Выбрать главу

— Nie. — Moneta upadła, ukazując pozbawioną śladów upływu lat twarz kobiety w otoczeniu gwiazd. — Wygląda na to, że tu zostaniesz, Mat.

— Czy ty właśnie...? — Rand mógłby nie przenosić Mocy w jego obecności, tak byłoby znacznie lepiej. — A niech sczeznę, chcesz, bym tu został, to zostanę.

Złapał monetę i schował ją z powrotem do kieszeni.

— Posłuchaj, idź tam, zrób to, co musisz, i wracaj. Ja chcę stąd wyjść, nie mam zamiaru tu siedzieć i kręcić młynków kciukami w oczekiwaniu na ciebie. I nie myśl sobie, że pójdę za tobą, więc lepiej uważaj.

— Nie oczekiwałbym tego od ciebie, Mat — odparł Rand.

Mat popatrzył na niego podejrzliwie. Z czego on się tak śmieje?

— Zgodnie z umową nie pójdę. Ach, idź już i zostań sobie cholernym wodzem Aielów. Masz odpowiednią twarz.

— Nie wchodź tam, Mat. Cokolwiek się zdarzy, nie wchodź. — Zaczekał, aż Mat skinie głową, i dopiero wtedy ruszył.

Mat stał i patrzył, jak Rand wchodzi między połyskliwe kolumny. Niemal natychmiast zniknął mu z oczu w powodzi tych oślepiających, pulsujących lśnień.

„Oko płata mi figle” — powiedział sobie Mat. To nie było nic innego. „Cholerne oko płata mi cholerne figle”.

Zaczął obchodzić kolumny dookoła, trzymając się z dala na sporą odległość, wysilając wzrok, by raz jeszcze zobaczyć Randa.

— Uważaj na to, co robisz! — zawołał. — Jak mnie zostawisz samego na Pustkowiu z Moiraine i tymi cholernymi Aielami, to cię uduszę, czyś Smok Odrodzony czy nie!

Po chwili dodał:

— Nie pójdę za tobą, jeśli się wpakujesz w tarapaty! Słyszysz mnie?

Żadnej odpowiedzi.

„Jeśli on stamtąd nie wyjdzie za godzinę...”

— On jest obłąkany, że tam wszedł — mruknął. — To on musi wypić piwo, które nawarzył. To on potrafi przenosić. Jeśli wsadził głowę do gniazda szerszeni, to może przenieść cholerną Moc i wyciągnąć ją stamtąd.

„Dam mu godzinę”.

A potem sobie pójdzie, nieważne, czy Rand wróci czy nie. Po prostu odwróci się i odejdzie. Po prostu odejdzie. To właśnie zrobi. O właśnie.

Cienkie trzony ze szkła odbijały niebieskawe światło w taki sposób, że wkrótce nabawił się bólu głowy. Odwrócił się i powędrował tą samą drogą, którą tu przyszedł, niespokojnie mierząc wzrokiem ter’angreale — czy cokolwiek to było — zajmujące całą przestrzeń rynku. Co on tu robi? Dlaczego?

Nagle zatrzymał się jak wryty, gapiąc na jeden z dziwnych przedmiotów. Wielka rama z wypolerowanego, czerwonego kamienia, cudacznie wykrzywiona, ale właściwie nie wiadomo, w jaki sposób, trudno bowiem było ją objąć wzrokiem w całości. Podszedł do niej powoli, lawirując między połyskującymi iglicami z rżniętego kryształu, kończącymi się na wysokości jego głowy, oraz niskimi, złotymi ramami, wypełnionymi czymś, co przypominało tafle szkła; ledwie jednak je zauważał, ani na moment bowiem nie odrywał oczu od futryny.

To była ta sama. Ten sam wypolerowany, czerwony kamień, te same wymiary, te same kąty, które urągały oczom. Wzdłuż każdej pionowej linii biegły trzy szeregi trójkątów skierowanych wierzchołkami w dół. Czy na tamtej w Łzie też było coś takiego? Nie mógł sobie przypomnieć, nie starał się zapamiętać wszystkich szczegółów. To jest ta sama, na pewno. Może nie powinien jeszcze raz przez nią przechodzić, ale...? Kolejna okazja, by dopaść wężowych ludzi, zmusić ich do udzielenia jeszcze kilku odpowiedzi.

Mrużąc oczy oślepione przez szklane błyski, obejrzał się w stronę kolumn. Dał Randowi godzinę. W godzinę zdoła wejść do tej rzeczy, wrócić i jeszcze sporo zostanie czasu. Może nawet nie zadziała, skoro już raz użył innej, bliźniaczo podobnej. To jest ta sama. Ale może się uda. Raz jeszcze otrze się o Moc.

— Światłości — mruknął. — Ter’angreal. Kamienie Portalu. Rhuidean. Czy ten jeszcze jeden raz coś zmieni?

Przeszedł. Przez ścianę z oślepiająco białego światła, przez ryk tak donośny, że głuszył każdy inny dźwięk.

