Выбрать главу

Mat niespokojnie zaszurał nogami.

„Ty głupcze! Skąd, twoim zdaniem, wzięła się ta woda? No przecież on przenosił cholerną Moc. Myślałeś, że ona tak sobie popłynęła na nowo, Światłość jedna wie po jak długim czasie?”

— Centrum miasta. Oczywiście. Prowadź.

Trzymali się środka szerokiej ulicy, wędrując skrajem nagich pasów ubitej ziemi, obok kolejnych, wyschłych fontann, niekiedy wyposażonych jedynie w kamienny zbiornik i marmurowy cokół, na którym powinien stać jakiś posąg. W mieście nie było ani jednej rzeczy zniszczonej... najwyżej nie ukończone. Pałace wznosiły się po obu stronach na podobieństwo górskich łańcuchów. W środku musiały być jakieś rzeczy. Może meble, jeśli nie zgniły. Może złoto. Noże. Noże nie zardzewieją w tak suchym powietrzu, choćby nie wiadomo od jak dawna tu były.

„Z tego, co ci wiadomo, tam może siedzieć jakiś cholerny Myrddraal. Światłości, czemu musiałem o tym pomyśleć?”

Że też nie pomyślał o zabraniu pałki, kiedy opuszczał Kamień. Może udałoby się przekonać Mądre, że to kostur. Nie było sensu teraz nad tym deliberować. Wystarczyłoby drzewo, gdyby miał czym ściąć jakąś sporą gałąź i ją obciosać. Znowu jakieś „gdyby”. Zastanawiał się, czy temu, kto zbudował to miasto, udało się wyhodować jakieś drzewa. Zbyt długo pracował na farmie swego ojca, by nie rozpoznać dobrej gleby. Te długie wstęgi nagiej ziemi były liche, nie nadawały się do posadzenia czegokolwiek z wyjątkiem chwastów, a i tych raczej w skromnych ilościach. Teraz nie rosło tu nic.

Kiedy uszli jakąś milę, ulica nagle zakończyła się wielkim rynkiem, otoczonym takimi samymi pałacami z marmuru i kryształu, który ciągnął się dalej, być może równie daleko jak droga, którą do tej pory pokonali. O dziwo, na samym środku rosło jakieś drzewo, wysokości dobrych stu stóp, które rozpościerało grube, gęsto okryte liśćmi konary nad zakurzonymi, białymi kamieniami brukowymi zajmującymi hajd powierzchni, a nie opodal znajdowało się coś, co wyglądało jak koncentryczne pierścienie utworzone z przezroczystych, połyskliwych szklanych kolumn, cienkich niczym igły — wrażenie to brało się z nadzwyczajnej ich smukłości — dorównujących niemal wysokością drzewu. Dziwiłby się, w jaki sposób drzewo w ogóle mogło tu wyrosnąć, pozbawione światła słońca, gdyby jego uwagi nie przyciągnął nagle zdumiewający galimatias, wypełniający pozostałą część placu.

Z każdej ulicy, którą Mat widział ze swego miejsca, wiodła prosto do utworzonych z kolumn pierścieni pusta dróżka, między którymi stały bez ładu i składu posągi, rozmiarów żywych istot, z kamienia, kryształu albo metalu, osadzone bezpośrednio w bruku. Wśród nich znajdowały się... Z początku nie wiedział nawet, jakie nadać im nazwy. Płaski, srebrzysty pierścień o szerokości dziesięciu stóp i cienki jak ostrze noża. Spiczasty, kryształowy cokół, na którym mógł stanąć jakiś mniejszy posąg. Błyszcząca iglica z czarnego metalu, smukła niczym włócznia i nie dłuższa, stojąca na czubku, jakby wrosła w bruk korzeniami. Setki, może tysiące rzeczy, w każdym kształcie i z każdego materiału, jaki można było sobie wyobrazić, wypełniały całkowicie ogromny plac, rozstawione w odległościach nie większych niż kilkanaście stóp.

To widok tej czarnej, metalowej włóczni, tej, która tak nienaturalnie stała, nasunął mu nagle odpowiedź na pytanie, co to musi być. Ter’angreale. A w każdym razie rzeczy, które miały coś wspólnego z Mocą. Niektóre na pewno miały. Tamtej krzywej kamiennej futryny w Wielkiej Przechowalni Kamienia też nie dawało się przewrócić.

Już był gotów zawrócić, ale Rand szedł dalej, ledwie patrząc na to, co wytyczało mu drogę. Zatrzymał się w pewnej chwili, patrząc na dwie figurki, które zdawały się ledwie zasługiwać na miejsce wśród pozostałych rzeczy. Dwie statuetki, wysokości około stopy, mężczyzna i kobieta, każde trzymało w ręce kryształową kulę. Nachylił się, jakby chciał ich dotknąć, ale wyprostował się tak szybko, że mogło to być wyłącznie dzieło imaginacji Mata.

