Выбрать главу

— Potrzebujecie nas, Jenn? — zawołał.

— Nazywasz nas w ten sposób, by z nas szydzić — odkrzyknął wysoki mężczyzna o ostrym nosie. — Ale to prawda. My jesteśmy jedynymi prawdziwymi Aielami. Wy zdradziliście Drogę.

— To kłamstwo! — warknął Jeordam. — Nigdy nie wziąłem do ręki miecza.

Wciągnął głęboki, powolny oddech, aby się uspokoić. Nie wysłano go tutaj po to, by złościł się na Jenn.

— Jeżeli się zgubiliście, to wasze wozy są tam. — Wskazał na południe ostrzem swej włóczni.

Jedna z kobiet położyła dłoń na ramieniu ostronosego i przemówiła doń cicho. Pozostali pokiwali głowami i na koniec ostronosy również przytaknął, choć niechętnie. Kobieta była piękna, pasma jasnych włosów wymykały się spod szala udrapowanego na głowie. Stanęła przed Jeordamem i powiedziała:

— Nie zgubiliśmy się.

Spojrzała na niego niespodziewanie, jakby widziała go pierwszy raz, potem ściślej owinęła się szalem.

Przytaknął, nie spodziewał się innej odpowiedzi. Jenn starali się konsekwentnie unikać mieszkańców namiotów, nawet wówczas, gdy potrzebna im była pomoc. Ci, którzy postępowali inaczej, zazwyczaj znajdowali się w sytuacji tak rozpaczliwej, że od nikogo innego nie mogli już oczekiwać pomocy.

— Chodźcie za mną.

Od namiotów jego ojca, tylko na poły pokrytych niedawno spadłym śniegiem, dzieliła ich mila drogi przez wzgórza. Jego ludzie uważnie obserwowali obcych, nie odrywając się jednocześnie od swoich zajęć, czy było to gotowanie czy czyszczenie broni, czy choćby zabawa z dziećmi w śnieżki. Dumny był ze swego szczepu, liczącego blisko dwieście członków, ich obóz stanowił największy z dziesięciu, które od północy otaczały karawanę wozów. Na Jenn jednak nie wywarł on szczególnego wrażenia. Denerwowało go, że Jenn są o tylekroć liczniejsi od Aielów.

Lewin wyszedł ze swego namiotu, wysoki, siwiejący mężczyzna o twardych rysach twarzy; powiadano, że Lewin nigdy się nie rozpromienia, a Jeordam z pewnością nigdy nie widział uśmiechu na jego twarzy. Być może, zanim jego matka zmarła na gorączkę, wszystko było inaczej, ale Jeordam tak naprawdę nie wierzył w to.

Jasnowłosa kobieta — na imię miała Morin — opowiedziała historię, którą Jeordam właściwie spodziewał się usłyszeć. Jenn handlowali z jakąś wioską, otoczoną murem z bali, a następnej nocy ludzie z wioski przyszli odebrać to, co wcześniej sprzedali, a nawet więcej. Jenn zawsze sądzili, że mogą wierzyć ludziom, którzy mieszkają w domach, zawsze uważali, iż Droga ich ochroni. Wymieniła poległych — ojcowie, matka, pierwsi bracia. Uprowadzonych w niewolę — pierwsza siostra, siostra-matka, córka. To ostatnie zaskoczyło Jeordama; Morin mówiła z goryczą o swej pięcioletniej córce, którą porwano, by wychowała ją inna kobieta. Wpatrując się w nią uważnie, dodał jej w myślach kilka lat.

— Przyprowadzimy ich z powrotem — obiecał Lewin. Wziął pęk włóczni, który mu podano, i wbił ich ostrza w ziemię. — Możecie zostać z nami, jeśli chcecie, ale wówczas musicie bronić siebie i innych. Jeżeli zostaniecie, nigdy nie będzie wam wolno wrócić do wozów.

Ostronosy, słysząc te słowa, odwrócił się i pośpieszył tą samą drogą, którą przyszli; rzadko zdarzało się, że w tym momencie odchodził tylko jeden.

— Ci, którzy zechcą iść z nami do wioski, dostaną włócznię. Ale pamiętajcie, jeżeli weźmiecie włócznie do ręki, by użyć ich przeciwko ludziom, będziecie musieli zostać z nami. — Jego głos i spojrzenie oczu były twarde niczym kamień. — Dla Jenn staniecie się wówczas niczym martwi.

Jeden z mężczyzn zawahał się, ale po chwili podobnie jak pozostali wyciągnął włócznię z ziemi. Morin postąpiła tak samo. Jeordam zapatrzył się na nią ze zdziwieniem, a Lewin aż zamrugał.

