrz, równie jednak jałowe. Pył zgrzytał pad stopami na jasnych, gładkich kamieniach bruku.

Mimo to Mat podbiegł do najbliższej fontanny, tak na wszelki wypadek, i przechylił się przez sięgającą do pasa, białą poręcz. Do szerokiego, zakurzonego zbiornika, równie wyschłego jak jego usta, zaglądały trzy rozebrane kobiety, dwakroć od niego wyższe i podtrzymujące nad głowami dziwną rybę o szerokim pysku.

— To jasne — odezwał się za jego plecami Rand. — Powinienem był wcześniej o tym pomyśleć.

Mat obejrzał się przez ramię.

— O czym?

Rand wpatrywał się w fontannę, trzęsąc się od bezgłośnego śmiechu.

— Weź się w garść, Rand. Nie zwariowałeś przed chwilą. Powinieneś był pomyśleć!

Głuche bulgotanie kazało Matowi błyskawicznie wrócić do fontanny. Znienacka z pyska ryby trysnęła woda, strumieniem grubości jego uda. Wdrapał się do zbiornika i rzucił pod strumień z głową odchyloną w tył i otwartymi ustami. Zimna, słodka woda, tak zimna, że aż zadrżał, słodsza niż wino. Przemoczyła mu włosy, kaftan, spodnie. Pił dopóty, dopóki nie poczuł, że zaraz się utopi, w końcu zachwiał się i dysząc wsparł o kamienną nogę kobiety.

Rand nadal stał w jednym miejscu, zapatrzony w fontannę, z poczerwieniałą twarzą i spękanymi ustami, śmiał się cicho.

— Żadnej wody, Mat. Powiedziały, że nie wolno nam przynosić tu wody, ale nie powiedziały, że ona tu jest.

— Rand? Nie zamierzasz się napić?

Rand wzdrygnął się, a potem wszedł do wypełnionego po kostki zbiornika, rozbryzgując wodę, dotarł do miejsca, gdzie wcześniej stał Mat, i zaczął pić w taki sam sposób, z zamkniętymi oczyma i twarzą wystawioną ku górze; wkrótce również cały był mokry.

Mat patrzył na to z niepokojem. Nie jest obłąkany, to prawda, jeszcze nie. Gdyby się jednak nie odezwał, to jak długo Rand stałby tutaj i śmiał się pozwalając, by pragnienie zamieniało mu gardło w kamień? Mat zostawił go tam i wygramolił się z fontanny. Trochę tej wody, która przemoczyła jego ubranie, wlało mu się do butów. Zignorował chlupotanie, które słychać było przy każdym kroku, nie był pewien, czy jeśli teraz ściągnie buty, to uda mu się włożyć je z powrotem. A poza tym tak było mu dobrze.

Spoglądając na miasto, zastanawiał się, co tu właściwie robi. Ci ludzie twierdzili, że może umrzeć, ale czy sam pobyt w Rhuidean wystarczy, by stało się przeciwnie?

„Czyli muszę tu coś zrobić? Ale co?”

Puste ulice i na poły ukończone pałace nie rzucały cienia w jasnym, lazurowym świetle. Kłucie między łopatkami nasilało się. Te wpatrzone w niego puste okna, te zębate linie porzuconych konstrukcji. Mogło się wśród nich kryć wszystko, a w miejscu takim jak to wszystko mogło być...

„Dowolną cholerną rzeczą”.

Żałował, że nie ma przynajmniej swych noży w butach. Ale te kobiety, te Mądre, tak się na niego gapiły, jakby wiedziały, że on je tam ukrywa. I przenosiły Moc, jedna albo wszystkie. To głupota oszukiwać kobiety, które potrafią przenosić, jeśli można tego uniknąć.

„Niech sczeznę, gdybym tylko mógł odciąć się od Aes Sedai, to już nigdy bym o nic nie prosił. No cóż, w każdym razie bardzo długo bym o nic nie prosił. Światłości, ciekawe, czy coś się tu przypadkiem nie czai”.

— Serce musi być tam, Mat. — Rand wyszedł ze zbiornika, ociekając wilgocią.

— Serce?

— Mądre powiedziały, że muszę udać się do serca. Zapewne mówiły o centrum miasta. — Rand obejrzał się na fontannę i nagle strumień zmniejszył się do cienkiego strumyczka, a potem zaniknął. — Tu jest cały ocean dobrej wody. Głęboko. Tak głęboko, ie mało co, a byłbym go nie znalazł. Gdybym mógł go wydobyć... Ale nie ma sensu marnować wody. Jeszcze raz porządnie się napijemy, gdy nadejdzie czas, by stąd odejść.