Po chwili Mat ruszył spiesznie w jego ślady, starając się go dogonić. Im bardziej się zbliżali do tych roziskrzonych pierścieni, utworzonych przez kolumny, tym bardziej był spięty. Te wszystkie przedmioty, które ich otaczały, miały coś wspólnego z Mocą, kolumny również. Po prostu to wiedział. Ich niesamowicie wysokie i cienkie trzony iskrzyły się błękitnawym światłem, mącąc wzrok.

„Powiedzieli tylko, że muszę tu przyjść. No i cóż, przyszedłem. Nic nie mówili o cholernej Mocy”.

Rand zatrzymał się tak nagle, że Mat zrobił jeszcze trzy kroki w stronę pierścieni, nim się zorientował. Zauważył, że przyjaciel wpatruje się w drzewo. Drzewo. Mat połapał się, że sam idzie ku niemu, jakby go przyciągało. Żadne inne drzewo nie ma takich potrójnych liści. Żadne, prócz tego jednego — drzewa z legendy.

— Avendesora — rzekł cicho Rand. — Drzewo Życia. To ono.

Mat podskoczył do rozłożystych konarów, chcąc zerwać jeden z liści, żadnego jednak nie mógł dosięgnąć. Zadowolił się więc wejściem głębiej pod liściasty dach, gdzie oparł się o graby pień. Po chwili osunął się na ziemię i przysiadł, nadal wsparty o niego plecami. Dawne opowieści mówiły prawdę. Czuł... Błogość. Spokój. Zadowolenie. Nawet stopy nie bolały tak mocno.

Rand usiadł nie opodal ze skrzyżowanymi nogami.

— Ja tam wierzę opowieściom. Ghoetam czterdzieści lat siedział pod Avendesorą, chcąc zdobyć mądrość. Teraz w to wierzę.

Głowa Mata dotknęła pnia.

— Ja tam nie wiem, czy uwierzyłbym, że ptaki przyniosą mi coś do zjedzenia. Musiałbyś czasem wstać.

„Ale nie byłoby źle posiedzieć jakąś godzinkę. Nawet cały dzień”.

— To zresztą nie ma sensu. Jakie pożywienie mogłyby tu przynosić ptaki? Jakie ptaki?

— Może Rhuidean nie zawsze takie było, Mat. Może... Nie wiem. Może Avendesora rosła wtedy gdzie indziej.

— Gdzie indziej — mruknął Mat. — Chętnie przeniósłbym się gdzie indziej.

„Ale... tu jest... tak przyjemnie.”

— Gdzie indziej? — Rand obrócił się, by popatrzeć na wysokie, wąskie kolumny, połyskujące już tak blisko. — „Obowiązek jest cięższy niż góra” — powiedział i westchnął.

Była to część powiedzenia, które poznał w Ziemiach Granicznych. „Śmierć jest lżejsza od pióra, obowiązek cięższy niż góra”. Zdaniem Mata brzmiało to jak kompletne brednie, ale Rand już wstał. Mat niechętnie poszedł w jego ślady.

— Jak myślisz, co tam znajdziemy?

— Mam zamiar iść sam — powiedział wolno Rand.

— O co ci chodzi? — spytał Mat. — Przybyłem tu z daleka, nieprawdaż? Nie mam zamiaru podkulać teraz ogona.

„A właśnie, że mam!”

— To nie tak, Mat. Jeśli tam wejdziesz, to albo wyjdziesz jako wódz klanu, albo umrzesz. Albo wyjdziesz obłąkany. Nie sądzę, by istniał jakiś inny wybór. Chyba że wchodzącą jest Mądra.

Mat zawahał się.

„Umrzesz i narodzisz się na nowo”.

Tak właśnie powiedzieli. Nie miał jednak zamiaru nawet podejmować próby zostania wodzem klanu Aielów, Aielowie zapewne natychmiast naszpikowaliby go włóczniami.

— Niech decyduje szczęście — powiedział, wyciągając z kieszeni markę z Tar Valon. — To zaczyna być powoli moja szczęśliwa moneta. Płomień, idę z tobą, głowa, zostaję. — Podrzucił monetę, nim Rand zdążył zaprotestować.

Jakoś nie udało mu się jej złapać, marka wyślizgnęła się z palców, zabrzęczała na bruku, odbiła dwukrotnie... I stanęła na krawędzi.

Spiorunował Randa oskarżycielskim wzrokiem.

— Robisz to celowo? Nie umiesz tego kontrolować?