— Ty nie musisz brać włóczni, by zostać — poinformował ją Lewin — albo by domagać się od nas, byśmy odprowadzili twoich ludzi. Ujęcie włóczni oznacza gotowość do walki, a nie tylko do samoobrony. Możesz ją odłożyć, nie będzie w tym wstydu.

— Oni zabrali moją córkę — powiedziała Morin.

Ku niepomiernemu zaskoczeniu Jeordama, Lewin tylko chwilę się zawahał, nim na koniec kiwnął głową.

— To pierwszy raz dla wszystkich rzeczy. Dla wszystkich rzeczy. A więc niech tak będzie.

Ruszył przez obóz i poklepując ludzi po ramionach, wzywał ich do złożenia wizyty w otoczonej drewnianym murem wiosce. Jeordam był pierwszym wezwanym, jego ojciec zawsze wybierał go jako pierwszego, od dnia, kiedy był już na tyle dorosły, by nosić włócznię. Nie mógł postępować inaczej.

Morin miała problemy z włócznią, drzewce zaplątało się w jej długie suknie.

— Nie musisz iść — powiedział Jeordam. — Nigdy żadna kobieta tego nie robiła. Przyprowadzimy ci twoją córkę.

— Sama zamierzam przyprowadzić Kirin — powiedziała zapalczywie. — Nie powstrzymasz mnie.

Uparta kobieta.

— W takim razie musisz się ubrać w strój podobny do tego. Gestem wskazał swój szarobrązowy kaftan i spodnie. — Nie możesz wędrować nocą po tej ziemi w sukni.

Zanim zdążyła zareagować, wyjął włócznię z jej rąk.

— Niełatwo wyuczyć się włóczni.

Dwaj mężczyźni, którzy z nią przyszli, byli najlepszym tego dowodem — nie rozumieli poleceń, omal nie potykali się o własne nogi. Znalazł więc topór i za jego pomocą odrąbał część drzewca długości mniej więcej jednego kroku. Zostały jakieś cztery stopy, w tym niemalże jedną stanowiło stalowe ostrze.

— Będziecie tym zadawać ciosy, kłuć. Tylko tyle. Drzewca używa się również do parowania ciosów, ale zamiast tego znajdę wam coś do drugiej dłoni, co będzie mogło służyć za tarczę.

Popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem.

— Ile masz lat? — zapytała, w jej głosie brzmiało bezbrzeżne zdumienie.

Kiedy jej powiedział, zadumana pokiwała tylko głową. Po chwili on z kolei zapytał:

— Czy jeden z tych mężczyzn jest twoim mężem? — — Wciąż potykali się niezręcznie o włócznie.

— Mój mąż zdążył już opłakać Kirin. Bardziej troszczy się o drzewa niż o swoją własną córkę.

— Drzewa?

— Drzewa Życia. — Kiedy wciąż patrzył na nią kompletnie nie rozumiejącym wzrokiem, potrząsnęła głową. — Trzy małe drzewka zasadzone w baryłkach. Troszczą się o nie w takim samym stopniu jak o siebie samych. Kiedy znajdą bezpieczne miejsce, zamierzają je zasadzić; powiadają, że wówczas powrócą dawne dni. Oni. Powiedziałam, oni. Bardzo dobrze. Już nie jestem Jenn. — Ujęła drzewce skróconej włóczni. — To jest teraz mój mąż.

Przyjrzała mu się uważnie i zapytała:

— Gdyby ktoś uprowadził twoje dziecko, czy mówiłbyś o Drodze Liścia i cierpieniu, które zesłano, aby cię doświadczyć? — Potrząsnął głową, a wtedy dodała: — Tak też myślałam. Będziesz znakomitym ojcem. Naucz mnie posługiwać się włócznią.

Dziwna kobieta, ale piękna. Wziął z jej rąk włócznię i rozpoczął naukę, wyjaśniając na głos kolejne ruchy. Krótkim drzewcem można było się posługiwać szybko i zręcznie.

Morin obserwowała go, nie przestając się dziwnie uśmiechać, ale włócznia pochłaniała go całkowicie.

— Widziałam twoją twarz we śnie — powiedziała cicho, ale on puścił jej słowa mimo uszu. Mając taką włócznię, potrafiłby operować nią szybciej niż człowiek uzbrojony w miecz. Oczyma duszy widział już, jak Aielowie pokonują wszystkich szermierzy. Nikt nie zdoła im się przeciwstawić. Nikt.

Światła rozbłyskiwały w kolumnach szkła, Rand był już na poły ślepy. Muradin znajdował się już tylko o krok lub dwa przed nim, patrzył wprost na niego, obnażając zęby, warczał cicho. Kolumny przenosiły ich wstecz, w zagubioną w otchłani dziejów historię Aielów. Stopy Randa poruszyły się jakby same z siebie. Naprzód. Cofając się w czasie.