Выбрать главу

Przed pierwszymi drzwiami Mat zajrzał do środka i westchnął. Za czarnymi kolumnami o gwiaździstym kształcie stała krzywa rama drzwiowa z czerwonego kamienia, na mętnej, szklistobiałej posadzce, w kurzu której widać było tylko jedne ślady butów, które odchodziły od ter’angreala i wiodły w stronę korytarza w ślad za odciskami bosych stóp. Obejrzał się przez ramię. Korytarz zamiast kończyć się w odległości pięćdziesięciu kroków w innej, podobnej komnacie, biegł tak daleko, jak okiem sięgnął, tworząc lustrzane odbicie tego, co widział przed sobą. Przewodnik obdarzył go uśmiechem pełnym ostrych zębów; wyglądał na głodnego.

Wiedział, że powinien spodziewać się czegoś takiego po tym, co zobaczył po drugiej stronie ter’angreala w Kamieniu. Te iglice, które zaczynały się w miejscu, w którym miały do tego prawo, a kończyły tam, gdzie zgodnie z logiką nie powinny. Skoro było tak z iglicami, to dlaczego nie z komnatami.

„Trzeba było tam zostać i zaczekać na Randa, to właśnie trzeba było zrobić. Powinienem był zrobić całe mnóstwo rozmaitych rzeczy”.

Przynajmniej nie będzie miał kłopotu z ponownym odnalezieniem ter’angreala, gdyby następne drzwi ukrywały to samo.

Zajrzał przez następne i zobaczył czarne kolumny, ter’angreal z czerwonego kamienia, odciski stóp własnych i przewodnika. Gdy obdarzony wąską szczęką człowiek ponownie się obejrzał, Mat wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu.

— Nie myśl sobie, że złapałeś niemowlę w swoje sidła. Spróbuj mnie tylko oszukać, a zrobię z twojej skóry ścierkę.

Jegomość wzdrygnął się, wytrzeszczając oczy, a potem wzruszył ramionami i poprawił nabijane ćwiekami paski na piersi, drwiący uśmiech zdawał się przykuwać uwagę do jego czynności. Mat nagle się połapał, że dręczy go pytanie, skąd się wzięła taka jasna skóra. Niemożliwe, by z...

„Och, Światłości, wydaje mi się, że jednak tak”.

Udało mu się nie przełknąć śliny, ale tylko tyle.

— Prowadź, ty koziesynu. Twoja skóra nie jest warta srebrnych ćwieków. Zaprowadź mnie tam, gdzie chcę iść.

Mężczyzna, krzywiąc się i sztywno się prostując, ruszył pośpiesznie. Mata nie obchodziło, czy poczuł się urażony. Żałował natomiast, że nie ma bodaj jednego noża.

„Niech sczeznę, jeśli pozwolę, by jakiś gość z lisią twarzą i koźlim mózgiem zrobił uprząż z mojej skóry”.

Trudno było stwierdzić, jak długo już idą. Korytarz w żadnym miejscu się nie zmieniał, wciąż te same wygięte ściany i jaskrawe, żółte paski. Za każdymi drzwiami znajdowała się identyczna komnata, ter’angreal, ślady stóp i tak dalej. Ta identyczność sprawiła, że czas zatracił swój wymiar. Mat niepokoił się, że nie wie, jak długo już tu jest. Z pewnością dłużej niż tę godzinę, którą sobie wyznaczył. Jego ubranie było już teraz tylko wilgotne, w butach przestało chlupotać. Szedł jednak dalej, wpatrzony w plecy przewodnika, szedł i szedł bez końca.

Korytarz urwał się nagle przed kolejnymi drzwiami. Mat zamrugał. Byłby przysiągł, że chwilę wcześniej korytarz wiódł tak daleko, jak mógł sięgnąć wzrokiem. Patrzył jednak częściej na jegomościa obdarzonego ostrymi zębami niż na to, co znajdowało się w przodzie. Obejrzał się i omal nie zaklął. Korytarz ciągnął się wstecz tak daleko, że błyszczące, żółte paski zdawały się zbiegać w jednym punkcie. I nigdzie nie było widać żadnych drzwi.

Kiedy się odwrócił, stał sam przed wielkimi, pięciobocznymi drzwiami.

„Niech sczeznę, wolałbym, żeby te się tak nie zachowywały”.

Zrobił głęboki wdech i wszedł do środka.