Mrugając rozejrzał się dookoła i zmełł w ustach najgorsze przekleństwo, jakie znał. Gdziekolwiek by się znalazł, nigdy tu przedtem nie był.

Krzywa futryna stała pośrodku jakiejś ogromnej komnaty, zbudowanej bodajże na planie gwiazdy, tyle przynajmniej zobaczył przez las grubych kolumn, w których wyżłobiono po osiem głębokich rowków, ich ostre krawędzie były żółte i jarzyły się miękko odbitym światłem. Całe połyskujące czernią, z wyjątkiem tych rozjarzonych elementów, wyrastały z białej posadzki i ginęły gdzieś wysoko w ciemnościach, gdzie blakły nawet te żółte paski. Kolumny i posadzka wyglądały na szklane, ale kiedy się nachylił nad posadzką, by przejechać po niej dłonią, w dotyku przypominała kamień. Zakurzony kamień. Otarł dłoń o kaftan. Powietrze pachniało stęchlizną, a w kurzu widać było tylko ślady jego stóp. Od dawna nikogo tu nie było.

Rozczarowany, skierował się z powrotem w stronę ter’angrealu.

— Bardzo dawno.

Błyskawicznie odwrócił się na pięcie, miętosząc rękaw w poszukiwaniu noża, który przecież leżał teraz na zboczu góry. Mężczyzna, który stał wśród kolumn, zupełnie nie przypominał tamtych wężowych ludzi. Na jego widok Mat pożałował, że wszystkie ostrza oddał Mądrym.

Osobnik był wysoki, wyższy niż przeciętny Aiel, i muskularny, ale ramiona miał zbyt szerokie w porównaniu z wąską talią, skórę zaś tak białą jak najdelikatniejszy papier. Na ramionach i nagim torsie krzyżowały się nabijane ćwiekami paski z jasnej skóry, czarny kilt zwisał do kolan. Oczy miał zbyt duże i niemal bezbarwne, osadzone głęboko w twarzy o wąskiej szczęce. Krótko przystrzyżone, jasne włosy o rudawym odcieniu, sterczały jak szczotka, a uszy, przylegające płasko przy czaszce, były lekko spiczaste. Nachylił się nad Matem, wciągając łapczywie powietrze szeroko otwartymi ustami, w których błyskały ostre zęby. Robił wrażenie lisa, który zaraz skoczy na zapędzonego w kąt kurnika kurczaka.

— Bardzo długo — powiedział prostując się. Głos miał chrapliwy, niemal podobny do warczenia. — Czy przestrzegasz traktatów i umów? Czy masz żelazo, instrumenty muzyczne albo urządzenia do wytwarzania światła?

— Nie mam żadnej z tych rzeczy — odparł wolno Mat. To nie było to samo miejsce, ale ten jegomość zadawał takie same pytania. I zachowywał się identycznie, a wszędzie unosił się podobny zapach.

„On szpera w moich cholernych doświadczeniach, prawda? No cóż, niech sobie szpera. Może niechcący dogrzebie się do któregoś z tych, które błąkają się samopas, to wtedy ja też je sobie przypomnę”.

Zastanawiał się, czy znowu zaczął używać Dawnej Mowy. To nieprzyjemne nie wiedzieć i nie móc sprawdzić, jak się mówi.

— Prowadź, o ile zabierzesz mnie tam, gdzie uzyskam jakieś odpowiedzi. Jeśli nie, to sobie idę i przepraszam, że cię niepokoiłem.

— Nie! — Wielkie, bezbarwne oczy zamrugały z podniecenia. — Nie wolno ci odejść. Chodź. Zabiorę cię tam, gdzie znajdziesz to, czego potrzebujesz. Chodź. — Cofał się, gestykulując obiema rękoma. — Chodź.

Mat ruszył za nim, zerknąwszy raz w stronę ter’angreala. Nie spodobało mu się, że uśmiech mężczyzny obnażył zęby. Może chciał go uspokoić, ale te zęby... Mat postanowił, że już nigdy nie odda wszystkich swoich noży, ani Mądrym, ani samej Zasiadającej na Tronie Amyrlin.

Wielkie, pięcioboczne drzwi bardziej przypominały wejście do tunelu, ponieważ ukryty za nimi korytarz miał dokładnie takie same wymiary i kształt, wzdłuż zakrętów biegły te same jaskrawe, żółte paski, obramowujące posadzkę i sufit. Korytarz zdawał się nie mieć końca, niknął gdzieś w mroku, w pewnych odstępach urozmaicony kolejnymi, identycznymi, pięciobocznymi drzwiami. Mężczyzna w kilcie nie odwrócił się tyłem, by poprowadzić, dopóki nie znaleźli się obaj na korytarzu, a nawet wtedy stale oglądał się przez szerokie ramię, jakby się upewniał, że Mat wciąż za nim idzie. Powietrze już nie pachniało stęchlizną, pojawiła się w nim natomiast jakaś nowa woń, niezbyt miła, jakby znajoma, ale nie dość silna, by dała się rozpoznać.