Kolejna komnata w kształcie gwiazdy, z białą posadzką, nie tak duża jak tamta — albo tamte — też z kolumnami. Ośmioramienna gwiazda, ze szklistoczarnym postumentem ustawionym w każdym z jej ramion. Cokoły, długości dwóch piędzi, wyglądały jak płaty odkrojone od jednej z kolumn. Błyszczące, żółte paski biegły na wszystkich ostrych krawędziach komnaty i wzdłuż postumentów. Ów nieprzyjemny zapach tutaj się nasilił, a Mat rozpoznał w nim zapach legowiska dzikiego zwierza. Prawie nie zwrócił na to uwagi, ponieważ w komnacie nie było nikogo prócz niego.

Obracając się powoli, spojrzał spode łba na postumenty. Z pewnością ktoś powinien na nich siedzieć, ktoś, kto miał odpowiedzieć na jego pytania. Oszukano go. Skoro tu przyszedł, to powinien uzyskać odpowiedzi.

Gwałtownie odwrócił się dookoła, badając wzrokiem nie cokoły, lecz gładkie, szare ściany. Drzwi zniknęły, nie było już stąd wyjścia.

Nim jednak dokończył drugi obrót, na każdym postumencie ktoś się pojawił, ludzie podobni do jego przewodnika, tylko inaczej ubrani. Czterech mężczyzn, reszta kobiety, ich sztywne włosy tworzyły grzebień i dopiero potem opadały na plecy. Wszyscy byli ubrani w białe spódnice, zakrywające stopy. Kobiety miały białe bluzki, opadające poniżej bioder, z wysokimi, koronkowymi kołnierzykami i białymi mankietami. Mężczyźni nosili jeszcze więcej pasków niż przewodnik, szerszych i nabijanych złotem. Każda taka uprząż podtrzymywała dwa nagie noże. Ostrza z brązu, osądził Mat na podstawie barwy, ale oddałby za takie całe swoje złoto.

— Mów — odezwała się jedna z kobiet warkliwym głosem. — Zgodnie ze starożytnym traktatem, tu się zawiera umowę. Czego potrzebujesz? Mów.

Mat zawahał się. Nie to mówili wężowi ludzie. Ci patrzyli na niego jak lisy na obiad.

— Kim jest Córka Dziewięciu Księżyców i dlaczego muszę się z nią ożenić? — Miał nadzieję, że policzą to jako jedno pytanie.

Żadne nie odpowiedziało. Nikt się nie odezwał. Po prostu dalej gapili się na niego tymi wielkimi, bladymi oczyma.

— Macie odpowiadać — powiedział. Cisza. — Oby wam kości spłonęły na popiół, odpowiedzcie mi! Kim Jest Córka Dziewięciu Księżyców i dlaczego mam się z nią ożenić? Jakim sposobem umrę i narodzę się na nowo? Co to znaczy, że mam zrezygnować z połowy światłości świata? To są moje trzy pytania. Powiedzcie coś!

Martwa cisza. Słyszał własny oddech, słyszał, jak krew pulsuje mu w uszach.

— Nie mam zamiaru się żenić. I nie mam też zamiaru umierać, nawet jeśli miałbym narodzić się na nowo. Chodzę z dziurami w pamięci, z dziurami w życiu, a wy gapicie się na mnie jak idioci. Gdyby to ode mnie zależało, to bym chciał, by mi wypełniono te dziury, ale dzięki odpowiedziom na swoje pytania miałbym wypełnioną chociaż przyszłość. Musicie odpowiedzieć...!

— Dosyć — warknął jeden z mężczyzn, a Mat zamrugał.

Dosyć? Czego dosyć? O co mu chodzi?

— Wypalcie mi oczy — mruknął. — Oby wam sczezły dusze! Jesteście wredni jak Aes Sedai. No dobra, chcę się uwolnić od Aes Sedai i Mocy, chcę stąd wyjść i wrócić do Rhuidean, skoro nie chcecie mi odpowiadać. Otwórzcie jakieś drzwi i pozwólcie mi...

— Dosyć — powiedział inny mężczyzna, a jedna z kobiet powtórzyła jak echo. — Dosyć.

Mat omiótł wzrokiem ściany, potem zrobił groźną minę odwracając się, by ogarnąć ich wszystkich stojących na postumentach i wgapionych w niego.

— Dosyć? Co za dosyć? Nie widzę żadnych drzwi. Wy kłamliwe, koziesy...

— Głupiec — wyszeptała gardłowo kobieta, a pozostali to powtórzyli. Głupiec. Głupiec. Głupiec.

— Mądrze, prosi o pożegnanie, kiedy nie podał ceny, nie ustalił warunków.